25 listopada 2016

Z plecakiem w Bieszczadach ~ Połonina Caryńska

Drugi dzień na szlaku miał być niezbyt wymagający. Trasa do przejścia niezbyt długa, także można było pospać trochę dłużej. Widoki też miały być ciekawe. Pogoda miała tylko dodać temu wszystkiemu uroku. A jak było naprawdę?


Ponieważ była to niedziela, mimo, że nie wychodziłyśmy na szlak o nieludzko wczesnej porze, nie udało nam się pożegnać z właścicielami. Wyszli wcześniej od nas, prawdopodobnie do kościoła. No nic, nie będziemy czekać, bo potem zastanie nas noc na trasie. Zostawiamy pokój w takim stanie, w jakim go zastałyśmy, żegnamy się z paniami z sąsiedniego pokoju i schodzimy do centrum Ustrzyk. 

Mapa stworzona dzięki mapa-turystyczna.pl

Nasz czas przejścia (łącznie z postojami) = 4,5h

Ktoś wspominał, że ten szlak na Połoninę Caryńską jest przyjemny i niezbyt wymagający. Rzeczywiście zaczął się bardzo ładnie. Ścieżka na płaskim terenie, między trawami. Aż tu nagle wejście w ciemny las i droga niemalże pionowa pod górę. 

Przed nami szedł tylko jeden turysta, a właściwie wędrowiec. Z tak samo dużym, ale może i cięższym plecakiem, jakie taszczyłyśmy my. I tak trzy żółwie powolutku pięły się w górę gęsiego jeden za drugim. Na tym odcinku dobrze było widać, jak bardzo tempo marszu zależne jest od wagi plecaka. Choć z początku oprócz naszej trójki nikogo nie było widać, jakiś czas później co i rusz jacyś turyści zaczęli kolejno nas wyprzedzać w drodze na szczyt. 


O tym odcinku mogę powiedzieć tylko tyle, że jest koszmarnie wymagający. Droga jest naprawdę stroma. Ponadto w pewnym momencie rozpoczynają się schody. Ja akurat lubię schody, ale tamte stopnie po prostu mnie powaliły. W pewnym momencie szłam prawie na czworaka. Trochę w tym mojej winy. Nie miałam kijków. Nigdy nie lubiłam ich używać. Bardziej mi przeszkadzały niż pomagały. Jednak na ten wyjazd naprawdę chciałam je ze sobą zabrać. I co? Zapomniałam. Za każdym razem czegoś zapominam, mimo że przygotowuję listę rzeczy, które muszę zapakować. Wracając do podejścia. Polecam zabrać kijki trekkingowe i jak najlżejszy bagaż. 



Kiedy wychodzimy z lasu, ostateczne podejście na Połoninę jest już przyjemniejsze. Może dlatego, że nareszcie jakieś konkretne widoki zaczynają się malować na horyzoncie. Niestety szlak jest dosyć gęsto zakorkowany przez rzesze piechurów. Dlatego nigdzie się nie zatrzymujemy tylko idziemy. Ponadto, jak to na wysokościach bywa, zaczyna wiać.

Dochodzimy do skrzyżowania szlaków. Tutaj ustawiono tablicę z mapą najbliższej okolicy oraz informacją o nazwie szczytu i jego wysokości. Jest to też miejsce odpoczynku dla zmachanych wędrowców. My również na chwilę siadamy i coś zjadamy. Ponadto właśnie nadszedł ten czas, aby przywdziać jakieś cieplejsze bluzy. Mimo tego, że słońce grzeje, wiatr skutecznie osłabia jego moc. 


À propos skrzyżowania szlaków. My szłyśmy czerwonym, co możecie zaobserwować na wyżej umieszczonej mapie. Odchodzi od niego szlak zielony. Początkowo był taki plan, żeby dodatkowo dołączyć zejście do Koliby na jakiś posiłek i potem z powrotem wrócić na szlak prowadzący do Bacówki pod Małą Rawką. Jakoś tak wyszło, że pominęłyśmy ten punkt jeszcze zanim w ogóle wyszłyśmy tego dnia w góry. I kiedy zobaczyłam ten zielony szlak w dół, a właściwie to go nie zobaczyłam, bardzo się ucieszyłam, że jednak zmieniłyśmy nieco plany. Otóż zejście do Koliby z Połoniny Caryńskie było pionowe gdzieś w trawie. Nawet nie było ścieżki widać. Chyba jeszcze nie przyzwyczaiłam się do dzikości Bieszczad. 

Spacer Połoniną Caryńską byłby dużo przyjemniejszy, gdyby nie trzeba było wymijać się z innymi turystami. W niektórych miejscach tłumy na szlaku wymuszały przymusowe postoje. Jak wiadomo górskie szlaki nie są dwupasmowymi autostradami i niekiedy nawet jednej osobie trudno się gdzieś przecisnąć. 



Jak wspomniałam, na górze okropnie wiało i w krótkim rękawku naprawdę ciężko byłoby wytrzymać. Ale wystarczyło tylko zejść kilka metrów niżej, żeby upał dawał się we znaki. Przymusowy postój na zrzucenie już niepotrzebnych warstw i można iść dalej. 

Tak jak wcześniej narzekałam na strome podejście, w chwili gdy zaczęłam schodzić, mogłabym powiedzieć, że początek dnia na szlaku był naprawdę przyjemny. Po prostu nie cierpię zejść. Tak mi poszło w kolana, że już wieczorem i jeszcze następnego dnia nie mogłam zrobić ani jednego kroku bez bólu. 


W dole widać cel - Bacówka PTTK pod Małą Rawką

Wreszcie dochodzimy do schroniska. Chwilę odpoczywamy. Potem załatwiamy nocleg. Na razie tylko na jedną noc i zamawiamy coś ciepłego (czyt. pierogi i placki) do jedzenia. Siadamy na tarasie łykając wrześniowe promienie słońca i kolejne kęsy przepysznych pierogów ruskich. Obmyślamy też trasę na następny dzień. Ale jest jeden problem. Wszystkie prognozy wskazują na to, że będzie padać. I to przez całą dobę. Nie chcemy ryzykować przemoknięcia, poza tym w deszczu i tak słabe widoki i błotnisty szlak, więc postanawiamy, że poniedziałek spędzimy w bacówce. Szybko zaklepujemy jeszcze jeden nocleg. 



Poniedziałek naprawdę przywitał nas deszczem. Nie była to niby wielka ulewa, ale bez przerwy siąpiło. Nikomu nie chciało się wychodzić. A ci, którzy wyszli na szlak, szybko zaczęli schodzić do schroniska. Po południu zrobiło się całkiem tłumnie. Wszyscy siedzieli w głównej sali. Były puzzle, były gry, książki. No i jedzenie. Obowiązkowe pierogi z jagodami. Mniam. A na kolację zamówiłam sobie pierogi z kapustą. O matko, takiej ilości pierogów na raz jeszcze nigdy nie zjadłam. 

Tego dnia nie działo się zbyt wiele, za to wtorek obfitował w wiele wrażeń. Ale o tym dopiero przy następnej okazji. 

7 komentarzy:

  1. Wielu osobom się wydaje, że droga w górę jest trudniejsza niż schodzenie. To błąd - nie ma nic gorszego niż schodzenie po stromiźnie. Trzeba bardziej uważać, a i o upadek nietrudno. Zuchy z Was, dziewczyny, że tak sobie doskonale poradziłyście.
    Czekam na relację z wtorkowych atrakcji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Brawo dziewczyny.
    Na następne wypady przyjm dobra rade - podczas marszu kilki dają Ci 30% (idziesz szybciej, albo mniej się męczysz) pomocy. To dużo zwłaszcza na trasie dłuższej niż dziesięć kilometrów.
    Kiedyś kolega mnie pytał "jak to jest z kijkami?"
    Proste - przez pierwszy kilometr przeszkadzają, potem przez następne dziesięć nie zwracam na nie uwagi, po piętnastym zaczynam się cieszyć że je mam, po dwudziestym to szczera radość, a po trzydziestu nie wyobrażam sobie zrobienia bez nich choćby kroku...
    ps. kijki rewelacyjnie pomagają podczas schodzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym razem naprawdę chciałam je ze sobą zabrać, ale jak to bywa, za każdym razem trzeba czegoś zapomnieć.

      Usuń
  3. Przepiękne widoki i super wycieczka :) Ja uwazam, że schodzenie jest gorsze niż wchodzenie - kolana wysiadają. podziwiam, ze dalyscie rade :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja równiez podziwiam Cię za te wyprawę... Szkoda, że nie zrobiłąś zdjecia tej stromej góry w lesie. Ale może i dobrze, że nie zrobiłaś, bo bym się jeszcze przeraziła. Ja jednak zostaję na dole ;)
    Choć widoki - przepiękne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wolałam mieć wolne ręce do asekuracji. Minusem wypraw czy pieszych górskich, czy rowerowych jest to, że jednak nie da rady cały czas trzymać aparatu i czasami trzeba ze zdjęć po prostu zrezygnować, bo inaczej trzeba by było co chwilę się zatrzymywać. Z resztą zdjęcia chyba i tak by nie oddały rzeczywistości.

      Usuń
  5. Podziwiam Was dziewczyny! Widoki są przecudne.
    Wolę wychodzić do góry niż schodzić.
    Zapominam o kijkach.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)