17 listopada 2016

Z plecakiem w Bieszczadach ~ bieszczadzkie Machu Picchu

Po wielu perypetiach związanych z szukaniem noclegu w Ustrzykach Górnych i chłodnej nocy spędzonej w całkiem przyzwoitych warunkach, wreszcie możemy zacząć to, po co w Bieszczady przyjechałyśmy. Górskie wędrówki. Swoją drogą trochę to smutne, że praktycznie całą dobę straciłyśmy na dojazd z Pomorza na drugi koniec Polski. Ale takie uroki mieszkania na północy - w góry kawał drogi trzeba przejechać. Plan na pierwszy dzień był dosyć prosty. Robimy pętlę przez Tarnicę i wracamy z powrotem na nocleg do Ustrzyk.

Mapka stworzona dzięki mapa-turystyczna.pl


Nieco zmarznięte przez noc zjadamy śniadanie i już przed szóstą wyruszamy na szlak. Idziemy spokojnie czerwonym szlakiem cały czas pod górę. Ale idzie się naprawdę przyjemnie. Jest jeszcze chłodno, a przez to wędrówka tak nie męczy. W lesie cisza. Chyba nawet ptaki jeszcze śpią. 

Wreszcie dochodzimy do wiaty, gdzie chciałyśmy zrobić króciutką przerwę na uzupełnienie płynów. Jeszcze z pewnej odległości od zadaszenia, widzimy jakieś rzeczy przywieszone do dachu. Czyżby ktoś o nich zapomniał, a może zostawił świadomie, żeby nie nieść niepotrzebnego balastu? Ale wówczas byłam jeszcze zbyt zaspana, żeby się nad tym zastanawiać i czym prędzej chciałam usiąść na ławce i zrzucić ciężki plecak z ramion. Pierwszy dzień wędrówki zawsze jest niemałym szokiem. Do tej pory wydający się lekkim, plecak zaczyna ważyć 2 razy więcej.



Już się skierowałam pod wiatę, ale koleżanka usiadła przy stoliku na zewnątrz. I nagle zorientowałam się dlaczego. Rzeczy, które widziałyśmy, wcale nie były pozostawione bez opieki. A wiata nie była pusta. Pod jej dachem wisiały dwa hamaki. Chyba właśnie kogoś obudziłyśmy. A jeszcze nawet 7:00 nie było. Wszyscy byliśmy tak zaskoczeni tą sytuacją, że oprócz przywitania się, nie nawiązaliśmy żadnej konwersacji. W każdym razie, jak by chłopaki czytali ten post, POZDRAWIAM :)

Kiedy wychodzimy wreszcie z lasu, malują się coraz piękniejsze widoki. Jeszcze zaspane słońce oświetla górskie szczyty. Złote promienie gonią po zroszonych połoninach. Coś pięknego. Uwielbiam wieczory, ale poranki w górach to naprawdę coś niesamowitego. Tego nie da się opisać ani pokazać na zdjęciach. To trzeba przeżyć.



Wczesna pora wyjścia na szlak ma wiele zalet. Szczególnie są one widoczne, kiedy wybieramy te popularniejsze trasy. Wejście na Tarnicę o tak wczesnej porze było strzałem w dziesiątkę. O 9 nie było tam żadnych tłumów. 5 osób, w tym my. 

Sama Tarnica jakoś mnie nie zachwyciła. Jedni uważają, że szczyt nastawiony na turystów - amatorów. Ładne, schodkowe podejście. Niby barierki. Charakterystyczny krzyż, dzięki któremu górę widać już z daleka. Jednak moim zdaniem nie tak do końca szczyt może porównywać się z innymi szczytami, które przyciągają po prostu wszystkich. Chodzi mi o to, że weszłam tam i nawet nie miałam pewności, że zdobyłam Tarnicę. Normalnie na szczytach znajdziemy tabliczkę z nazwą i wysokością wzniesienia. Tutaj nic takiego nie było. Można by powiedzieć, że to góry jeszcze nie tak dobrze zagospodarowane, ale (!) inne bieszczadzkie szczyty są takimi tabliczkami opatrzone, więc nie rozumiem.


Tarnica już daleko za nami...

Na Tarnicy posiedziałyśmy dłuższą chwilę. Zjadłyśmy drugie śniadanie. Jeszcze raz spojrzałyśmy na mapę i kiedy zaczęło się schodzić więcej ludzi, ruszyłyśmy w dalszą drogę. 

Następnym celem na naszej trasie było Bukowe Berdo. Widoczne z Tarnicy wzniesienie, po którego prawej stronie rosną ciekawe kształtem skałki. Od początku skojarzyły mi się z ruinami Machu Picchu. Stąd też tytuł dzisiejszego posta. Tę trasę zapamiętam właśnie jako wspinaczkę na bieszczadzkie miasto Inków :) A podejście naprawdę imponujące. Najpierw stromo w dół, by za chwilę z powrotem iść ku górze. Szlak nie byle jaki, bo schodkowy, co przydaje mu jeszcze większej bajkowości. Zdjęcia niestety nie oddają wyjątkowości tego podejścia. Ale kiedy stanie się u stóp Bukowego Berda, mmm..., dech zapiera.

...a podejście na Bukowe Berdo wciąż przed nami.

Z daleka te skaliste twory naprawdę wyglądały jak zarys starożytnego miasta Inków.

Wreszcie zdobywamy szczyt. Chwilka dla uspokojenia oddechu. Krótka rozmowa z napotkanymi wędrowcami. I możemy ruszać dalej. Teraz już spokojnie cały czas górskim grzbietem. Podziwiamy widoki. Rozkoszujemy się chwilą. Aczkolwiek do pełni szczęścia brakowało tylko pustego szlaku. Bo niestety godzina już się ludzka zrobiła i sporo turystów pojawiło się na bieszczadzkich ścieżkach. A że dróżka niezbyt szeroko, było trochę problemów z wymijaniem.


Po jakimś czasie dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Żółty szlak prowadzi do Mucznego, dokąd zmierza większość łazików. Stamtąd to już łatwo dotrzeć dokądkolwiek. My jednak kontynuujemy wędrówkę niebieskim szlakiem aż do Widełek. Początkowo szło się bardzo dobrze. Tutaj już ludzi prawie żadnych. Możemy więc spokojnie usiąść w bieszczadzkich trawach i dać odpocząć nogom i plecom i umożliwić regenerację naszym żołądkom oraz siłom. Jest tak przyjemnie, że czas umyka niepostrzeżenie i niestety nadchodzi ten moment, kiedy trzeba się wziąć w garść i ruszyć dalej. Z tym, że ten ostatni odcinek niestety do najprzyjemniejszych nie należał. Dwie godziny stromego zejścia w dół. Kto chodzi po górach, ten wie, że podejścia nie są tak męczące jak właśnie zejścia. Ja ich po prostu nie cierpię. A jak się niesie ze sobą jeszcze ciężki plecak, to już w ogóle zejście daje w kość, a najbardziej to w stawy kolanowe.

Droga w dół była okraszona potwornym zmęczeniem i narzekaniem. Mimo trudności udaje nam się wreszcie dotrzeć do celu. A przynajmniej do połowicznego celu. Widełki. Stamtąd już jakimś busem do Ustrzyk Górnych i możemy wziąć prysznic i iść spać. No, ale co to by było, gdyby życie faktycznie było takie proste?



Jak się sytuacja w Widełkach miała, już co nieco napomknęłam w poprzednim poście z cyklu z plecakiem w Bieszczadach. Wychodzimy z szutrowej drogi na asfalt. Podchodzimy pod słupek, który wskazywał, że właśnie w tym miejscu winni czekać leniwce, którzy wolą skorzystać z usług transportowych lokalnego przewoźnika niż pomęczyć się jeszcze trochę i dotrzeć do celu na własnych nogach. Oglądamy rozkład. Spojrzenie na zegarek. O nie! Przed chwilą odjechał. Następny za jakieś 2-3 godziny (nie pamiętam już dokładnie, ale w każdym razie nie warto byłoby czekać). Nie mamy innego wyjścia, idziemy z buta. Cóż, przez myśl przeszło, żeby poprosić jakiegoś mieszkańca, żeby nas podwiózł. No, ale bez przesady. Nie damy rady? Kiedy już tak szłyśmy tym asfaltem, pojawiła się kolejna myśl. Może autostop? Ale i tak nic tędy nie jedzie w naszą stronę. I nagle zatrzymuje się bus, który jedzie w stronę widełek. Kierowca wita się z nami i grzecznie pyta, dokąd zmierzamy. Jakby to miało jakieś znaczenie. Przecież i tak jedzie w przeciwną stronę. Odpowiadamy, że do Ustrzyk, a on na to, że zaraz też tam jedzie, tylko musi najpierw podjechać do Widełek i sprawdzić czy nikt tam na niego nie czeka. No to co, zabieramy się razem z nim. Być może decyzja niegodna górskiego wędrowca, no bo jak tak busem, skoro można na pieszo, ale my i tak przecież planowałyśmy ten ostatni odcinek pokonać transportem kołowym. Tym bardziej, że to zejście nieźle nas wykończyło.


W Ustrzykach musimy pokonać jeszcze jedno podejście i jesteśmy pod domem, w którym załatwiłyśmy sobie nocleg. Nachodzą nas pewne wątpliwości, czy nie zostaniemy oszukane, bo potwierdzenia rezerwacji nie miałyśmy. Zaufałyśmy na słowo. Z resztą tak się cieszyłyśmy, że po długich poszukiwaniach wreszcie udało nam się coś znaleźć, że nawet do głowy nie przyszło, żeby się jakoś zabezpieczyć. Ale wiadomo, głupi zawsze ma szczęście.

Obawy były bezpodstawne. Zostałyśmy bardzo dobrze przyjęte. Właściciele bardzo mili. Zjechali nam z ceny, na którą się umówiliśmy. Dostałyśmy przepastny pokój. Miałyśmy do dyspozycji aneks kuchenny i łazienkę, które dzieliłyśmy z paniami z sąsiedniego pokoju. Lepiej trafić nie mogłyśmy. Polecam. Także, jakby ktoś był zainteresowany, mogę podać kontakt.

A wieczór spędziłyśmy nad mapami w towarzystwie BiesCzadowego.

W takim miejscu można by spędzić cały dzień.
Post wyszedł dość długi (a wcale tak dużo czasu nad nim nie spędziłam), więc nie będę już dłużej przynudzać. Mniej mnie w blogosferze ze względu na studia, oczywiście. I niestety w najbliższym czasie nic się nie zmieni. Jak tylko mam wolną chwilkę, to stopniowo nadrabiam zaległości na Waszych blogach i staram się też popracować nad własnym kącikiem. Mam nadzieję, że rozumiecie moją sytuację.
Pozdrawiam

9 komentarzy:

  1. Uroczo i romantycznie :))))
    Pozdrawiam i tęsknię za Biesami ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna trasą, zasadniczo tak od dwudziestu lat to Tarnica ma bardziej sakralny niż turystyczny imaż, więc stąd ten "brak zagospodarowania";)
    Na powrocie każda powrózka dobra, sam często idę do bólu (w przenośni a czasami dosłownie) i na powrocie gotów jestem załadować się nawet na taczki czy... karawan ;).
    Budiarze kursujących na trasach turystycznych świetnie wyłapują tych którzy wracają, albo opadli z sił i wtedy ich sugestia "podwieźć" to "ocalenie", bo sam może by człowiek ręki nie wyciągnął i busa nie zqhaltował, ale skoro sam się zatrzymał... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Skoro już się zatrzymał, grzechem byłoby nie skorzystać.

      Usuń
  3. Bardzo udany wpis. Interesujący. Nigdy na tej trasie nie byłam, a teraz nabieram ochoty.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mamy w planach zdobycie Tarnicy w ramach Korony Gór Polski, ale może przy okazji zdobędziemy inne górki i pójdziemy podobnymi szlakami:) piękne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam więc do zapoznania się z moimi wrażeniami ze szlaku.

      Usuń
  5. Uwielbiam Bieszczady!Niezły kawałek szlaku przeszłyście!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Początkowo planowałyśmy jeszcze dłuższą trasę, ale nie ma co się forsować pierwszego dnia.

      Usuń
  6. Twoje relacje przywracają moje wspomnienia.
    Już wiem, że w przyszłym roku znowu tam pojadę.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)