11 grudnia 2016

Z plecakiem w Bieszczadach ~ Cisna

Ostatni dzień na bieszczadzkim szlaku. Chciałabym powiedzieć, że był lepszy niż dwa poprzednie, niestety rzeczywistość jest bardziej okrutna. Co prawda pogoda bardzo się polepszyła, jednak w ogólnym rozrachunku nie mogę stwierdzić, że był to plus tego dnia. Dowodem na to, że ten odcinek był dla mnie naprawdę trudny, jest praktycznie brak zdjęć.

Z Jaworca skierowałyśmy się czarnym szlakiem w stronę Cisnej. Zdecydowanie czarne szlaki nie należą do moich ulubionych. W większości są po prostu nudne. Prawie cała trasa biegła przez las. Żadnych ładnych widoków. Do tego góra - dół - góra. Czym moje kolana tak zawiniły? 

Utrudnieniem na pewno było błoto, które jeszcze do końca nie zdążyło wyschnąć. Ponadto słońce. Normalnie w lesie by zbytnio nie przeszkadzało. Niestety po poniedziałkowej ulewie w lesie jeszcze było mokro, co w połączeniu z wysoką temperaturą tworzyło dużą wilgotność. Warunki paskudne. Momentami czułam się jak w lesie równikowym. Momentami zaś znowu jak w średniowiecznym lesie wyjętym wprost z gier o Wiedźminie. Obmszałe powalone kłody i prawie niewidoczne ścieżki.



Ten odcinek już nie mieści się w obrębie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. I niestety nie można liczyć na widoki. Góry lubię za to, że są wysokie i ze szczytów rozpościerają się przepiękne pejzaże. Ta nieokiełznana przestrzeń dodaje mi energii. Natomiast zamknięta między drzewami czułam się po prostu wyczerpana. Droga dłużyła mi się niemiłosiernie.

Szlak ten nie jest zbyt popularny. Przez całą drogę spotkałyśmy tylko dwie osoby, które szły w przeciwnym kierunku. Resztę dnia spędziłyśmy same w otoczeniu drzew i krzewów.



Wreszcie docieramy do Dołożyc. Ja nie ma już więcej sił, żeby pieszo dojść do Cisnej. Ta trasa wyssała ze mnie resztki wszelkiej energii. Na szczęście za niedługo ma podjechać autobus. Decydujemy się na podwózkę. Odcinek niedługi, ale umilony rozmową z kierowcą, który od razu zainteresował się skąd idziemy i z której części Polski przybyłyśmy.

W Cisnej przed nami jeszcze jedno podejście skąpane słońcem i możemy powiedzieć, że dotarłyśmy do celu. Zatrzymujemy się w schronisku pod Honem. Jego charakter jest nieco inny niż pozostałych bieszczadzkich schronisk. Jest cicho. Bardzo czysto. No i przemili właściciele, którzy służą pomocą.



Ponieważ do wieczora zostało jeszcze trochę czasu, idziemy na spacer do centrum osławionej Cisnej. Robimy zakupy i przede wszystkim orientujemy się, skąd odjedzie nasz bus do Krakowa. I tutaj zaczyna się robić naprawdę śmiesznie. Na obu przystankach widnieje informacja, że i z tego, i z drugiego o tej samej godzinie odjeżdża ten bus. Pytamy się pani w sklepie. Ale nie bardzo ogarnia. Idziemy do informacji turystycznej. Tutaj powinnyśmy dostać wiarygodną informację. Niestety była ona inna niż ta udzielona przez sprzedawczynię w spożywczaku. Dla pewności wieczorem pytamy jeszcze właściciela schroniska. Potwierdza to, co powiedzieli nam w punkcie IT. Bus odjedzie z przystanku naprzeciwko kościoła.

Wracamy do bacówki. Porządkujemy w plecakach, a potem możemy chwilę odpocząć na zewnątrz i porozmawiać z innymi wędrowcami. Kiedy robi się naprawdę chłodno, wracamy do środka, zjadamy kolację i idziemy spać, by następnego dnia wyruszyć w szaloną podroż powrotną do domu.


2 komentarze:

  1. Ja też czasem nie mam siły robić zdjęć, ale to, co widziałam jest moje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Poza tym zdjęcia często nie oddają magii chwili. Ale mimo wszystko są super pamiątką.

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)