23 stycznia 2017

ESM Taizé 2016 ~ wrażenie powyjazdowe

Już w zeszłym roku chciałam pojechać na Europejskie Spotkanie Młodych Taizé, do Walencji. Oj, to by było spełnienie marzeń. Żałuję, że tak późno się wtedy obudziłam i już nie było miejsc w grupach z moich okolic. A teraz po Rydze żałuję jeszcze bardziej, że wcześniej nie zetknęłam się z tą niesamowitą atmosferą. Ale było, minęło. I tak, tym razem jeszcze w listopadzie zaczęłam się interesować wyjazdem. Dzięki temu udało się wszystko na spokojnie zorganizować. No prawie.


Zapisałam się sama. Bez znajomych. Po prostu sama. Ale jak się okazało, to nie miało żadnego znaczenia. Na miejscu poznałam tylu wspaniałych ludzi, że trudno było odczuwać jakąś tęsknotę, o samotności nie mówiąc. 

Zanim jednak dotarłam do Rygi...
Zapisałam się i opłaciłam wyjazd. Miałam przed sobą cały grudzień oczekiwania na dzień wyjazdu. Ale i tak nie było czasu, żeby myśleć o Łotwie. Na studiach miałam istne kongo. Jeszcze przed samymi świętami przedstawiałam dwie prezentacje. Potem było Boże Narodzenie. Czas tylko dla rodziny. Gdzie tu myśleć o podróży. I tak walizka cały czas stała pusta. Pff... Co ja mówię? Nawet jej nie wyciągnęłam z szafy. Dopiero wieczorem dzień przed wyjazdem zaczęłam coś ogarniać. Ale i tak ostatecznie większość zapakowałam dopiero w dniu wyjazdu. Swoją drogą, pakowanie wychodzi mi coraz lepiej. 

Nie było ckliwych pożegnać. W ogóle nie czułam, że gdzieś wyjeżdżam. Chyba jeszcze do mnie nie dochodziło, że ten dzień właśnie nadszedł. Wsiadłam do autokaru. I co? Zaczęłam się zastanawiać po co? Ryga?



Stolica Łotwy nigdy nie była na liście moich podróżniczych marzeń. A i tak pojechałam tam bardziej w celach turystycznych niż duchowych. Ale życie już tak ma, że lubi zaskakiwać. Na miejscu wszystko się potoczyło inaczej, niż sobie to wyobrażałam. Zmieniły się również moje priorytety i oczekiwania co do tego wyjazdu. Zupełnie nie przejmuję się brakiem tysiąca zdjęć, które mogłabym pokazać na blogu. Nie żałuję, że nie zwiedziłam ani jednego muzeum. Nawet nie przeszkadza mi fakt, że nie zahaczyłam o żadne atrakcje po drodze do Rygi i z powrotem. W rzeczywistości z tej podróży wyniosłam znacznie więcej.  

Pierwsze wrażenie
Przyjechałam tam zupełnie nieświadoma jak to wszystko wygląda. A kiedy animatorki, które nas przyjmowały w Rydze, zaczęły wyjaśniać co i jak, jeszcze bardziej wątpiłam w słuszność swojej decyzji. Ale teraz już nie było odwrotu.


Grupą dziesięcioosobową zapisaliśmy się do pomocy przy wydawaniu posiłków. Dzięki temu mieszkaliśmy stosunkowo blisko. Tylko 30 minut autobusem od Areny Riga, gdzie odbywały się wieczorne modlitwy.

Dostaliśmy adres, mapę oraz wskazówki jak dotrzeć na parafię. Byłam pod wrażeniem organizacji. Bo gdyby nie nasza mała pomyłka (prawdopodobnie wynikająca z przemęczenia po podróży) do celu dotarlibyśmy bezproblemowo. A tak zamiast półgodzinnej podróży, przeciągnęliśmy poszukiwania parafii do chyba dwóch godzin. W końcu jednak dotarliśmy do domu parafialnego. Tam mieliśmy dostać przydział noclegów. Och, jaki był mój zawód, kiedy okazało się, że prawie całą grupą będziemy nocować w pobliskiej szkole. Ja liczyłam, że może jednak uda się dostać nocleg u rodziny, ale rzeczywistość okazała się okrutniejsza. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.




Idziemy totalnie wykończeni do tej szkoły. Witają nas uśmiechnięte twarze. Pytają skąd jesteśmy. Z Polski odpowiadamy i poznajemy pierwszych rodaków na obcej ziemi. Tak, opiekunami w szkole byli między innymi Polacy. Wolontariuszom oraz uczestnikom nocującym w szkole udało się stworzyć naprawdę wspaniałą międzynarodową rodzinną atmosferę. Wcale nie żałuję, że nie spałam u rodziny. Szczerze mówiąc żaden inny nocleg niż ten, który mieliśmy, nie byłby lepszy. Tyle radosnych chwil... Tyle pięknych wspomnień...

Mój dzień na ESM
Pobudka jeszcze przed wschodem słońca. Śniadanko. Wyjście na wspólną modlitwę poranną. Wszyscy z parafii spotykali się w lokalnym ewangelickim kościele Baltā Baznīca (Biały Kościół). Jest to niewielki budynek z przełomu XVIII i XIX wieku. Z racji swojego położenie w stosunkowo niewielkiej odległości od morza, uważany za kościół rybaków. Miejscowi też mówią, że jego wieża pełniła funkcje latarni morskiej. W tym wypadku byłaby to jedyna na świecie wieża kościelna naprowadzająca statki na właściwy kurs.

Zaraz po modlitwie w mniejszych grupach rozważaliśmy czytania biblijne oraz dzieliliśmy się własnymi spostrzeżeniami. Był to dla mnie najtrudniejszy punkt, bo wbrew pozorom jestem cichą i małomówną osobą. A teraz co dopiero rozmawiać po angielsku. Ale po pierwszych spotkaniach jakoś się przełamałam i powiem Wam, że dzięki temu udało mi się również przełamać barierę językową.

źródło: Wikipedia

Jeszcze przed południem mieliśmy czas wolny, który wykorzystaliśmy na zwiedzanie miasta. Ogromnym plusem jest fakt, że transport komunikacją miejską dla uczestników spotkania jest darmowy, bo wliczony w koszt uczestnictwa. Także mogliśmy jeździć ile i gdzie chcieliśmy. Głównym kierunkiem była starówka. Ale jednego dnia udaliśmy się też nad Bałtyk.

Mniej więcej około 17 udawaliśmy się do hali Olympic na posiłek. Jako pomoc przy wydawaniu posiłków, ciepłe danie mogliśmy zjeść wcześniej niż reszta uczestników. Potem z kolei rozpoczynała się (o 19:00) modlitwa wieczorna na hali Arena Rīga. Po jej zakończeniu zaczynaliśmy swoją pracę my: wydawaliśmy suchy prowiant na kolejny dzień. Kiedy praca zakończona, łapiemy autobus powrotny do szkoły.



Mogłoby się wydawać, że wraz z powrotem na nocleg dzień się kończy. W rzeczywistości jeszcze sporo przed nami. Była chwila (mniejsza lub większa, w zależności, o której wróciliśmy) by się ogarnąć i między 23 a północą, uczestniczyliśmy w polowej mszy świętej w języku hiszpańskim. A po mszy był jeszcze czas i chęci, by trochę porozmawiać, pośpiewać, potańczyć, co niekiedy przeciągało się do późnych godzin nocnych. O wysypianiu się nie było mowy. Ale nie sądzę, by ktokolwiek odczuwał zmęczenie. Ja wróciłam do domu pełna energii.

W ciągu dnia była też przewidziana wspólna modlitwa oraz możliwość uczestnictwa w różnego rodzaju spotkaniach czy wydarzeniach kulturalnych przygotowanych specjalnie z okazji ESM. O jednym, w którym uczestniczyłam, jeszcze napiszę.

Prawda jest taka, że nudzić się tam nie można było. A ten czas tak szybko zleciał, że już po powrocie zdążyłam zatęsknić za Rygą, za nowymi znajomościami i za tą niezwykłą atmosferą. I wiem, że jeśli nie będzie żadnych poważniejszych przeszkód, pod koniec tego roku znowu pojadę na ESM. Tym razem do szwajcarskiej Bazylei. Myślcie, że uda nam się tam spotkać?

Królicza wioska przy cerkwi


Największa cerkiew bałtycka
A teraz jeszcze taki suplement w postaci krótkiej informacji na temat jednego z zabytków, do którego udało się wejść do środka. Sobór Narodzenia Pańskiego czyli prawosławna katedra ryska. Cerkiew jest największą na terenie krajów nadbałtyckich. Została wzniesiona w XIX wieku i od tego czasu pełniła różne funkcje. Między innymi w okresie I wojny światowej została zaadaptowana na świątynię protestancką. Przez krótki okres w jej wnętrzu urządzono także planetarium. Obecnie jest, tak jak w pierwotnym założeniu, świątynią prawosławną.  



7 komentarzy:

  1. Nocleg u rodziny jest fajny jak nie ma bariery językowej i jest się odludkiem, w pozostałych przypadkach nie ma jak kwatery wspólnotowe.
    Takie spotkania, to w ogóle jedne z najlepszych przygód w życiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie świetnia przygoda.

      Usuń
  2. Widzę, że przeżycia po tej wędrówce niesamowite :)
    Podziwiam i życzę więcej takich wspaniałych wyjazdów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeżycia super. Wspomnienia niezapomniane. Mam nadzieję, że w tym roku też się uda, ale na razie ciii... :)

      Usuń
  3. :) o Taizee slyszalam niewiele, bardziej znane mi sa polskie oazy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taizé to naprawdę niesamowite przeżycie.

      Usuń
  4. O Taizee słyszałam sporo. Masz z tego okresu fantastyczne wspomnienia i przeżycia.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)