Urocze pueblos

Sądziłam, że tegoroczna wiosna nie będzie obfitować w zbyt wiele wyjazdów. Majorka miała być właściwie ostatnią wycieczką przed wakacjami. Jakże się myliłam. W ostatnim czasie odwiedziłam całkiem sporo miejsc, o których oczywiście, prędzej czy później, będzie można przeczytać na blogu. Na razie jednak chciałabym dokończyć Majorkę, tym bardziej, że już niedługo czeka mnie kolejne spotkanie z tą wyspą, ale ciii... :)



Dzisiaj przygotowałam dla Was swego rodzaju przegląd pueblos. Jednego dnia postanowiłyśmy po prostu pojeździć po okolicy, żeby odkryć jakieś ciekawe miejsca. I chyba się udało. Zatrzymałyśmy się w kilku malutkich miasteczkach, której nie oferują zbyt wielu atrakcji turystycznych, a mimo to, warto je zobaczyć i poczuć ich klimat. Poza sezonem były niemalże wymarłe, nie, to złe słowo, były po prostu uśpione. Ale spały spokojnym, słodkim snem.



Artę odwiedziłyśmy wracając z wycieczki po wybrzeżu. Była to ciekawa odmiana. Tutaj zamiast szumu fal, ciszę przerywały okrzyki bawiących się dzieci. A zapach pomarańczy mieszał się z zapachem zachodzącego słońca. Postanowiłyśmy zdobyć tamtejszy zamek. Był to strzał w dziesiątkę, bo widoki stamtąd były cudowne o tej porze dnia. Szkoda, że na zdjęciach nie widać tego piękna, które mogłam tam poczuć. 







Z Arty pojechałyśmy do Manacoru, żeby coś zjeść. Niestety tym razem nie próbowałyśmy żadnego typowego dania, ale postawiłyśmy na popularną pizzę. Ale wiecie, co? To była jedna z lepszych pizz, jakie jadłam. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, to tutaj namiary: restauracja Sa Fonda, na Rambla del Rei en Jaume 3. 

Na ten dzień przypadała ostatnia niedziela karnawału, więc cała wyspa się bawił. W Manacorze przygotowano specjalną scenę, na której był DJ i zabawiał tłum. Ale myślę, że i bez niego ludzie by się dobrze bawili. Ten południowy karnawał ma zupełnie inne oblicze niż u nas. Wszyscy bez wyjątku się przebierają, dzieci, dorośli, a nawet dziadkowe. Ludzie spotykają się w kawiarniach i restauracjach i nikt nie każe dzieciom iść spać po dobranocce. To jest ostatnia niedziela karnawału, trzeba się bawić. 





W Manacorze byłyśmy jeszcze raz, ale już nie pod osłoną nocy, ale w dzień. I znowu odwiedziłyśmy jakąś miejscówkę. Zjadłyśmy serniczka do kawy, ale bez szału. Za to pomidory, które kupiłyśmy w miejscowym warzywniaku były przepyszne. 



Maria de la Salut to chyba moje ulubione pueblo. Po raz kolejny sprawdza się zasada, że to ludzie tworzą miejsca. W tej niepozornej mieścinie znalazłyśmy całkiem przypadkowo bardzo ciekawy sklepik z rękodziełem i lokalnymi wyrobami. Prowadziła go bardzo miła pani, która nie omieszkała zabawić nas rozmową. Oczywiście nie obyło się bez zakupów. Gdybym była milionerką i miała większą walizkę, pewnie więcej bym kupiła tych bibelotów. Zdjęć w środku nie robiłam, bo trochę głupio, ale naprawdę było tam na co popatrzeć. Miejsce lepsze niż muzeum, bo poza oglądaniem, można też dotykać, a nawet kupić. 






Później pospacerowałyśmy jeszcze trochę po tym spokojnym miasteczku dochodząc pod kościół. Zamknięty oczywiście. A następnie ruszyłyśmy dalej i po drodze zatrzymałyśmy się na cmentarzu. Cmentarzy już trochę widziałam, ale na takim jeszcze nie byłam. Bardziej przypomina obwarowane miasteczko niż nasze polskie cmentarze. Sami zobaczcie.




Z Maria de la Salut trafiłyśmy do jeszcze bardziej uśpionego miasteczka. Tam chyba nie spotkałyśmy ani jednej żywej duszy. Za to mogłyśmy podziwiać okolicę z punktu widokowego usytuowanego przy samym kościele. W ogóle tamtejsze otoczenie było bardzo ładne. A mowa o Arianach





Wszystkie te niewielkie miejscowości łączy jedno - kościoły. Zawsze do nich trafiałyśmy, ale prawie nigdy nie udało się ich obejrzeć od środka. Ten w Petrze chyba miał całkiem sporo do zaoferowania, bo przyjechała tam nawet jakaś pielgrzymka. Tak przynajmniej nam się wydawało, jak zobaczyłyśmy olbrzymi autokar przeciskający się wąskimi uliczkami Petry. 





Z Petry pochodził św. Juniper Serra, misjonarz i założyciel San Francisco i Los Angeles. Imię franciszkanina oznacza jałowiec, więc nikogo nie powinno dziwić, że przy niektórych domach widzimy wciśnięte gałązki jałowca za tabliczki z płaskorzeźbą zakonnika.

W Petrze możecie odwiedzić muzeum poświęcone Juniperowi - Museo de Fray Junípero Serra, które znajduje się na ulicy Barrancar Alto 6. Wstęp kosztuje 5 euro dla wszystkich. My, zamiast zwiedzać muzeum, zrobiłyśmy sobie po prostu spacer po miasteczku. 






Żeby nie było tak pięknie, trafiłyśmy również do pueblo, które zdecydowanie nie zalicza się do tych ładnych z niesamowitym klimatem. Felanitx (Felanich) było jakieś mroczne. Mimo tego, że nie było opustoszałe, czułyśmy się tam nieswojo. Ponadto niczym nas nie zachwyciło. Jak teraz sobie maluję w głowie jego obraz, mam wrażenie, że było w nim coś smutnego...





Na koniec zostawiłam Alcudię, bo nieco odchodzi od schematu i przypomina bardziej kurort niż spokojne pueblo, w którym turysty raczej się nie spotka poza sezonem. Poza tym Alcudia ma całkiem pokaźny zasób zabytków. Oprócz kościoła, dawne mury miejskie, bramy i inne konstrukcje, a także, i prawdopodobnie przede wszystkim, starożytne ruiny. Wybierałyśmy się, żeby je dokładnie obejrzeć, ale oczywiście się spóźniłyśmy i już nie można było wejść na ich teren. Jednak, z tego, co czytałam, szału nie robią, także nic straconego.

W Alcudii jadłam też przepyszny torcik czekoladowy. Rozpływał się w ustach i chyba nic więcej nie jestem w stanie o nim powiedzieć. Niebo w gębie. 









Komentarze

  1. Ależ Ci zazdroszczę tak fajnych podróży, choć raczej się motywuję. :) Wspaniałe zdjęcia, bardzo tam ładnie. Zjadłabym pizze, torcik czekoladowy, skoro taki pyszny. :) Pochodziłabym tam z wielką przyjemnością i do sklepiku miłej pani też wybrałabym się... Bardzo piękny, ciekawy post. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czas zaplanować własną podróż ;) Zachęcam.

      Usuń
  2. Majorka musi być fantastyczna i wiele traci ten kto traktuje ją wyłącznie jako letni kurort. Uwielbiam taki sam sposób podróżowania jak Ty - często też jadę przed siebie licząc na to, że po drodze znajdzie się coś ciekawego. I zawsze się znajduje. Przeprowadzasz się na Majorkę? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeprowadzka to trochę za dużo powiedziane, ale zgadłaś, wyjeżdżam na trochę dłużej :)

      Usuń
  3. Świetny pomysł i sposób na wycieczkę... :-) Myślę, że w taki sposób można łatwiej poczuć klimat miejsc, które odwiedzamy - łatwiej i silniej:-) Tym jedzeniem narobiłaś mi apetytu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie można poczuć ten niepowtarzalny klimat, który ma niewiele wspólnego ze zgiełkiem miejsc typowo turystycznych. Aczkolwiek, jestem ciekawa jak te spokojne miejsca wyglądają w sezonie?

      Usuń
  4. Wiem, że jeśli wybiorę się na Majorkę to tylko przed sezonem. Plażowanie nie bardzo mnie interesuje więc to dobra pora dla mnie - spokojna, bez zgiełku.

    OdpowiedzUsuń
  5. Majorka przed sezonem jest bardzo spokojna. Byliśmy kiedy kwitły drzewa migdałowe ich widok zachwycił nas. Teraz w czasie czerwcowego pobytu na Sycylii oglądaliśmy takie drzewa obsypane owocami.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram