4 września 2015

Na dużym (małym) ekranie #2 Zapach szczęścia

Nie jestem amatorką seriali. Wręcz nie cierpię ich oglądać, bo są pożeraczami czasu. Reżyserzy już sobie dobrze to wykoncypowali, jak ułożyć historię, by zatrzymać przy sobie widza. Powiedzmy sobie szczerze, na kogo to nie działa? Kończy się jeden odcinek, a ty już szukasz we wszystkich możliwych źródłach informacji, co wydarzy się w następnym i tak aż do końca sezonu. Dlatego ja wolę trzymać się z daleka od takich produkcji. Jednak skłamałabym, gdybym powiedziała, że seriali nie oglądam w ogóle. Ale jeśli już, to staram się wyszukiwać perełki, które mają coś w sobie i czas, który im poświęcę, nie będę uważała za stracony. Takim właśnie wyjątkowym serialem okazał się koreański Zapach Kobiety.


źródło: dramafever.com

Nie oglądam seriali nawet polskich, więc jakim cudem trafiłam na koreański? Otóż całkiem przypadkiem (jak zawsze :D). Na YouTube w rekomendacjach pojawił się jakiś klip, który odruchowo włączyłam. Pokazywał tango, które mnie zaintrygowało, więc zaczęłam dochodzić, z jakiego filmu pochodzi ów kadr. Aż tu nagle okazuje się, że jest to serial. I nie znając jego dokładnej fabuły, przeszukałam odmęty Internetu, by wreszcie móc go obejrzeć. Jak dobrze, że znalezienie angielskich napisów nie było takie mozolne, jak się tego spodziewałam.  

Liczyłam na jakąś lekką historyjkę taneczną z romansem w tle. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że tematyka dotyka znacznie głębszych spraw. Ale tym lepiej. Jeszcze bardziej chciałam obejrzeć do końca Zapach Kobiety

Fabuła wygląda mniej więcej tak: Kobieta po trzydziestce. Ciężko pracująca by zarobić na życie i wreszcie znaleźć męża. Szef - prawie tyran, ale ma swoje pozytywne strony i można dostrzec w nim człowieka - szykanuje pracowników, jednak Yeon-Jea Lee nie ma odwagi mu się przeciwstawić w obawie, że straci pracę. W wyniku wypadku samochodowego, na szczęście niegroźnego, kobieta trafia do szpitala na obserwację. Tam spotyka swojego przyjaciela z dzieciństwa, któremu jako lekarzowi przypada w obowiązku poinformować kobietę o wykrytym nowotworze. 

Jej życie się rozsypuje. Jest załamana. Nie ma komu się zwierzyć. Nie chce trapić tym problemem swojej matki. Wreszcie się podnosi z upadku i postanawia zmienić swoje życie. Postanawia wykorzystać swoje ostanie chwile, by w końcu zaznać szczęścia. Tworzy listę rzeczy, które musi zrobić przed śmiercią. Nie są to wygórowane marzenia, typu skok na bungee. Małe rzeczy też mogą uszczęśliwić.

Bohaterka porzuca pracę, oszczędności wydaje na podroż marzeń, gdzie w wyniku niechybnej omyłki staje się przewodniczką syna dyrektora swojej dawnej firmy (ach, te koligacje...). Tworzy się między nimi pewna więź, niestety powrót do codzienności wszystko komplikuje. I w tym momencie zaczyna się walka o uczucia, którym na drodze stają różnice klasowe, rodzina i choroba.  

Serial jest nie tylko dobrą rozrywką, ale także motywacją do przemyślenia własnego życia. Celem chyba każdego człowieka jest osiągnięcie szczęścia. Dlaczego więc do tego nie dążymy? Dlaczego harujemy w nielubianej pracy od rana do nocy, nie mamy czasu dla rodziny, bo musimy zarobić na to, na tamto? Dlaczego nie spełniamy swoich marzeń, tylko czekamy? A na co czekamy? No właśnie, sami nie wiemy na co. Na lepszy czas, na więcej pieniędzy? A może właśnie teraz jest ta odpowiednia chwila? 

Marnujemy swój cenny czas. Wydaje nam się, że będziemy żyć wiecznie. Aż tu nagle pojawia się choroba i wizja śmierci. Zaczynamy żałować tak wielu nie wykorzystanych chwil. Dopiero wtedy potrafimy się zmobilizować, by zawalczyć o swoje szczęście. Tylko dlaczego tak późno? Fakt faktem, że lepiej późno, niż wcale, ale dlaczego by nie wykorzystać całego swojego życia na szczęśliwą egzystencję? 

Paradoksem jest to, że kiedy dowiadujemy się, że umieramy, zaczynamy żyć. Czy naprawdę tak ma to wszystko wyglądać? 

Bardzo spodobał mi się cytat, na który natrafiłam w książce Sekret milionera. Milioner wyjawia tajemnice szybkiego zdobycia fortuny:
Dlatego sekret szczęścia polega na tym, aby żyć tak, jakby każdy dzień był ostatnim dniem życia. I aby każdego dnia pełnią życia, robiąc to, co według twojego odczucia powinieneś robić i co robiłbyś, gdyby twoje godziny były policzone. 
Czy ty żyjesz tak, jakby każdy dzień był tym ostatnim?

Wracając jednak do serialu. Na mnie zrobił pozytywne wrażenie. Nie był płytki. Skłaniał do myślenia. Poza tym miło spędziłam przy nim czas. Momentami było zabawnie. Innym razem wzruszająco. Pełna gama emocji. I zakończenie... Przepiękne. 

Jeśli ktoś byłby zainteresowany obejrzeniem serialu, to podaję link do wersji z angielskimi napisami (KLIK).

Nie wiem, jak to się stało, że powstał ten post. W planie była recenzja książki. Już nawet zaczęłam pisać, także mogę obiecać, że niedługo się pojawi na łamach bloga. I w pewnym momencie myślami wróciłam do dawno oglądanego serialu i zaczęłam pisać. Po raz kolejny się przekonuję, że coś takiego jak wena nie przyjdzie ot tak. Trzeba ją wywołać pisząc. Nie ma na nią lepszego sposobu. 

9 komentarzy:

  1. Też nie oglądam seriali.
    Ostatni, jaki widziałam to L-World na DVD.
    Wolę czytać i wolę filmy, najchętniej w kinie, choć i na to brakuje mi czasu...

    Masz rację,,, wena nie przychodzi ot tak sobie. Trzeba pisać!

    Pozdrawiam ciepło w ten ciemny, zimny dzień. j.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytanie na pierwszym miejscu. Świetna rozrywka, która ponadto może czegoś nauczyć i pomaga ćwiczyć wyobraźnię. W kinie to nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam, tak dawno to było...

      Usuń
  2. Ja się przyznaję bez bicia, ze jakieś tam serialiki oglądam, cóż zrobić ;)))
    Zaciekawiłaś mnie tym koreańskim :)))
    Pamiętam, że kiedyś oglądałam (chyba też koreański), ale film pt. -ING. I też bardzo mi sie podobał. Chciałam go potem obejrzeć jeszcze raz, ale nie mogłam znaleźć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie kinematografia i literatura dalekiego wschodu wciąż jeszcze nieodkryte.

      Usuń
  3. I ja nie oglądam seriali, jakoś nie mam czasu...Chociaż, nie! Przecież oglądałam Czas Honoru:) Bardzo zainteresował mnie ten koreański serial, może się skuszę na zobaczenie go? kto wie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czas Honoru też oglądałam. Najlepszy polski serial. Dzięki niemu wielu Polaków zainteresowało się historią kraju. Ten serial sprawił, że historia przestała nudzić.

      Usuń
  4. Serial opisywany przez Ciebie wydaje się być niezły! Tylko kiedy znaleźć na niego czas :D... Przyznam się, że ja namiętnie oglądam nasz polski serial Na Wspólnej :D. Nie będę już liczyć tych zagranicznych, niestety w nich mam spore zaległości. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz wieczory będę dłuższe, to może znajdzie się ten czas ;)

      Usuń
  5. Cierto... que si nos esteramos que nos queda poca vida, intentamos aprovecharla más ;)
    Un beso.

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)