Dawno nie pokazywałam Wam żadnych kadrów z Majorki, więc nadszedł najwyższy czas aby nadrobić zaległości. Co prawda pogoda w tym roku nas nie rozpieszcza, ostatnie tygodnie były deszczowe i bardzo wietrzne, ale nareszcie czuć pierwsze powiewy wiosny. Obudziło mnie piękne słonko i błękitne niebo, więc wstałam z myślą, że jest to dobry dzień na trochę dalszy spacer. Oczywiście zanim się ogarnęłam, niebo zasnuło się chmurami, ale i tak zaryzykowałam i wyszłam na przechadzkę wiejskimi drogami. Potem się okazało, że tak naprawdę to te ciemne chmury tylko dodawały uroku wszelkim krajobrazom.
Do tego wpisu niełatwo było mi się zabrać, bo jak już opadły powyjazdowe emocje, opadł też zapał do pisania. Wiem jednak, że już niedługo nie będę miała tak dużo wolnego czasu i pisanie będzie jeszcze trudniejsze, więc mobilizuję się teraz i mam nadzieję, że jak już zacznę, to potem pójdzie z górki...
Kilka dni temu wróciłam ze wspaniałej podróży i chociaż prozaiczne obowiązki dopadły mnie jak tylko otworzyłam drzwi mieszkania (bo przecież pranie trzeba zrobić, zakupy, bo lodówka pusta, posprzątać, bo kurz przez ten tydzień zdążył się zadomowić...), nadal trzymają mnie ogromne emocje, które sprawiają, że chciałabym Wam opowiedzieć wszystko teraz zaraz, a jednocześnie nie wiem od czego zacząć, żeby ta opowieść miała ręce i nogi. Odwiedziłam przepiękne miejsca. Spotkałam się z cudownymi ludźmi. Spędziłam niezapomniany czas i odhaczyłam kolejne marzenie, które od bardzo dawna czekało na swoją kolej.
Dzisiaj zabieram Was do kolejnego labiryntu urokliwych zaułków, jednak zupełnie zmienimy klimat. Zamiast błękitnego nieba i złotego słońca będzie mgła i słota. A białe domki Altei ustąpią miejsca kolorowym budynkom Blankenese. I chociaż atmosfera będzie mniej egzotyczna, gwarantuję, że i tutaj można doświadczyć wielu zachwytów.