Angielska wieś, na której nic nie ma?
Zanim zaczęłam marzyć o Hiszpanii, marzyłam o Anglii. Chciałam polecieć do Londynu, poczuć jego klimat, który zauroczył mnie w wielu filmach i powieściach. Chciałam zobaczyć angielską wieś, która jawiła mi się jako romantyczna oaza spokoju i sielskości. Kiedyś nawet już byłam bardzo blisko wyjazdu do angielskiej stolicy, w portfelu nawet już miałam funty, ale los postanowił inaczej i ostatecznie Anglia jeszcze długie lata musiała na mnie poczekać (albo ja na nią :D). Z czasem to marzenie nieco wyblakło i pojawiły się na horyzoncie inne ciekawsze destynacje. Lubię sobie powtarzać, że wszystko dzieje się po coś. I pewnie tak właśnie było z tym oczekiwaniem na Anglię. Bo chociaż do Londynu nadal nie dotarłam, na początku tego roku miałam okazję zobaczyć angielską wieś z moich wyobrażeń i to jeszcze w doborowym towarzystwie Mo. Co więcej, mogłam osobiście poznać kolejną blogową koleżanką - Martę, której z tego miejsca jeszcze raz bardzo bardzo dziękuję za gościnę i niezapomniany czas.