O Kielcach słów kilka

Jak ten czas zapiernicza. Uzupełniałam sobie przed chwilą luki w książkowej aplikacji i nie mogłam uwierzyć, że niektóre z książek, które tak dobrze pamiętałam, czytałam już kilka dobrych lat temu. Na blogu nie jest inaczej. Mam listę miejsc, które odwiedziłam, a które jeszcze nie pojawiły się na tym blogu i dzisiaj właśnie o jednym z nich napiszę, ale (uwaga!) są to wspomnienia z 2021 roku. Serio, nie wiem kiedy minęło tych pięć lat. Pocieszające w tym wszystkim jest to, że były to piękne lata i wiele się w tym czasie dobrego wydarzyło, także nie ma co narzekać na upływ czasu, tylko korzystać z niego garściami, bo mimo wszystko tego czasu jest nam dane niewiele.

Italia 2024: deszczowa Ferrara

Co robić, gdy jesteśmy w podróży i pada deszcz? Można pójść do jakiegoś muzeum czy innego obiektu. Ale można też sprawdzić mapę pogodową i znaleźć nieodległe miejsce, gdzie pada trochę mniej. Podczas marcowego pobytu w północnych Włoszech wybrałam właśnie tę drugą opcję i tym sposobem trafiłam do Ferrary.


O Ferrarze nie wiedziałam nic, poza tym, że kiedyś czytałam książkę, której akcja toczyła się właśnie w tym włoskim mieście. Nie miałam dużych oczekiwań, nie miałam gotowego planu co zobaczyć. Pogoda była naszym głównym przewodnikiem. Padało mniej, włóczyłyśmy się uliczkami miasteczka. Deszcz przybierał na sile, chowałyśmy się w murach kościoła...

Ale zanim opowiem Wam o samej Ferrarze, napomknę też, że początkowo nie obyło się bez przygód. Zanim wyszłyśmy z czterech ścian na dworzec kolejowy, sprawdziłyśmy rozkład jazdy pociągów, żeby znowu się nie wkopać, jak wtedy, gdy chciałyśmy jechać do Vicenzy. Niestety Włochy są nieprzewidywalne. Pomimo tego, że sieć kolejowa jest bardzo rozwinięta, a może właśnie dlatego, że tak dużo jest tych połączeń, niekiedy dochodzi do niespodzianek. Kiedy dotarłyśmy na dworzec, sprawdziłyśmy tablicę odjazdów i okazało się, że pociąg, którym planowałyśmy jechać do Ferrary, nie istnieje. To znaczy istnieje, ale jest operowany przez innego przewoźnika niż zakładałyśmy i bilety są trzy razy droższe. Na szczęście kilkanaście minut później miał odjeżdżać inny, tańszy i to na niego kupiłyśmy bilety. Czas oczekiwania spędziłyśmy w supermarkecie i nie wiem, czy właśnie i tak nie wydałyśmy tych pieniędzy, które myślałyśmy zaoszczędzić rezygnując z droższego przejazdu do Ferrary.


Kiedy dojechałyśmy do Ferrary nadal lało jak z cebra i nie było nadziei na poprawę. No ale skoro przejechałyśmy już tyle kilometrów, głupotą by było od razu wracać bez chociażby jednego zdjęcia. Ferrara miała być małym urokliwym miasteczkiem we włoskim klimacie, a okazała się zimną i ponurą mieściną. Oczywiście wszystko przez ten deszcz. 

W strugach deszczu przeszłyśmy z dworca na starówkę, która była kompletnie opustoszała. Nie powiem, że byłam zachwycona. Ferrara nie wywołała we mnie żadnych emocji. Ani tam brzydko, ani ładnie. Po prostu nijako. A przynajmniej tak właśnie nam się to miasto zaprezentowało.

Ferrara, jak wiele innych włoskich miasteczek, jest prawdziwą perełką dla koneserów architektury dawnej. Niewielka starówka może się pochwalić wachlarzem najróżniejszych stylów architektonicznych, poczynając od romańskiego poprzez barok i renesans na współczesności kończąc. Zabytkowa część miasta została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO i otrzymała tytuł Miasta Renesansu.

Spoglądając na zdjęcia, mam wrażenie, że to miasto jest dużo ładniejsze niż to, które mam w swoich wspomnieniach. Jest tam mnóstwo przepięknych budynków. Cegła wszędzie dookoła. Brukowane uliczki... A jednak Ferrara nie skradła mojego serca, choć ma wszystko czego w tego typu miejscach szukam. Nie wiem, czy to przez pogodę, czy rzeczywiście jednak czegoś tam brakuje...? Nie będzie więc dzisiaj długich monologów i zachwytów. W Ferrarze byłam, widziałam i niestety zapomniałam. Jeśli będzie kiedyś okazja, to chciałabym dać temu miastu jeszcze jedną szansę, bo czuję, że nie zasługuje na taką obojętność z mojej strony.

Najważniejszym budynkiem na mapie Ferrary jest chyba zamek znajdujący się w samym centrum miasteczka. Castelo Estense jest przykładem architektury renesansowej i stoi tam tak sobie otoczony fosą w niemalże niezmienionym stanie już od średniowiecza. Jak sobie pomyślimy ile te mury widziały, ile słyszały i wreszcie ile przeżyły, to naprawdę można oniemieć z zachwytu. Na dziedziniec prowadzi zwodzony most. W zamkowych komnatach znajduje się muzeum. Niestety w godzinach naszego pobytu w Ferrarze muzeum było nieczynne. A szkoda, bo pewnie byśmy się skusiły na krótką wizytę.

W niedalekiej odległości od zamku mamy kolejną perełkę architektury - katedra św. Jerzego. Po wkroczeniu na główny plac miasta, to właśnie katedra jako pierwsza rzuca nam się w oczy. Jest monumentalna. Ilość arkad i kolumn potrafi zaskoczyć i to właśnie one sprawiają, że katedra tak przyciąga wzrok. Szkoda, że częściowo konstrukcja była w remoncie i nie mogłyśmy w pełni docenić piękna fasady. Z racji na deszczową pogodę nie wahałyśmy się ani chwili by wejść do wnętrza katedry. Okazało się ono bogato zdobione. Spodziewałam się czegoś nieco skromniejszego, ale sam fakt, że wreszcie nie mokniemy, sprawił, że byłam zadowolona.

Deszcz nie odpuszczał. Normalnie to byśmy sobie usiadły w jakiejś przytulnej kawiarence zlokalizowanej przy jakiejś klimatycznej średniowiecznej uliczce. Jednak wołał nas zew przygody. Doszłyśmy do wniosku, że właściwie to aż tak bardzo nie pada. Zimno też jakoś nie jest jak już ubrałyśmy rękawiczki i szczelnie kapturami ochroniłyśmy się przed chłodnym powiewem. Więc zamiast przycupnąć w ciepłym i suchym kącie kawiarni, wybrałyśmy się na spacer na cmentarz!

Nigdy nie byłam normalna i szablonowa, ale jak teraz sama siebie czytam, to sobie myślę, że niekiedy te moje podróżnicze wybory już dziwniejsze nie mogłyby być. Ile z Was wpisuje w plan podróży wizytę na cmentarzu? Bo u mnie cmentarz zawsze musi się jakiś znaleźć, czasami tylko nie ma już czasu, albo cmentarz zamknięty, jak np. w przypadku Mediolanu, gdzie naprawdę ubolewałam na tym, że tam nie dotarłam. W Ferrarze natomiast cmentarz był otwarty i bez problemu mogłyśmy się chwilę po nim powłóczyć.

Cmentarz w Ferrarze (Cimitero Monumentale della Certosa) jest położony poza ścisłym centrum miasta, w miejscu dawnego klasztoru Kartuzów. Kościół poklasztorny stoi w samym sercu tego ogromnego cmentarnego miasteczka, na które składają się liczne aleje, wzdłuż których ciągną się szpalery przepięknych nagrobków. Nie wiem jak często jest to odwiedzane miejsce przez turystów, ale uważam, że naprawdę warto było się tam wybrać, bo ten cmentarz jest niczym galeria sztuki grobowej. Być może brzmi to makabrycznie, a dodając do tego deszczową aurę, to już w ogóle mamy klimat jak z horroru, ale na tym cmentarzu naprawdę można spędzić wieczność podziwiając pomniki.

Jako że cmentarze w pewnym sensie są końcem drogi, to właśnie w tym miejscu zakończę ten wpis. Zrobiło się tutaj trochę ponuro, ale obiecuję, że następnym razem pokażę Wam więcej słońca. Może nawet tego majorkańskiego, bo już chyba najwyższy czas, żeby powrócić do pisania o Majorce.

Italia 2023: jesienny Mediolan

Niedzielę spędziłyśmy ponownie w centrum Mediolanu. Nadal miałyśmy do nadrobienia chociażby wizytę w muzeum katedralnym, a nie chciałyśmy, żeby nam przepadły bilety, więc plan był prosty. Najpierw Duomo i centrum miasta, a potem poszukiwanie innych, może nieco mniej tłumnych, zakątków Mediolanu. I był to wcale nie taki zły pomysł, bo dzięki temu spokojnemu spacerowi, zaczęłam nieco przychylniej patrzeć na to jedno z najpopularniejszych włoskich miast. Aczkolwiek nadal uważam, że Mediolan jest po prostu przereklamowany.

Aranjuez ~ siedziba królów

Byłam tak zmęczona po całodniowej podróży, że nawet nie chciało mi się myśleć, co będę robić następnego dnia. Po prostu się położyłam i zasnęłam, nie nastawiając nawet budzika. Plan był taki, że skoro nie mam planu, to po prostu zostanę w mieście i powłóczę się po najbardziej turystycznych miejscówkach, które notabene już zdążyłam poznać. Jednak po przebudzeniu zaczęła mnie rozpierać taka energia, że ostatecznie postanowiłam ruszyć nieco dalej. Ogarnęłam się, spakowałam plecak, aparat i ruszyłam na dworzec a stamtąd pociągiem do Aranjuez.

Hiszpania dzień 26: Segovia

Nauczone doświadczeniem bilety na pociąg do Segovii kupujemy dzień wcześniej, aby w dniu podróży nie było niespodzianek. Tym samym miałyśmy dodatkową motywację, by wcześniej wstać i wycisnąć z dnia wszystko co się da. Nasz pociąg odjeżdża ze znacznie większej stacji niż ten do Avili, więc tym bardziej potrzebowałyśmy niewielki zapas czasu, żeby się nie pogubić. Informacje były kiepskie, trudno nam się było zorientować skąd odjedzie nas pociąg. Na tablicach wszystko i nic. Postanowiłyśmy więc zapytać panią w okienku sprzedającą bilety, ta nam niestety poleciła spojrzeć na tablice, przed którymi stałyśmy już dobre kilkanaście minut i nic sensownego nie wyczytałyśmy. Wreszcie pytamy pana ochroniarza, bo wyglądał na bardziej zorientowanego niż sprzedawcy biletów, i okazało się, że informacja o peronie pojawi się na tablicy, ale dopiero na dwie minuty przed odjazdem. Koniec końców, na niewiele się zdało nasze wcześniejsze przybycie na dworzec. Ale żeby podawać numer peronu tak późno? Ja rozumiem, że nie wiadomo, gdzie pociąg będzie mógł się zatrzymać, a już w ogóle jeżeli jest to tak ogromny dworzec, ale dla podróżnych, szczególnie tych niewprawionych, jest to sytuacja dość stresująca. Na szczęście rzeczywiście na te dwie minuty przed odjazdem na tablicy pojawia się numer peronu i nagle wszyscy zaczynają biec w tę samą stronę, do pociągu. Kosmos. Ale się udało.

Hiszpania dzień 23: życie jak w Madrycie

Życie jak w Madrycie? Nie znam genezy tego powiedzenia, ale po wizycie w hiszpańskiej stolicy muszę przyznać, że w tych słowach rzeczywiście coś jest. Może nie ma tam takiej beztroski i zabawy, jaką sobie wyobrażamy, ale Madryt sam w sobie jest bardzo wyjątkowy i nigdy bym nie przypuszczała, że będę się tam tak dobrze czuć. Czyli już wiecie, że mi się tam podobało. A teraz postaram się jakoś wytłumaczyć, dlaczego i co też takiego ten Madryt w sobie ma.

Portugalia dzień 19: Sintra

No i wreszcie docieramy do jednego z najbardziej znanych miejsc na mapie Portugalii, czyli do Sintry, która jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO ze względu na swoją spuściznę architektoniczną.

Portugalia dzień 17: stara Lizbona

Następnego dnia po naszym bardzo długim spacerze po Lizbonie, postanowiłyśmy pospacerować po nieco mniejszym obszarze, w centrum starej Lizbony. Tereny bardziej turystyczne, więc obawiałam się potwornie zatłoczenia, ale jakimś cudem udało nam się ominąć te najbardziej przeludnione zakątki.

Portugalia dzień 12: pielgrzymkowo

Po pięknym zachodzie słońca w Coimbrze, w niedzielę pozostały już tylko wspomnienia. Niebo zasnuło się chmurami, z których siąpił nieprzyjemny deszcz. Prognozy nie były najlepsze nawet kilkadziesiąt kilometrów dalej, gdzie właśnie zmierzałyśmy. W planie miałyśmy jednodniowy objazd po miejscach pielgrzymkowych licząc na cud, że jednak pogoda nieco się poprawi. Nawet sobie nie wyobrażacie jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy wbrew wszelkim prognozom i zwiastunom na niebie, gdy dojechałyśmy do Fatimy, nagle wyszło słońce. No i jak tu nie mówić o cudzie? Ale od początku...

Portugalia dzień 9: we mgle

To miał być jeden z tych dni, kiedy przechadzamy się wąskimi uliczkami najurokliwszych portugalskich miasteczek, kiedy podziwiamy panoramiczne widoki z zamkowych włości. A przede wszystkim to miał być jeden z tych dni, kiedy zatracamy się wpatrując się w tarczę zachodzącego słońca. Miał być, ale nie był.

Portugalia dzień 8: podróż w czasie

Ósmy dzień portugalskiej wyprawy to ciąg dalszy pięknych widoków na trasie, małych przyjemności i niezapomnianych doświadczeń, a także podróż w czasie do prehistorii. Gotowi na wycieczkę? Trochę mi zajęło napisanie tego tekstu, ale muszę nieskromnie przyznać, że jestem z niego naprawdę dumna, w ogóle z tej archeologicznej części. Więc mam nadzieję, że Wam się spodoba.

Portugalia dzień 6: Guimarães

Może wcale nie w Porto, a właśnie w Guimarães powinnyśmy zacząć naszą podróż, bo to właśnie w tym niewielkim miasteczku na północy kraju narodziła się Portugalia.

Dzień 18: najurokliwsze zakątki Łotwy

Jak człowiek ma zaspokojone potrzeby podstawowe, to świat wydaje się od razu piękniejszy. Wystarczyło, że przenocowałyśmy w ogrzewanym hotelu i Łotwa stała się nagle ładniejsza. Kolejny dzień na łotewskiej ziemi sprawił, że zaczęłam się przekonywać do tego kraju, choć do Estonii wciąż mu daleko. Kiedy zwiedzałyśmy Tallinn z przewodniczką, ta w swojej opowieści co i rusz wspominała o wyścigach między Łotwą i Estonią. W kategorii na ilość przepięknych miejsc, Estonia u mnie wygrywa. Nie znaczy to jednak, że Łotwa nie może się pochwalić perełkami. Dzisiaj właśnie trochę takich cudeniek Wam pokażę.

Dzień 17: z północy na południe

Nasza zła passa z ogrzewaniem wciąż nas nie opuszcza. Tym razem nocowałyśmy w nadmorskim pensjonacie. Nie było tam ogrzewania centralnego, ale w pokoju zostawiono na grzejnik elektryczny. Cieszyłyśmy się z niego bardziej, niż z czegokolwiek innego, co nam zapewniono na miejscu zakwaterowania. Niestety grzejnik był dość wiekowy i jak podłączyłyśmy go do prądu... Bum... Wysadziło korki. Zostałyśmy bez ogrzewania i bez światła w łazience. Wreszcie na coś się nam przydały nasze latarki czołówki.

Dzień 16: szlakiem łotewskich zamków

Zaraz po śniadaniu opuszczamy nasze nieogrzewane mieszkanko i jedziemy komunikacją miejską na lotnisko. Ale nie, nigdzie nie lecimy. Wypożyczamy natomiast samochód, który będzie nam towarzyszył przez kolejne dni podczas objazdu Łotwy.

Dzień 13: pożegnanie z Estonią

Wschody słońca są magiczne. Gdy jesteśmy świadkami wschodu, dzień jest dłuższych i wydaje się przyjemniejszy. Ale kurczę, żeby wstać na taki wschód, no to trzeba być wariatem, albo być niezwykle zdyscyplinowaną i silną osobą. Lubię spać, nie cierpię wczesnych pobudek. Wolę dłużej posiedzieć z jakimś zajęciem w nocy, niż wstawać przed świtem, żeby coś dokończyć. I gdyby nie dziewczyny i wspólna mobilizacja, spałabym w ciepłym ogromnym łóżku, zamiast wciskać się w grube ciuchy i bez śniadania wychodzić do lodowate powietrze i maszerować kilometrami tylko po to, żeby zobaczyć jak słońce wyłania się zza horyzontu. Ale zwlekłam się z tego łóżka, przemarzłam, szłam niczym robot z zamykającymi się powiekami i nie żałuję. Nawet pomimo tego, że wschód wcale nie był taki spektakularny, jak sobie go wyobrażałyśmy. Tak właśnie zaczął się nasz kolejny dzień na wyspie Saaremaa.

Dzień 10: zamki, ruiny, mosty, kościoły, bagna i trzęsawiska

Tytuł dzisiejszego wpisu może i nie jest najpiękniejszy, ale jak najbardziej oddaje różnorodność dziesiątego dnia naszej podróży po Estonii. Było intensywnie, było barwnie, było po prostu cudownie. Dokładnie rok od tamtego dnia publikuję stamtąd relację i powiem Wam było to bardzo miłe uczucie, znów tam wrócić chociażby wspomnieniami. Mam nadzieję, że i Wy zachwycicie się kolejnymi estońskimi perełkami, jakie udało nam się wtedy odkryć.

Dzień 9 - estońskich zachwytów ciąg dalszy

Niedługo minie rok od mojej podróży po krajach północno-wschodniej Europy. Miesiąc w drodze, a na blogu opublikowałam dopiero relację z zaledwie tygodnia. Cóż, narzekać na brak tematów nie mogę. Ale pozwolę sobie nieco ponarzekać na brak czasu na pisanie. Wielokrotnie po pracy mam już tylko ochotę na to, żeby się wreszcie położyć i spać. Ale mój mózg mi nie pozwala na odpoczynek i zaczyna planować kolejny dzień pracy i kolejny… A kiedy wreszcie padam na twarz, bo nogi już nie dają rady utrzymać mnie w pionie, i chciałabym wreszcie zamknąć oczy i spać, z zewnątrz dobiegają mnie odgłosy muzyki, bo życie w turystycznych rejonach Majorki zaczyna się po 21... Taka oto właśnie moja rzeczywistość. Więc wybaczcie mi tę 2-miesięczną ciszę na blogu. Myślę, że powoli wracam do żywych. Przepracowywanie się nie ma sensu. Każdy potrzebuje trochę oddechu, a moim oddechem jest właśnie pisanie. Mam nadzieję, że znajdzie się chociaż jedna osoba, która czekała na mój powrót :) A teraz do rzeczy, czyli relacja z 9. dnia naszej podróży.

Dzień 8: na granicy

Prognozy pogody nie były zbyt optymistyczne, miało padać przez cały dzień. Ale nie miałyśmy zbyt dużego wyboru. Pada czy nie, trzeba było ruszać w drogę. A bez sensu tylko jechać samochodem do celu, skoro na trasie było kilka ciekawych miejsc. No i jeszcze chciałyśmy troszkę pochodzić po samej Narwie, bo poprzedniego wieczora byłyśmy już zbyt zmęczone. 

Dzień 1 - 3: Turku - najstarsze miasto Finlandii


No to lecimy. Do najdroższego kraju Europy, siedziby św. Mikołaja. Do Finlandii. Do Turku. Do najstarszego miasta w Finlandii i jej dawnej stolicy. 

instagram