Dzień 17: z północy na południe

Nasza zła passa z ogrzewaniem wciąż nas nie opuszcza. Tym razem nocowałyśmy w nadmorskim pensjonacie. Nie było tam ogrzewania centralnego, ale w pokoju zostawiono na grzejnik elektryczny. Cieszyłyśmy się z niego bardziej, niż z czegokolwiek innego, co nam zapewniono na miejscu zakwaterowania. Niestety grzejnik był dość wiekowy i jak podłączyłyśmy go do prądu... Bum... Wysadziło korki. Zostałyśmy bez ogrzewania i bez światła w łazience. Wreszcie na coś się nam przydały nasze latarki czołówki.

Następnego dnia wstajemy więc w niezbyt ciepłych humorach, a wietrzna aura za oknem nie poprawia humoru. Na szczęście jest nadzieja na słońce, bo widzimy, że chmury nie są tak gęste jak poprzedniego dnia. Nie ma więc co się załamywać, tylko z podniesioną głową ruszać na szlak. 

Biała Wydma (Baltā Kāpa)

Naszym pierwszym przystankiem jest Biała Wydma niedaleko naszego miejsca zakwaterowania, więc nie musiałyśmy daleko jechać. Parkujemy na osiedlowej drodze zupełnie za darmo i idziemy na spacer na plażę.  

Wejście wygląda niepozornie, prawie tak jakbyśmy wchodzili do parku, a nie na plażę. Widzimy utwardzoną ścieżkę, przy której na ławeczce siedzi jeż witając nas na Białej Wydmie. 

Baltā kāpa jest wydmą wysoką na 18 metrów. W tej chwili jest dość gęsto porośnięta, więc na pierwszy rzut oka trudno by było powiedzieć czy jest to piaszczysta wydma, czy po prostu zwyczajna skarpa. Swoją nazwę wzięła od koloru piasku, białego niczym piaskowiec. Ponadto w przeszłości była popularnie wykorzystywana przez rybaków jako punkt orientacyjno-nawigacyjny. Obecnie jest objęta ochroną a cały teren jest zabezpieczony; są wyznaczone ścieżki, oraz poustawiane tablice informacyjne przypominające, aby nie schodzić z wyznaczonego szlaku. Ponadto wspomniany jeż, a właściwie jeżyca Frida zamieszkała tam z myślą, żeby przypominać stworzeniom ludzki, żeby szanowali dzieło Matki Natury. 

Szczerze mówiąc Biała Wydma nie jest niczym spektakularnym, ale spacer po okolicy był bardzo przyjemny. Tym bardziej, że w lasku w ogóle nie wiało.

Bauska

Łotwa jest na tyle małym powierzchniowo krajem, że bez problemu można ją przejechać wzdłuż i wrzesz jednego dnia i my tak sobie własnie krążyłyśmy po tej Łotwie. Z  północy na południe i z powrotem. Znad morza jedziemy sobie więc w głąb kraju, do miasteczka Bauska. 

Bauska istnieje dzięki Krzyżakom, którzy w XV wieku na granicy trzech rzek nieopodal osady Vairogmiests wybudowali zamek. Potężna twierdza Bauskenberg miała bronić dostępu na Litwę. W 1561 roku tereny te zostały przyłączone do Rzeczypospolitej jako ziemie lenne. Połączono wówczas posiadłości zamkowe z pobliską osadą i utworzono jedno miasto Bowsk, dzisiaj zwane Bauską. 

Podczas jednej z wojen polsko-szwedzkich zamek został zdobyty przez Szwedów. Ciekawostka jest taka, że Szwedzi wcale nie natarli na zamek. Weszli sobie do środka oknem, które pozostawiono bez obrony. W zamkowych murach przebywało zaledwie 30 żołnierzy, z czego 18 to byli chorzy. Szwedzi nie mieli trudnego zadania. Od tego momentu zamek przechodził z rąk do rąk i powoli popadał w ruinę. Na stałe jednak został opuszczony dopiero po jego wysadzeniu w XVIII wieku. Ze średniowiecznej budowli pozostała kupka gruzu. Natomiast renesansowy pałac mieszkalny został odrestaurowany i jest udostępniony zwiedzającym. 

Z racji na ilość odwiedzonych zamków poprzedniego dnia, tym razem nie zdecydowałyśmy się na zwiedzanie. Wspięłyśmy się tylko na zamkowe wzgórze. Podziwiałyśmy widok na rzekę. Obeszłyśmy zamek niemalże dookoła. Oczywiście jego usytuowanie we widełkach rzek sprawia, że niemożliwością jest zamek otoczyć. Nic więc dziwnego, że Szwedzi zdobyli go podstępem. A właściwie to dzięki uprzejmości zdrajcy, który poinformował ich o tamtym okienku. Jestem ciekawa, co też dostał w zamian?

Pod zamkowym wzgórzem jest piękny park, w którym znajduje się współczesny amfiteatr. Pospacerowałyśmy sobie parkowymi alejkami i przeszłyśmy się też po samym miasteczku, które jest bardzo kolorowe. 

Złote kopuły wyłaniające się spośród innych dachów zaprowadziły nas do pięknej cerkwi. Architektura cerkiewna jest imponująca. Uwielbiam te żywe kolory zdobiące fasady. Również niezwykle barwne było samo otoczenie świątyni, obsadzone kwietnymi krzewami. 

Zajrzałyśmy też na posesję kościoła rzymskokatolickiego, a tuż obok obejrzałyśmy architekturę kościoła protestanckiego. Na koniec jeszcze przeszłyśmy się na rynek miejski, gdzie w oczy rzuca się czerwony budynek ratusza. 

W pierwszym momencie nie doceniłam tego miasteczka, ale patrząc na nie teraz z perspektywy czasu, uważam, że jest niezwykle malowniczo położone i jest fajnym przystankiem, niezobowiązującymi miejscem, które pozwala nam zobaczyć jak wygląda prawdziwa Łotwa. Można by tutaj znaleźć sporo podobieństw z polskimi mniejszymi miasteczkami.

Pałac w Rundāle

Po dość spokojnym pobycie w Bausce, gdzie króluje głównie architektura renesansowa, jedziemy na spotkanie z barokiem. Nigdy tutaj nie ukrywałam mojego braku uwielbienia dla tego stylu. Barok sprawia, że mnie mdli. Jednak czasami warto pooglądać te wszystkie barokowe ozdobniki, żeby jeszcze bardziej docenić chociażby gotyk.

Pałac w Rundāle jest określany mianem jednego z najpiękniejszych budynków Łotwy. Cóż, o gustach się nie dyskutuje. Mnie pałac ten od razu skojarzył się z wiedeńskim Schonbrunnem, czy jak kto woli, z Wersalem. Choć akurat tego drugiego jeszcze nie miałam okazji zobaczyć. 

Pałac został wybudowany w 1730 roku jako letnia rezydencja rodziny Bironów. W rękach prywatnych był do końca I wojny światowej i potem został przejęty przez państwo łotewskie, które utworzyło w nim muzeum. Poza funkcjami muzealnymi, pałac jest obecnie wykorzystywany również jako specjalny hotel dla zagranicznych dygnitarzy przybywających na Łotwę w celach dyplomatycznych.

Do wyboru mamy trzy opcje zwiedzania: 1) pałac, 2) ogrody, 3) pałac + ogrody. Decydujemy się na tę drugą za 4 euro. Warto nadmienić, że w sezonie zimowym, wejście na teren ogrodów jest darmowe, ale wówczas pewnie poza gołymi rabatkami i smutnymi krzewami nic tam nie ma. 

Najpierw przechodzimy sobie pod główne wejście pałacu, bo widzimy, że to właśnie tam wszyscy zmierzają. Udało się nawet wejść do środka. Myślałyśmy, że przez pałac będziemy mogły przejść do parku. Okazało się jednak, że musimy wyjść i iść naokoło. Po drodze natrafiamy na niewielki sklepik z pamiątkami w pałacowych piwnicach. Wcale byśmy tam nie wchodziły, ale pani sprzedawczyni zachęcała, żebyśmy chociaż weszły obejrzeć wystawę strojów z epoki. Atrakcja zupełnie za darmo, a ja bardzo lubię modę z dawnych lat. No, barok nie jest moim ulubionym okresem, nawet w kwestii odzieży, ale i tak atrakcja fajna. 

Stamtąd idziemy już prosto do ogrodów. Przed wejściem pani w okienku kasuje nam bilety i możemy iść na spacer parkowymi alejkami. Wchodzimy na teren ogrodów francuskich, które rozpościerają się na powierzchni 10ha. Natomiast całość pałacowego parku to 85ha. Poza kwiecistymi rabatami, równo przystrzyżonymi bukszpanami i misternie zaprojektowanymi dróżkami, na terenie parku powstała część piknikowa, plac zabaw, ogród orientalny, ogród różany, zakątek pamięci, a nawet biblioteka. 

Nie wiem, ile czasu tam spędziłyśmy, ale pewnie, gdyby w planie nie było jeszcze jednego przystanku, zostałybyśmy tam dłużej. Nawet chłód nie przeszkadzał, bo cały czas byłyśmy w ruchu krążąc parkowymi alejkami. Niektóre z miejsc były naprawdę urokliwe. 

Opuszczamy łotewski wersal i ponieważ jesteśmy blisko granicy z Litwą, postanawiamy wykorzystać fakt posiadania samochodu na maksa i jedziemy za granicę, do miejsca, które już od dawna było na mojej liście do odwiedzenia. Jedziemy na Górę Krzyży. 

Góra Krzyży (Kryžių kalnas)

Wokół tego stosunkowo niewielkiego pagórka porośniętego krzyżami krąży wiele legend. Jedne są związane z wielkimi bitwami, inne z niezwykłymi cudami uzdrowienia. Ale jedno jest pewne, Góra Krzyży roztacza wokół siebie nutę tajemniczości i mistycyzmu. 

Spodziewałam się wysokiego wzniesienia widzianego już z daleko. A się okazało, że wokół same niziny. Gdyby nie drogowskazy i GPS oraz chęć odnalezienia tego miejsca, czysto z przypadku byśmy tam nie trafiły. Wjeżdżamy sobie na ogromny parking, w dodatku płatny. Przeraziła mnie komercyjność tego miejsca. Opłaty 0,90 euro dokonujemy w sklepie z pamiątkami i dewocjonaliami. Dostajemy informator o tym miejscu i idziemy na poszukiwanie tej osławionej góry. W tamtym momencie byłam dość pesymistycznie nastawiona do tego miejsca. Liczyłam na coś niezwykłego, a póki co otrzymałam typowe miejsce pielgrzymkowe, które bardziej niż religijne jest po prostu komercyjne. 

Szerokim chodnikiem przez pół połacie podążamy w stronę Górę Krzyży. Wreszcie nam się zaczęła wyłaniać. Doznałam kolejnego zawodu. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie to miejsce. Oczekiwałam czegoś większego i bardziej imponującego. No nic, podróże wiążą się tez z rozczarowaniami. 

Historia Góry Krzyży sięga początków XIX wieku. Mówi się, że pierwsze krzyże zostały tam postawione przez rodziny ofiar rebelii wobec rządów cara w 1831 roku. Rodzinom nie pozwolono w godny sposób uhonorować zmarłych, więc dokonali własnej rebelii i postawili kilka krzyży w szczerym polu. Dodano tam kolejne krzyże po kolejnej rebelii. Przez wiele lat Góra Krzyży rosła i stała się symbolem walki z  sowieckim reżimem. Oczywiście władze kilkakrotnie próbowały zniszczyć to miejsce, ale ono stale się odradzało niczym feniks z popiołów. Wreszcie pod koniec lat 80. XX w. po wielkich zmianach politycznych w Europie, Góra Krzyży otrzymała status dziedzictwa narodowego Litwinów oraz stała się fenomenem na skalę światową. Wcale się nie dziwię dlaczego. 

Gdy krok za krokiem zaczęłam się wspinać na wzniesienie, przede mną wyrastało coraz więcej krzyży. Co chwilę się zatrzymywałam, żeby przeczytać inskrypcje. Odnalazłam również wiele krzyży przywiezionych przez polskich pielgrzymów. Z głównej ścieżki odchodziły inne mniejsze, a od nich kolejne. Ten niepozorny pagórek stał się prawdziwym labiryntem. W pewnym momencie zamilkłyśmy. Każda ruszyła swoją ścieżką. Kiedy dotarłam na szczyt, trudno mi było objąć wzrokiem ilość krzyży. Moje wyobrażenia się urzeczywistniły. Powiedziałabym nawet, że moje wyobrażenia nie sięgały rzeczywistości do pięt. To miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Tego nie da się opisać słowami. Musicie mi uwierzyć, to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. A nie dość, że miejsce okazało się wyjątkowe, to jeszcze pogoda zrobiła się niezwykle tajemnicza. Z jednej strony deszczowe chmury, a z drugiej złote słońce. 

Na parking wracałyśmy w zadumie. Absolutnie nie spodziewałam się tak mocnych wrażeń. A już tym bardziej nie po tym pierwszym spotkaniu z komercjalizmem tego miejsca. Na szczęście mimo tej całej komercyjnej otoczki, Góra Krzyży pozostała sobą i gdy tylko się do niej zbliżymy, czujemy, że to miejsce jest po prostu wyjątkowe. 

Hotel Kārklu Muiža

Stamtąd jedziemy już prosto na nocleg, który okazał się najfajniejszym w całej Estonii. Przeważnie wybierałyśmy najtańsze opcje noclegu, jakie były dostępne na dany dzień w danej okolicy. Zapłaciłyśmy niecałe 10 euro za noc za osobę w hotelu w pięknej starej kamienicy w bardzo spokojnej okolicy. Właściciel był przemiły. Budynek był ogrzewany! W kuchni miałyśmy dostęp do wszystkich najpotrzebniejszych urządzeń. A łazienka była iście królewska. Żałowałyśmy, że zostałyśmy tam tylko na jedną noc. 

Wybieracie się na Łotwę i nie chcecie nocować w stolicy? To może warto rozważyć pobyt w Jełgawie? O samym mieście będę jeszcze pisać, ale już teraz mogę Wam gorącą polecić nocleg w Kārklu Muiža Hotel. To nie jest żadna płatna reklama. Mnie naprawdę się tam podobało. Rezerwacje dostępne na bookingu.

Komentarze

  1. Niezwykle różnorodna wyprawa. I cuda natury, i pałace, i ogrody, i mistycyzm. Wszystko mi się podoba, bo ja też lubię takie urozmaicenia. Góra Krzyży robi wrażenie. Sądząc po ilości zdjęć naprawdę Cię zauroczyła. Ale trudno inaczej w takim niesamowitym miejscu pełnym historii i cierpienia. Czekam na dalej.
    Pozdrawiam Julka:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakbyśmy przez cały dzień miały zwiedzać tylko zamki, to po drugim miałybyśmy już dość i wszystkie wydawałyby się nam takie same, stąd tak ważna jest różnorodność podczas zwiedzania. Ja osobiście bardzo lubię zamki, szczególnie te gotyckie, ale wiem, że w końcu bym się nimi znudziła. Nic w tym dziwnego.
      Co do Góry Krzyży, i tak tutaj nie wrzuciłam wszystkich zdjęć, jakie tam zrobiłam :D Miejsce naprawdę niezwykłe. Wyjątkowe.
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Ileż ciekawych miejsc zobaczyłyście jednego dnia. Ja zamki lubię zwiedzać, ale prawdziwym zamkoholikiem jest mój tata. Góra Krzyży na Twoich zdjęciach robi ogromne wrażenie, nie dziwię się, że uważasz to miejsce za niezywkłe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doba wbrew pozorom jest naprawdę długa i można sporo rzeczy zrobić i zobaczyć, trzeba tylko mieć w sobie dość motywacji. Kiedyś sobie później wspominam moje podróże, sama nie mogę wyjść z podziwu, ile można zobaczyć w ciągu zaledwie kilku godzin. Ale zawsze staram się też pamiętać, że liczy się jakość a nie ilość.
      Góra Krzyży robi wrażenie, ale żeby zrozumieć, jak wielkie, trzeba tam po prostu być i doświadczyć tego na własnej skórze.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Jeżyk sprawił, że się uśmiechnęłam :) Smutne jednak, że to zwierzęta muszą nam przypominać, by dbać o Matkę Naturę.

    To chyba był najłatwiej zdobyty zamek ever ;) No cóż, ponoć każdy z nas ma swoją cenę. Jedni wyższą, drudzy niższą.

    Góra Krzyży to bardzo osobliwa atrakcja, ale mnie jednak niestety trochę "creepy".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żyjemy w zbytnim pędzie, żeby pamiętać o tych naprawdę ważnych rzeczach :( Dobrze, że zwierzątka wciąż jeszcze mają do nas cierpliwość i wciąż nam przypominają.
      Chciałabym wierzyć, że jednak nie każdy z nas ma cenę, że wciąż istnieją ludzie, którzy kierują się dobrem i własnym sumieniem. Jednak historia pokazuje, że mając pieniądze, można wejść na szczyt. A że potem się z niego spada, to już pewnie dla niektórych drugorzędna sprawa.
      Creepy haha coś w tym jest, ale uwierz, trzeba tam być i poczuć to miejsce na własnej skórze, niezapomniane wrażenia gwarantowane.
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Wiesz co, kiedy ja jechałam do Góry Krzyży to nie oczekiwałam żadnych głębokich przeżyć. Niespecjalnie lubię takie miejsca a drogi moje i kościoła rozeszły się już jakiś czas temu. Tymczasem muszę przyznać, że ilość pozostawionych tam w różnych intencjach krzyży naprawdę robi wrażenie. Zostawiliśmy tam małego drewnianego aniołka, którego bezskutecznie próbowaliśmy odnaleźć podczas kolejnej wizyty. Byłam mile zaskoczona, że Góra Krzyży nie jest tak komercyjna jak się spodziewałam i nawet ludzie małej tudzież żadnej wiary mogą poczuć wyjątkowość tego miejsca.
    Pozdrawiam cieplutko, fajnego czwartku.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram