Altea - w białym labiryncie

Nie będę ukrywać, że mi się chciało. Bo się nie chciało. Loty przesiadkowe mnie męczą. Najchętniej to bym wsiadła do samolotu w Gdańsku i wysiadła bezpośrednio w Palmie. Ale póki co jest jak jest (ale już niedługo to się zmieni, bo zostają wprowadzone loty bezpośrednie na wspomnianej trasie, jupi!), więc lecąc z Polski na Majorkę muszę nieco kombinować. Stwierdziłam, że skoro już po raz n-ty lecę przez Alicante, może dobrym pomysłem jest wykorzystać tę przesiadkę, na jakąś wycieczkę po okolicy. Co prawda sporo w rejonie Alicante już widziałam, ale kilka miejsc jeszcze zostało do odwiedzenia, więc moja podróżnicza półkula mózgowa stwierdziła, żeby jednak ze zwykłej przesiadki, zrobić sobie taką przedłużoną. No a potem przyszedł właśnie ten moment, że tak bardzo mi się nie chciało, że marzyłam tylko o tym, żeby już po prostu być na Majorce. No ale nocleg w Alicante był już opłacony i data biletu Alicante - Palma też wskazywała na kilka dni później niż ten na trasie Gdańsk - Alicante, więc tak jakby nie było odwrotu. Potem doszedł jeszcze dylemat, gdzie pojechać z tego Alicante... Na tapecie miałam dwa miejsca. Jedno bardziej zurbanizowane, drugie bardziej przyrodnicze. Monia zachęcała mnie do tego drugiego. Ja jednak wybrałam to pierwsze, głównie z powodu korzystniejszych połączeń autobusowych i tym oto sposobem wybrałam się do Altei. A teraz po tym przydługim wstępie, zapraszam Was na spacer uliczkami białego hiszpańskiego miasteczka.

Drzwi do baśni

Obiecywałam, że do Bremy jeszcze wrócę (wirtualnie oczywiście, bo na razie rzeczywistych powrotów nie planuję, ale kto wie...) i oto jest ponownie na tym blogu najbardziej baśniowe miasteczko, w jakim do tej pory byłam. Ten wpis nie był planowany w momencie podróży do Bremy. Pomysł na niego pojawił się jak zaczęłam przygotowywać zdjęcia do pierwszej relacji z tego miasta i zdałam sobie sprawę ile pięknych drzwi i okien uwieczniłam na fotografiach. Zapraszam więc na krótki spacer po galerii baśniowych drzwi i okien.

O Kielcach słów kilka

Jak ten czas zapiernicza. Uzupełniałam sobie przed chwilą luki w książkowej aplikacji i nie mogłam uwierzyć, że niektóre z książek, które tak dobrze pamiętałam, czytałam już kilka dobrych lat temu. Na blogu nie jest inaczej. Mam listę miejsc, które odwiedziłam, a które jeszcze nie pojawiły się na tym blogu i dzisiaj właśnie o jednym z nich napiszę, ale (uwaga!) są to wspomnienia z 2021 roku. Serio, nie wiem kiedy minęło tych pięć lat. Pocieszające w tym wszystkim jest to, że były to piękne lata i wiele się w tym czasie dobrego wydarzyło, także nie ma co narzekać na upływ czasu, tylko korzystać z niego garściami, bo mimo wszystko tego czasu jest nam dane niewiele.

Brema w świątecznej odsłonie

Od czego by tu zacząć? Ktoś by powiedział, że od początku. Nasuwa się jednak kolejne pytanie: a gdzie ten początek? Więc w skrócie tylko powiem, że w wyniku efektu motyla w zeszłym tygodniu ponownie odwiedziłam baśniową Bremę i na nowo się tym miastem zachwyciłam, mimo jego zupełnie innego anturażu.

Baśniowa Brema

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i za siedmioma rzekami pośród tysiąca jezior i hektarów gęstych lasów żyła sobie księżniczka, która marzyła o dalekich podróżach i odkrywaniu magicznych zakątków rozległego świata. Pewnego dnia niesiona na skrzydłach białego ptaka opuściła zaśnieżone i mroźne królestwo i trafiła do niewielkiego miasteczka, w którym zapach świeżo mielonych goździków mieszał się z cierpką wonią czerwonego wina, a stukot ciężkich kroków o twardy bruk był zagłuszany przez szept zimnych murów opowiadających historie z przeszłości. Brzmi to jak baśń, bo tak właśnie się czułam spacerując urokliwymi uliczkami Bremy.

Italia 2024: Ravenna - miasto mozaik

Deszcz na północy Włoch nie odpuszczał. Cała najbliższa okolica była spowita czarnymi chmurami. Najbliższym interesującym miejscem, gdzie prognozy pogodowe były bardziej optymistyczne, okazała się Ravenna. Ale wybór tego miejsca na jednodniową wycieczkę nie był podyktowany jedynie pogodą, ale też jego historią. Otóż w Ravennie możemy podziwiać jedne z najlepiej zachowanych mozaik bizantyjskich, które zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Italia 2024: deszczowa Ferrara

Co robić, gdy jesteśmy w podróży i pada deszcz? Można pójść do jakiegoś muzeum czy innego obiektu. Ale można też sprawdzić mapę pogodową i znaleźć nieodległe miejsce, gdzie pada trochę mniej. Podczas marcowego pobytu w północnych Włoszech wybrałam właśnie tę drugą opcję i tym sposobem trafiłam do Ferrary.


O Ferrarze nie wiedziałam nic, poza tym, że kiedyś czytałam książkę, której akcja toczyła się właśnie w tym włoskim mieście. Nie miałam dużych oczekiwań, nie miałam gotowego planu co zobaczyć. Pogoda była naszym głównym przewodnikiem. Padało mniej, włóczyłyśmy się uliczkami miasteczka. Deszcz przybierał na sile, chowałyśmy się w murach kościoła...

Ale zanim opowiem Wam o samej Ferrarze, napomknę też, że początkowo nie obyło się bez przygód. Zanim wyszłyśmy z czterech ścian na dworzec kolejowy, sprawdziłyśmy rozkład jazdy pociągów, żeby znowu się nie wkopać, jak wtedy, gdy chciałyśmy jechać do Vicenzy. Niestety Włochy są nieprzewidywalne. Pomimo tego, że sieć kolejowa jest bardzo rozwinięta, a może właśnie dlatego, że tak dużo jest tych połączeń, niekiedy dochodzi do niespodzianek. Kiedy dotarłyśmy na dworzec, sprawdziłyśmy tablicę odjazdów i okazało się, że pociąg, którym planowałyśmy jechać do Ferrary, nie istnieje. To znaczy istnieje, ale jest operowany przez innego przewoźnika niż zakładałyśmy i bilety są trzy razy droższe. Na szczęście kilkanaście minut później miał odjeżdżać inny, tańszy i to na niego kupiłyśmy bilety. Czas oczekiwania spędziłyśmy w supermarkecie i nie wiem, czy właśnie i tak nie wydałyśmy tych pieniędzy, które myślałyśmy zaoszczędzić rezygnując z droższego przejazdu do Ferrary.


Kiedy dojechałyśmy do Ferrary nadal lało jak z cebra i nie było nadziei na poprawę. No ale skoro przejechałyśmy już tyle kilometrów, głupotą by było od razu wracać bez chociażby jednego zdjęcia. Ferrara miała być małym urokliwym miasteczkiem we włoskim klimacie, a okazała się zimną i ponurą mieściną. Oczywiście wszystko przez ten deszcz. 

W strugach deszczu przeszłyśmy z dworca na starówkę, która była kompletnie opustoszała. Nie powiem, że byłam zachwycona. Ferrara nie wywołała we mnie żadnych emocji. Ani tam brzydko, ani ładnie. Po prostu nijako. A przynajmniej tak właśnie nam się to miasto zaprezentowało.

Ferrara, jak wiele innych włoskich miasteczek, jest prawdziwą perełką dla koneserów architektury dawnej. Niewielka starówka może się pochwalić wachlarzem najróżniejszych stylów architektonicznych, poczynając od romańskiego poprzez barok i renesans na współczesności kończąc. Zabytkowa część miasta została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO i otrzymała tytuł Miasta Renesansu.

Spoglądając na zdjęcia, mam wrażenie, że to miasto jest dużo ładniejsze niż to, które mam w swoich wspomnieniach. Jest tam mnóstwo przepięknych budynków. Cegła wszędzie dookoła. Brukowane uliczki... A jednak Ferrara nie skradła mojego serca, choć ma wszystko czego w tego typu miejscach szukam. Nie wiem, czy to przez pogodę, czy rzeczywiście jednak czegoś tam brakuje...? Nie będzie więc dzisiaj długich monologów i zachwytów. W Ferrarze byłam, widziałam i niestety zapomniałam. Jeśli będzie kiedyś okazja, to chciałabym dać temu miastu jeszcze jedną szansę, bo czuję, że nie zasługuje na taką obojętność z mojej strony.

Najważniejszym budynkiem na mapie Ferrary jest chyba zamek znajdujący się w samym centrum miasteczka. Castelo Estense jest przykładem architektury renesansowej i stoi tam tak sobie otoczony fosą w niemalże niezmienionym stanie już od średniowiecza. Jak sobie pomyślimy ile te mury widziały, ile słyszały i wreszcie ile przeżyły, to naprawdę można oniemieć z zachwytu. Na dziedziniec prowadzi zwodzony most. W zamkowych komnatach znajduje się muzeum. Niestety w godzinach naszego pobytu w Ferrarze muzeum było nieczynne. A szkoda, bo pewnie byśmy się skusiły na krótką wizytę.

W niedalekiej odległości od zamku mamy kolejną perełkę architektury - katedra św. Jerzego. Po wkroczeniu na główny plac miasta, to właśnie katedra jako pierwsza rzuca nam się w oczy. Jest monumentalna. Ilość arkad i kolumn potrafi zaskoczyć i to właśnie one sprawiają, że katedra tak przyciąga wzrok. Szkoda, że częściowo konstrukcja była w remoncie i nie mogłyśmy w pełni docenić piękna fasady. Z racji na deszczową pogodę nie wahałyśmy się ani chwili by wejść do wnętrza katedry. Okazało się ono bogato zdobione. Spodziewałam się czegoś nieco skromniejszego, ale sam fakt, że wreszcie nie mokniemy, sprawił, że byłam zadowolona.

Deszcz nie odpuszczał. Normalnie to byśmy sobie usiadły w jakiejś przytulnej kawiarence zlokalizowanej przy jakiejś klimatycznej średniowiecznej uliczce. Jednak wołał nas zew przygody. Doszłyśmy do wniosku, że właściwie to aż tak bardzo nie pada. Zimno też jakoś nie jest jak już ubrałyśmy rękawiczki i szczelnie kapturami ochroniłyśmy się przed chłodnym powiewem. Więc zamiast przycupnąć w ciepłym i suchym kącie kawiarni, wybrałyśmy się na spacer na cmentarz!

Nigdy nie byłam normalna i szablonowa, ale jak teraz sama siebie czytam, to sobie myślę, że niekiedy te moje podróżnicze wybory już dziwniejsze nie mogłyby być. Ile z Was wpisuje w plan podróży wizytę na cmentarzu? Bo u mnie cmentarz zawsze musi się jakiś znaleźć, czasami tylko nie ma już czasu, albo cmentarz zamknięty, jak np. w przypadku Mediolanu, gdzie naprawdę ubolewałam na tym, że tam nie dotarłam. W Ferrarze natomiast cmentarz był otwarty i bez problemu mogłyśmy się chwilę po nim powłóczyć.

Cmentarz w Ferrarze (Cimitero Monumentale della Certosa) jest położony poza ścisłym centrum miasta, w miejscu dawnego klasztoru Kartuzów. Kościół poklasztorny stoi w samym sercu tego ogromnego cmentarnego miasteczka, na które składają się liczne aleje, wzdłuż których ciągną się szpalery przepięknych nagrobków. Nie wiem jak często jest to odwiedzane miejsce przez turystów, ale uważam, że naprawdę warto było się tam wybrać, bo ten cmentarz jest niczym galeria sztuki grobowej. Być może brzmi to makabrycznie, a dodając do tego deszczową aurę, to już w ogóle mamy klimat jak z horroru, ale na tym cmentarzu naprawdę można spędzić wieczność podziwiając pomniki.

Jako że cmentarze w pewnym sensie są końcem drogi, to właśnie w tym miejscu zakończę ten wpis. Zrobiło się tutaj trochę ponuro, ale obiecuję, że następnym razem pokażę Wam więcej słońca. Może nawet tego majorkańskiego, bo już chyba najwyższy czas, żeby powrócić do pisania o Majorce.

Italia 2024: Werona - miasto Julii

Kto nie zna historii tragicznej miłości Romea i Julii? Historii, która wyniosła Szekspira do rangi jednego z najwybitniejszych dramaturgów. Historii, która dzisiaj przyciąga tłumy do włoskiej Werony. Mnie również oczarowała. Poniekąd za sprawą jej wyjątkowości, a poniekąd dlatego, że główna bohaterka jest moją imienniczką. Niegdyś opowieść o związku między Romeem a Julią wydawała mi się piękną historią miłości. Dzisiaj odbieram ten dramat raczej jako historię o młodzieńczym szaleństwie. Niemniej jakie by nie były interpretacje i opinie, postacie Romea i Julii na stałe zapisały się w popkulturze, a dzięki nim Werona stała się prawdopodobnie jednym z najczęściej odwiedzanych włoskich miast. No bo któż by nie chciał stanąć pod słynnym balkonem Julii?

Italia 2024: Padwa miasto arkad

Mam tyle zaległych wpisów, że nie wiem, kiedy to wszystko nadrobię, tym bardziej, że sezon tuż tuż. Ale dzisiaj wreszcie zaczynam relację z ubiegłorocznego wyjazdu do Włoch i nawet nie wiecie jak się cieszę, że nareszcie będę mogłam Wam opowiedzieć o tych wszystkich pięknych miejscach, o zabawnych historiach i pokazać dziesiątki wielobarwnych zdjęć.

Sandomierz ~ miasto pełne legend

Jako, że dzisiaj jest dzień niepodległości i tak jakby urodziny Polski, postanowiłam opublikować coś z naszego polskiego podwórka. Padło na zaległy wpis z Sandomierza, który odwiedziłam już kilka dobrych lat temu i nie mam bladego pojęcia, dlaczego wcześniej nie napisałam o tym miejscu. Byłam tam w tym samym roku, kiedy wybrałam się na objazd po krajach nadbałtyckich, a to był bardzo intensywny w przygody czas, więc pewnie gdzieś ten Sandomierz się po prostu zapodział pośród innych wspomnień. Niemniej teraz z przyjemnością wracam do tamtych chwil. A te kolorowe jesienne zdjęcia na pewno rozjaśnią nam wszystkim tę polską szarość za oknem.

Italia 2023: dzień dobry, Bergamo

Bergamo zauroczyło mnie swoim spokojem, klimatycznymi uliczkami i malowniczymi widokami rozciągającymi się wokół miasta. Jest to jedno z tych miejsc, które nie może się pochwalić znanymi na całym świecie zabytkami, a jednak potrafi w sobie rozkochać chyba każdego przyjezdnego.

Praga - przedsmak podróży, która do ostatniej chwili stała pod znakiem zapytania

Wstałam dzisiaj o 4:30, bo praca mnie wzywała. Myślałam, że szybko pójdzie, jak zawsze i jeszcze przed siódmą będę z powrotem w domu i trochę odeśpię przed kolejną zmianą. Jednak jak wróciłam do domu, była już prawie ósma i stwierdziłam, że teraz to już nie ma sensu kłaść się do łóżka, więc dokończyłam kilka biurowych spraw, a potem coś mnie tchnęło i weszłam na bloga Moniki nadrobić czytelnicze zaległości. Mo. ma w sobie niesamowitą moc zarażania innych optymizmem i pozytywną energią, toteż po przeczytaniu kilku wpisów, energia tak mnie zaczęła rozpierać, że weszłam na własnego bloga i zaczęłam pisać, choć jeszcze do końca nie wiedziałam o czym tak właściwie chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć. Zaległości z relacjami mam tak ogromne, że aż nie wiem, czego mam się złapać. Dobrze, że prowadzę taki kajecik, gdzie zapisuję wszystkie pomysły na blogowe wpisy. Po przestudiowaniu wszystkich zapisków, stwierdzam, że najwyższy czas, abym opowiedziałam Wam o mojej jesiennej wyprawie do Włoch. Ale zanim to nastąpi, przerwa na krótki przystanek w czeskiej Pradze.

Hiszpania dzień 27: Zaragoza

Do Saragossy (czy też z hiszpańskiego Zaragozy) dojeżdżamy jeszcze przed 5:00 rano, nieco wcześniej niż wskazywał na to rozkład jazdy autobusów. Tym razem brak jakichkolwiek opóźnień na trasie był nam trochę nie w smak. Dworzec zamknięty na cztery spusty. Większość barów też będzie się otwierać nieco później. Tyłki ratuje nam niewielka poczekalnia. Niestety pomimo tego, że sala była zadaszona i miała cztery ściany, na przeszywający chłód nie dało się nic poradzić. Przeczekujemy tam do otwarcia dworca. Te kilkadziesiąt minut dłużyło się w nieskończoność. Nieprzespana noc, ja zakatarzona, chłód, zimne metalowe krzesełka... Nocne transfery wcale nie są takie fajne...

Hiszpania dzień 22: Toledo ~ miasto trzech kultur

Po nocy spędzonej w autobusie z Portugalii do Hiszpanii, o godz. 6:00 zatrzymujemy się na dworcu w Toledo. Jest ciemno i wszystko pozamykane. Na dworcu autobusowym przechowalnia bagażu w ogóle nie funkcjonuje, więc z plecakami idziemy na poszukiwania jakiegoś otwartego o tej porze baru, gdzie będziemy mogły się rozgrzać i przeczekać te ciemne poranne godziny (bo trzeba Wam wiedzieć, że w Hiszpanii robi się jasno później niż w Polsce, więc czasami nawet jeszcze o 7:30 jest szarawo).

Portugalia dzień 17: stara Lizbona

Następnego dnia po naszym bardzo długim spacerze po Lizbonie, postanowiłyśmy pospacerować po nieco mniejszym obszarze, w centrum starej Lizbony. Tereny bardziej turystyczne, więc obawiałam się potwornie zatłoczenia, ale jakimś cudem udało nam się ominąć te najbardziej przeludnione zakątki.

Portugalia dzień 9: we mgle

To miał być jeden z tych dni, kiedy przechadzamy się wąskimi uliczkami najurokliwszych portugalskich miasteczek, kiedy podziwiamy panoramiczne widoki z zamkowych włości. A przede wszystkim to miał być jeden z tych dni, kiedy zatracamy się wpatrując się w tarczę zachodzącego słońca. Miał być, ale nie był.

Portugalia dzień 7: miasto miłości i winna dolina rzeki Duero

Najtrudniej jest zacząć. Dlatego bardzo często wstęp zostawiam sobie na sam koniec. I zazwyczaj wówczas sam się pisze. Niestety nie tym razem. Zostawiam Was więc bez wstępu i od razu zapraszam na wycieczkę.

Portugalia dzień 6: Guimarães

Może wcale nie w Porto, a właśnie w Guimarães powinnyśmy zacząć naszą podróż, bo to właśnie w tym niewielkim miasteczku na północy kraju narodziła się Portugalia.

Portugalia dzień 5: ocean, Braga i Guimarães

Dzisiaj żegnamy się z Porto i jedziemy na podbój Portugalii północno-środkowej. Póki co dość nieśmiało poznajemy kolejne miejsca na mapie tego przepięknego kraju, więc tym razem będzie dość zwięźle, ale już teraz możecie się przygotować na naprawdę pełne wrażeń relacje z kolejnych dni. Tymczasem zapraszam Was na nasz pierwszy dzień objazdu po Portugalii.

Dzień 21: Wilno

Uwaga, uwaga. Przed Wami moje pierwsze spotkanie z Wilnem i jednocześnie ostatnia relacja z tamtej podróży. Dotrwaliście do końca. Należą się Wam gratulacje. Nie sądźcie jednak, że ten wpis będzie taką wisienką na podróżniczym torcie. Chciałabym napisać, że Wilno mnie zachwyciło. Ale Estonia postawiła poprzeczkę naprawdę wysoko i po tym, co doświadczyłam w tamtym kraju, ani Łotwa, ani Litwa nie były w stanie tego przebić. Niemniej mam nadzieję, że nie zniechęciłam Was zanadto do czytania i jak już przeszliście ze mną przez te wszystkie północne przygody, to i Wilno jeszcze razem przemierzymy.

instagram