Baśniowa Brema
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i za siedmioma rzekami pośród tysiąca jezior i hektarów gęstych lasów żyła sobie księżniczka, która marzyła o dalekich podróżach i odkrywaniu magicznych zakątków rozległego świata. Pewnego dnia niesiona na skrzydłach białego ptaka opuściła zaśnieżone i mroźne królestwo i trafiła do niewielkiego miasteczka, w którym zapach świeżo mielonych goździków mieszał się z cierpką wonią czerwonego wina, a stukot ciężkich kroków o twardy bruk był zagłuszany przez szept zimnych murów opowiadających historie z przeszłości. Brzmi to jak baśń, bo tak właśnie się czułam spacerując urokliwymi uliczkami Bremy.
Dzisiaj kontynuacja mojej wizyty u Moni. Kiedy już udało nam się przejść Hamburg wzdłuż i wszerz, wyruszyłyśmy na podbój kolejnego miasteczka, którym się zauroczyłam już od pierwszego z nim zetknięcia na blogu Moniki. Nie było więc innej możliwości, będąc tak blisko, musiałam to miejsce zobaczyć na własne oczy i przekonać się na własnej skórze, że tam naprawdę jest tak cudownie, tak niewiarygodnie magicznie i wręcz baśniowo.
Już sam przejazd pociągiem z Hamburga do Bremy był dla mnie rozkoszą. Tak dawno nie jeździłam pociągami, że zapomniałam jakie to wspaniałe uczucie siedzieć przy oknie i wgapiać się bez końca w mknące krajobrazy. Jak wiem, że będę jechać pociągiem, to zabieram ze sobą jakąś książkę, żeby się nie nudzić, ale zazwyczaj i tak kończy się na tym, że książki nie otwieram i po prostu przyklejam nos do szyby i patrzę i marzę. W towarzystwie oczywiście jest też sposobność na rozmowę i komentowanie widoków za oknem. Zauroczyła mnie sielskość niemieckich krajobrazów. Mnóstwo tam pól i łąk, którymi chciałabym chadzać w promieniach zachodzącego słońca. Tym razem jednak wybrałyśmy się na wycieczkę po mieście, ale nie byle jakim mieście, bo Brema okazała się niczym wyrwana z jakiejś baśni. Będę tutaj prawdopodobnie wielokrotnie nawiązywać do tej baśniowości, bo nie wiem, jak inaczej określić klimat tego miasteczka. Czułam się tam tak, jakbym była w ogóle w innej rzeczywistości.
Oczywiście jak opuściłyśmy dworzec kolejowy, natrafiłyśmy na zwyczajne współczesne miasto, z ruchliwymi ulicami i wieloma liniami tramwajowymi. Ale gdy tylko dotarłyśmy na starówkę moich ochów i achów nie było końca. Byłam tym miejscem tak zauroczona, że momentami brakło mi słów. Tak mi się tam podobało, że nie wiedziałam jak to wyrazić słowami. Jeśli więc, Moniu, mojego zachwytu nie było po mnie widać, to tylko dlatego, że byłam tak tym pięknem otumaniona, że zapomniałam w jaki sposób wyraża się pozytywne emocje.
Brema (niem. Bremen) należy do największych miast niemieckich i jest jednym z ważniejszych ośrodków przemysłowych. W pewnym sensie miasto zostało rozsławione przez Braci Grimm za sprawą baśni o Muzykantach z Bremy, których oczywiście spotykamy na naszej trasie zwiedzania. W sumie trasa zwiedzania to dość górnolotne określenie, bo spacerowałyśmy uliczkami Bremy bez większego planu i chyba właśnie jest to najlepszy sposób na poczucie klimatu tego miasta.
Spodziewałam się tłumów, bo co nieco już wiedziałam o tym mieście. Monia zawsze je u siebie przedstawia jako taką perełkę całego regionu i ma w tym zupełną rację. Można by więc założyć, że turystów będzie tam co nie miara, a już w ogóle w taki piękny słoneczny dzień. Nie tylko ja byłam zaskoczona niemalże pustymi uliczkami. Na szczęście było to zaskoczenie jak najbardziej pozytywne. Miałyśmy Bremę całą dla siebie, co przyczyniło się do tego, że jeszcze bardziej odczułam tam ten baśniowy klimat.
Nie będę Was tutaj zanudzać opisami, bo pewnie doszłabym do momentu, w którym zabrakłoby mi synonimów i chcąc nie chcąc musiałabym się powtarzać jak tam pięknie i cudownie, a przecież nie o to tutaj chodzi. Chciałabym, żebyście sami się o tej wyjątkowości przekonali i mam nadzieję, że zdjęcia, które tam wykonałam, nieco Wam to zadanie ułatwią. I szczerze polecam, żeby Bremę tak czy siak zobaczyć na własne oczy, bo żadne fotografie ani poetyckie opisy nie są w stanie oddać niepowtarzalnego i baśniowego klimatu tego miejsca.
Dzisiaj zdjęć będzie co nie miara, bo nie mogłam się zdecydować podczas selekcji i nieco zaszalałam z ich ilością. Nawet się zastanawiałam, czy nie podzielić tego wpisu na dwie części i ostatecznie tak zrobię, więc jeszcze w tym roku (mam nadzieję) możecie się spodziewać kolejnej dawki kadrów z Bremy.
Żeby nie było, Brema to nie tylko ta baśniowa starówka. Miasto mogłabym porównać do cebuli. Niezbyt to poetyckie porównanie, ale myślę, że trafne z racji na warstwowość miasta. Soczystym centrum, serduszkiem Bremy jest oczywiście starówka. Dalej otaczają ją również zabytkowe ale już nie tak zabytkowe zabudowania. Oddalając się od starówki wchodzimy w coraz to nowocześniejsze dzielnice. Aż na sam koniec stykamy się z naturą, bo wychodzimy nad rzekę. Spacer wzdłuż rzeki w zimowym słońcu był naprawdę przyjemny. Niefajnie zrobiło się dopiero gdy musiałyśmy pożegnać słoneczko i weszłyśmy ponownie w zacienione uliczki. Jednak uroki Bremy wynagradzały tę mroźną aurę. Grzane winko też okazało się idealnym ocieplaczem klimatu.
A gdy już nie było rady na chłodne powiewy wiatru, skryłyśmy się w murach katedry. I jakież zaskoczenie nas tam czekało... Na kościelnych ławach w różnych kątach świątyni siedzieli artyści: malarze i rysownicy, i odbijali na papierze gotyckie rysy katedry. Była to prawdopodobnie jakaś grupa zorganizowana, być może jakieś warsztaty artystyczne. Świetna sprawa. Trochę sobie posiedziałyśmy, pogapiłyśmy się na rysowników, pogapiłyśmy się na mury, witraże i sklepienia, by potem znów wyjść na chłodne, ale piękne ulice Bremy.
W drodze powrotnej na dworcu już w Hamburgu istny chaos. Jak wyszłyśmy z toalety w poszukiwaniu naszego peronu, to myślałam, że ten tłum zaraz mnie wchłonie. Chyba nawet na dworcu w Mediolanie nie doświadczyłam takiego bałaganu jak tutaj. A mówi się, że Niemcy takie porządne i poukładane. Jak się okazuje nawet tam może zapanować nieład.
Kiedy już dotarłyśmy do naszego pociągu, ledwie się wcisnęłyśmy, był po brzegi wypełniony pasażerami. O miejscach siedzących to sobie mogłyśmy tylko pomarzyć. Nawet znalezienie dogodnego stojącego miejsca graniczyło z cudem. Jako tako się ustawiłyśmy i czekałyśmy na odjazd pociągu. Czekamy, czekamy i nic... Stoimy. Robi się ciepło, robi się duszno. Opóźnienie zamiast maleć, tylko rośnie. No przecież bez przygód by się nie obyło...
Z wycieczki wróciłyśmy zmęczone, ale z mnóstwem pięknych wspomnień. A już za kilka chwil będziemy zdobywać kolejne.
Wpis ten zaczęłam przygotowywać już dawno dawno temu i miałam go opublikować jeszcze w połowie listopada, ale wgranie zdjęć okazało się prawdziwym koszmarem i musiałam tę czynność rozłożyć na raty. Kocham moją kaszubską wieś, ale prędkość Internetu pozostawia tutaj wiele do życzenia i nawet wgranie jednego zdjęcia może niekiedy zająć nawet pół godziny. Z reguły jestem bardzo cierpliwa, ale czasami już nie miałam sił i po prostu zamykałam laptopa i uciekałam do świata książek, bo tam mogłam podróżować swoim własnym tempem.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Fantastyczne zdjęcia, pełne magii. Fantastyczny tekst, baśniowy, pełen szczęścia. Jest to miasto, które bardzo chce odwiedzić i mam nadzieję, że się to uda. Twoje zdjęcia mnie czarują, idealnie uchwycona magia. Spedzilyscie razem czas wybitnie. Ach malować w takim miejscu musi być zaczarowanym uczuciem. Dziękuję za totalnie miły dla serca post, jeszcze bardziej chcę tam pojechać.
OdpowiedzUsuńDobrej niedzieli i nowego tygodnia.:)
Dziękuję pięknie za tak miłe słowa. W zeszłym tygodniu miałam szczęście ponownie spacerować tymi urokliwymi uliczkami w towarzystwie przewspaniałych blogowych koleżanek i już niedługo pokażę jeszcze więcej zdjęć z tego baśniowego miasta; tym razem w świątecznym bożonarodzeniowym klimacie.
UsuńPozdrawiam cieplutko :)
Jula! Od pierwszego Twojego zdjęcia jestem oczarowana Bremą. To miasto wygląda jak z baśni. Jest pełna uroku i malowniczości. Dziękuję, że mogłam ją zobaczyć na Twoich pięknych zdjęciach.
OdpowiedzUsuńSerdecznie pozdrawiam:)
Dziękuję. Brema jest zachwycająca. Byłam tam teraz ponownie i tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to naprawdę magiczne miasto.
UsuńUściski
Ale piękny wstęp! Pierwszy akapit oddaje czar zimowego Bremen, cudownie to ujęłaś. I dziękuję, że mi przypomniałaś o malarzach i rysownikach w katedrze bo to były fajne chwile a ja całkiem o nich zapomniałam. Trochę inaczej zapamiętałam też drogę powrotną do Hamburga bo to nie było tak, że do Hamburga wróciłyśmy bez problemów i dopiero tutaj zaczęła się przygoda bo nie jeździły sbahny i musiałyśmy jechać Regio? W którym nie dość, że był tłum to jeszcze utknęłyśmy po drodze?
OdpowiedzUsuńNie martw się, wiem, że w Bremen Ci się podobało bo mi o tym mówiłaś a poza tym widziałam ile robisz zdjęć😀. Poza tym Bremen nie może się nie podobać🙂.
Bardzo się cieszę, że jutro znów się widzimy. Do zobaczenia!
Masz rację z tym pociągiem. Już to zmieniam. Tak to jest jak się odkłada pisanie, potem wiele szczegółów zanika w pamięci. Cieszę się, że razem z Tobą i Ulą mogłam sobie odświeżyć moje wspomnienia z Bremy. Już nawet miałam się zabierać za pisanie relacji, ale po Twoim ostatnim wpisie muszę najpierw ochłonąć :D
UsuńŚciskam. Buziaki
Napisałam prawdę, całą prawdę i tylko prawdę ale pisząc a później czytając ten wpis również się wzruszam. No dobra, znikam żeby za bardzo Cię nie rozpraszać bo przecież gonią Cię terminy i do niedzieli musisz napisać nowy wpis 😀.
UsuńBardzo bardzo się cieszę, że u mnie byłaś!
Do niedzieli się nie wyrobiłam, ale na usprawiedliwienie tylko powiem, że ogarnęło nas ciasteczkowe szaleństwo. A post już napisany, teraz tylko zdjęcia i jeśli Internet pozwoli, jeszcze dzisiaj zrobi się na tym blogu trochę bardziej świątecznie.
UsuńSuper, że wgrałaś tyle zdjęć, choć była to mozolna praca. Wiem, że kiedyś zobaczę to wspaniałe, baśniowe miasto na własne oczy. Jak nie teraz, to innym razem. Do zobaczenia Juleczko:)))
OdpowiedzUsuńTeraz możesz już powiedzieć, że widziałaś na własne oczy i wiem, że byłaś nim tak samo oczarowana jak ja :)
UsuńA zdjęć to nie koniec, bo ostatnio znowu sporo ich napstrykałam, także do Bremy będę jeszcze wracać.
Ściskam
To się cieszę, bo tego uroczego miasta nigdy dość:)))
UsuńCzekam też z niecierpliwością na Twoją relację z tego miasta ;)
UsuńWpadłam z bloga Moniki, piękne kadry pokazujesz :-)
OdpowiedzUsuńCzytam, że Majorka to twoje miejsce na Ziemi, a mój syn tam właśnie się oświadczył:-)
Witaj :)
UsuńNo, Monika nieźle nas z Ulą zareklamowała na swoim blogu :) I podpisuję się pod jej wpisem, ten wspólnie spędzony czas był niesamowity i niezapomniany. Jeśli kiedykolwiek będziesz miała okazję poznać Monikę osobiście, nie wahaj się ani chwili, to świetna babka.
Majorka to obok Kaszub mój drugi dom i wbrew temu co mówią o tej wyspie, że jest drogo, tłumnie i być może trochę imprezowo, staram się pokazywać tutaj na blogu różne jej oblicza, bo w rzeczywistości Majorka ma wiele twarzy i każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa. A dla Twojego syna pewnie stanie się miejscem podwójnie wyjątkowym, bo rozumiem, że oświadczyny zostały przyjęte ;)
Pozdrawiam :)
Hej Jula! Twój opis Bremy to istna poezja dla duszy podróżnika. Czytając, miałam wrażenie, jakbym tam była – od tego magicznego „otumanienia” starówką, przez leniwy zachwyt za oknem pociągu, aż po ciepło grzanego wina i niespodziankę w katedrze z rysującymi artystami. Zachwycająca relacja, która oddaje to, co najcenniejsze w podróżach – chwile, gdy świat staje się baśnią, a my w niej po prostu jesteśmy.
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki, by internet na wsi był łaskawszy, a kolejne wpisy przychodziły łatwiej. Czekam na więcej – masz dar opowiadania, który sprawia, że czytelnik chce tam być. I to jest największa magia.. pozdrawiam serdecznie :)
Poezją jest Brema sama w sobie. Przepraszam, jednak nie poezją, a baśnią, no ale o tym to już nie raz wspomniałam w tym wpisie i jeszcze nie raz będę wspominać w kolejnych wpisach z tego miasta, bo tak mnie to miejsce zachwyciło, że na jednym wpisie nie może się skończyć. Kolejny właśnie w przygotowaniu ;)
UsuńPozdrawiam