Marzenie o Edynburgu spełnione

Kilka dni temu wróciłam ze wspaniałej podróży i chociaż prozaiczne obowiązki dopadły mnie jak tylko otworzyłam drzwi mieszkania (bo przecież pranie trzeba zrobić, zakupy, bo lodówka pusta, posprzątać, bo kurz przez ten tydzień zdążył się zadomowić...), nadal trzymają mnie ogromne emocje, które sprawiają, że chciałabym Wam opowiedzieć wszystko teraz zaraz, a jednocześnie nie wiem od czego zacząć, żeby ta opowieść miała ręce i nogi. Odwiedziłam przepiękne miejsca. Spotkałam się z cudownymi ludźmi. Spędziłam niezapomniany czas i odhaczyłam kolejne marzenie, które od bardzo dawna czekało na swoją kolej.

Baśniowa Brema

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i za siedmioma rzekami pośród tysiąca jezior i hektarów gęstych lasów żyła sobie księżniczka, która marzyła o dalekich podróżach i odkrywaniu magicznych zakątków rozległego świata. Pewnego dnia niesiona na skrzydłach białego ptaka opuściła zaśnieżone i mroźne królestwo i trafiła do niewielkiego miasteczka, w którym zapach świeżo mielonych goździków mieszał się z cierpką wonią czerwonego wina, a stukot ciężkich kroków o twardy bruk był zagłuszany przez szept zimnych murów opowiadających historie z przeszłości. Brzmi to jak baśń, bo tak właśnie się czułam spacerując urokliwymi uliczkami Bremy.

Italia 2024: Wenecja

Wenecja była moim ogromnym marzeniem. Zanim tam dotarłam, nasłuchałam się najróżniejszych opowieści o tym mieście, naczytałam się wielu relacji podróżniczych stamtąd, naoglądałam się zdjęć. Byłam tak zafascynowana tym miejscem, że jeśli akcja jakiegoś filmu lub książki rozgrywała się w Wenecji, to musiałam tę historię poznać. W pewnym momencie Wenecja w moich wyobrażeniach stała się miastem ideałem. I wtedy zaczęły mnie dopadać obawy, że skoro tak sobie wyidealizowałam to miasto, to jeśli w końcu tam dotrę, zderzę się z rzeczywistością i się rozczaruję, toteż ten wyjazd do Wenecji wciąż odkładałam. Z drugiej jednak strony nadal mnie coś tam bardzo ciągnęło. I jak już byłam tak blisko, w Padwie, nie byłam w stanie oprzeć się pokusie i nie pojechać na jeden dzień do miasta tysiąca kanałów.

Z miłości do podróży

Nie jestem etatowym podróżnikiem, aczkolwiek kiedyś bardzo chciałam nim być. Zachwycałam się przygodami wielu backpackerów, którzy porzucili życie w korpo i wyruszyli w świat. Chociażby Przemek Skokowski, który był moim idolem. Też tak chciałam. Ale on był facetem, a facetom jakoś łatwiej na tym świecie. A potem poznałam BAnitę i już wiedziałam, że my, dziewczyny, też możemy robić szalone rzeczy. Tyle że ja wtedy nie pracowałam w korporacji. Nie miałam czego rzucać. Byłam sobie biedną początkującą studentką. Wydawało mi się, że brak mi wystarczającej odwagi, żeby tak po prostu spakować się w plecak i ruszyć w drogę po marzenia. Wydawało mi się (słusznie z resztą), że byłam jeszcze za młoda. Toteż jeździłam sobie nieśmiało po Polsce i próbowałam swoich sił w blogowaniu. Jak sobie przypomnę moje blogowe tutaj początki, to płonę ze wstydu. Od tamtego momentu przeszłam długą drogę i teraz wiem, że do niektórych rzeczy trzeba po prostu dorosnąć. Cieszę się niezmiernie, że wtedy jednak nie podążyłam za tamtym zauroczeniem. Cieszę się, że strach przed nieznanym zahamował moje podróżnicze zapędy i powolutku wkraczałam w to niebezpieczne aczkolwiek piękne uzależnienie, jakim są podróże. Moja wielka życiowa przygoda zaczęła się w idealnym dla mnie momencie.

Dzień 13: pożegnanie z Estonią

Wschody słońca są magiczne. Gdy jesteśmy świadkami wschodu, dzień jest dłuższych i wydaje się przyjemniejszy. Ale kurczę, żeby wstać na taki wschód, no to trzeba być wariatem, albo być niezwykle zdyscyplinowaną i silną osobą. Lubię spać, nie cierpię wczesnych pobudek. Wolę dłużej posiedzieć z jakimś zajęciem w nocy, niż wstawać przed świtem, żeby coś dokończyć. I gdyby nie dziewczyny i wspólna mobilizacja, spałabym w ciepłym ogromnym łóżku, zamiast wciskać się w grube ciuchy i bez śniadania wychodzić do lodowate powietrze i maszerować kilometrami tylko po to, żeby zobaczyć jak słońce wyłania się zza horyzontu. Ale zwlekłam się z tego łóżka, przemarzłam, szłam niczym robot z zamykającymi się powiekami i nie żałuję. Nawet pomimo tego, że wschód wcale nie był taki spektakularny, jak sobie go wyobrażałyśmy. Tak właśnie zaczął się nasz kolejny dzień na wyspie Saaremaa.

Dzień 5: Tallinn - pierwsze wrażenia

Wow, wow, wow. Tak w skrócie mogłabym opisać moje pierwsze wrażenia z Tallina i na tym właściwie mogłabym też skończyć, bo trudno w ogóle ująć słowami to, jak bardzo mi się tam podobało. Tallin jest miastem przepięknym, niesamowitym, na długo zapadającym w pamięć...

Formentor o wschodzie słońca


Nie zapomnę, jak przed pierwszym wyjazdem na Majorkę czytałam sobie o tym, co warto tam zobaczyć, a co można pominąć. Na tej drugiej liście znalazł się Przylądek Formentor, który był opisywany po prostu jako nudny. Mimo to, pojechałam tam i nie pożałowałam. W dodatku uznałam, że jest to jedno z tych miejsc, które na Majorce trzeba zobaczyć i nie mogło go zabraknąć podczas podróży moich rodziców po wyspie.

instagram