Marzenie o Edynburgu spełnione
Kilka dni temu wróciłam ze wspaniałej podróży i chociaż prozaiczne obowiązki dopadły mnie jak tylko otworzyłam drzwi mieszkania (bo przecież pranie trzeba zrobić, zakupy, bo lodówka pusta, posprzątać, bo kurz przez ten tydzień zdążył się zadomowić...), nadal trzymają mnie ogromne emocje, które sprawiają, że chciałabym Wam opowiedzieć wszystko teraz zaraz, a jednocześnie nie wiem od czego zacząć, żeby ta opowieść miała ręce i nogi. Odwiedziłam przepiękne miejsca. Spotkałam się z cudownymi ludźmi. Spędziłam niezapomniany czas i odhaczyłam kolejne marzenie, które od bardzo dawna czekało na swoją kolej.
W zeszły weekend byłam w Szkocji, jeszcze kilka dni temu w Anglii, a dzisiaj nadaję do Was z Majorki. Żyjemy w dziwnych czasach, moglibyśmy na wiele kwestii narzekać, ale fakt, że świat jest otwarty i dostępny, jest wspaniały i cieszę się ogromnie, że żyję w takim momencie historii, że mogę bez większych przeszkód spełniać swoje marzenia. A jednym z nich była właśnie podróż na wyspy brytyjskie. Anglia od zawsze mnie przyciągała, a od kilku lat również Szkocja mnie do siebie przywoływała i nawet intensywnie sprawdzałam połączenia lotnicze, ale zawsze coś było na przeszkodzie. Aż do teraz. Wreszcie się udało i mogę głośno powiedzieć, że byłam w Edynburgu!
Decyzja o wspólnym wyjeździe do Szkocji zapadła tak szybko jak szybko padła propozycja. Szybko z Monią zgrałyśmy terminy, kupiłyśmy bilety, zarezerwowałyśmy apartament i z niecierpliwością czekałyśmy na ten wielki dzień. Planów bardziej szczegółowych nie miałyśmy. Dopasowałyśmy się jeśli chodzi o styl zwiedzania i obie byłyśmy zadowolone ze zwyczajnego szwendania się po mieście i nieśpiesznego odkrywania urokliwych zakątków. Ale zanim w ogóle w Edynburgu się spotkałyśmy, to ja przeżyłam małe zwątpienie i zastanawiałam się, czy i tym razem nie będę musiała przełożyć w czasie tej szkockiej przygody... Dzień przed wylotem sprawdziłam sobie wszystkie możliwości dojazdu na lotnisku i wydawało mi się, że wybrałam najlepszą i najszybszą opcję, bo po prostu bezpośredni autobus ode mnie z miasteczka na lotnisko, w dodatku taki pośpieszny, który zatrzymywał się tylko na jednym przystanku po drodze. Zarezerwowałam go sobie, bo jako że jest to autobus ekspresowy bez rezerwacji może się okazać, że w ogóle do mojego miasteczka nie wjedzie. No i tak się zastanawiałam czy by przypadkiem nie zarezerwować wcześniejszego. Na wypadek gdyby mimo rezerwacji nie przyjechał, miałabym wystarczająco dużo czasu, żeby dojechać w inny sposób, ale wówczas byłabym na lotnisku dużo za wcześnie, więc jednak zdecydowałam się na opcję, gdzie na lotnisko miałam dotrzeć na 2h przed wylotem, czyli idealnie. No, ale jak to ostatnio bywa w przypadku moich podróży samolotowych, zawsze coś... Tym razem korek na autostradzie i zamiast jechać 50 minut jechałam jakieś 2 godziny. Początkowo byłam spokojna, ale gdy czas się kurczył, a my żółwim tempem posuwaliśmy się do przodu moje nadzieje, że zdążę zaczęły maleć. Byłam wkurzona, bo nic nie mogłam zrobić. Monia siedziała już w swoim samolocie, a ja nadal w korku. Ale potem sobie pomyślałam: będzie co ma być i jakoś lżej mi się zrobiło. Koniec końców zdążyłam. Przebiegłam całe lotnisko w rozwiązanych butach, bo po kontroli nie chciałam tracić czasu na wiązanie i dotarłam do bramki w momencie jak już wpuszczali do samolotu. Na szczęście po tym jednym incydencie, dalej wszystko szło już sprawnie, zdążyłam na przesiadkę w Barcelonie i bezpiecznie wylądowałam w Edynburgu. W tamtym momencie byłam tak otumaniona szczęściem i ekscytacją, że jeszcze przez kolejnych kilka godzin nie mogłam uwierzyć, że naprawdę dotarłam do Szkocji.
Z lotniska do naszego apartamentu jechałyśmy piętrowym autobusem, a nawet dwoma. W dodatku jechały po "złej" stronie ulicy i jakoś nikogo to nie dziwiło. Nasze mieszkanko okazało się uroczym domkiem w iście brytyjskim stylu. Pachniało przygodą, która właśnie się rozpoczynała.
Ponieważ w Edynburgu spotkałyśmy się późnym popołudniem, na ten dzień nie miałyśmy już żadnych planów eksplorowania miasta. Wybrałyśmy się natomiast do supermarketu na zakupy i tam przechadzałyśmy się sklepowymi alejkami niczym po muzeum albo jakiejś galerii sztuki. Wszystko było takie inne i niezwykłe. Chciałam spróbować wszystkiego. Tam znalazłyśmy chipsy bekonowe, których smak pamiętam z dzieciństwa, a których w Polsce już nie można kupić, na Majorce też takich nie uświadczysz. Oczywiście do koszyka wpadły również typowe szkockie specjały, jak chociażby cholernie słodkie ciasteczka karmelowe shortcake, za którymi już tęsknię, chociaż wcale nie jestem fanką bardzo słodkich specjałów.
Wieczór był spokojny. Noc pozwoliła wypocząć po długiej podróży. Dopiero rano, gdy się obudziłam, uświadomiłam sobie, że ta szkocka przygoda dzieje się naprawdę. Rozsunęłam zasłony, za oknem ponuro i deszczowo, a ja się uśmiecham sama do siebie, bo od dawna o tej Szkocji marzyłam i nareszcie marzenie się spełniło, więc nawet kiepska pogoda nie była w stanie popsuć mojego dobrego humoru. Później to nawet świat się zaczął cieszyć, bo pogoda okazała się niezwykle dla nas łaskawa.
Pojechałyśmy do centrum i jak tylko wysiadłyśmy z autobusu dopadły mnie pierwsze zachwyty. I to wcale nie były zachwyty nad zamkiem położonym na skalnym wzgórzu. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to malutki cmentarz i to właśnie tam skierowałyśmy pierwsze kroki. Kto czyta mojego bloga trochę dłużej, to już wie, że ja uwielbiam odwiedzać cmentarze, a już w szczególności te stare z długą historią i omszałymi nagrobkami. Ten właśnie taki był.
Eksplorowanie Edynburga zaczęłyśmy na spokojnie. Po prostu szłyśmy przed siebie, w kierunku, który podpowiadała nam intuicja. Oczywiście co chwilę się zatrzymując na zdjęcia. Przywiozłam ich z tej wyprawy mnóstwo, a i tak w trakcie wyjazdu usuwałam te mniej udane. Między innymi przez ilość tych zdjęć na razie idzie mi dość opornie przygotowanie tego wpisu. Siedzę nad nim odkąd przyleciałam do domu. W sumie pisanie to pikuś, ale potem wybór zdjęć będzie prawdziwym wyzwaniem. Jednak fakt, że Monia już zdążyła wrzucić na swojego bloga pierwszy wpis z tej podróży, jest dla mnie ogromną motywacją, żebym i ja pokazała jak to wyglądało z mojej perspektywy. Chociaż za bardzo w opiniach nie będziemy się różnić, bo obie byłyśmy zachwycone Edynburgiem. Ja to w ogóle jak tego pierwszego dnia się obudziłam, już zaczęłam planować powrót do Szkocji. Nie wiem kiedy on nastąpi, ale bardzo bym chciała do Szkocji wrócić, bo czuję, że ten kraj skradłby moje serce. Zamiast jednak skupiać się na jeszcze niespełnionych marzeniach, skupmy się na tym, co już się ziściło.
Z tamtego cmentarza, dalej parkiem, potem uliczkami pnącymi się w górę, dotarłyśmy pod zamek. Ilość ludzi jak na luty była zaskakująca. Absolutnie nie spodziewałam się takich tłumów. Fakt, pogoda dopisała, bo chociaż rano padało, potem przestało i było całkiem przyjemnie. Poza tym zaczynał się weekend. Ale i tak nie sądziłam, że będzie tam tylu turystów, że jeszcze przed południem wszystkie bilety na zamek zostały wyprzedane. W planie nie miałyśmy wizyty w środku, więc nie bardzo się zmartwiłyśmy, a widoki sprzed wejścia na dziedziniec też były niczego sobie.
Potem powolutku ze wzgórza zamkowego sobie schodziłyśmy rozkoszując się klimatem najważniejszej ulicy (właściwie ciągu ulic) w Edynburgu, czyli Królewskiej Mili (Royal Mile). To ona tworzy centralną część starówki i jednocześnie jest najstarszą ulicą w mieście. Skupia na sobie cały ruch turystyczny. I choć odchodzą od niej inne mniejsze uliczki oraz słynne close czyli niepozorne wąskie korytarzyki prowadzące do ukrytych dziedzińców czy sąsiednich ulic, to właśnie na Royal Mile najwięcej się dzieje. Mnóstwo tam sklepików z pamiątkami i lokalnymi wyrobami. Wiele restauracji i pubów. Kościoły, muzea i atrakcje turystyczne. A nawet siedziba Sądu Najwyższego Szkocji. Nie zabrakło również ulicznych artystów, w tym szkockich dudziarzy, którzy ludową muzyką umilali nam spacer. Właściwie to można by tam spacerować cały dzień a i tak nie starczyłoby czasu, żeby zobaczyć wszystko, dlatego dobrze się stało, że na Edynburg przeznaczyłyśmy więcej niż jeden dzień. A tymczasem ruszyłyśmy poza ścisłe centrum na punkt widokowy nad miastem.
Po drodze wdepnęłyśmy na kolejny ciekawy cmentarz, skąd również rozciągały nam się niesamowite widoki, aż wreszcie dotarłyśmy na szczyt Wzgórza Caltona (Calton Hill). Wzgórze charakteryzuje się neoklasycystyczną zabudową. Ciekawie to wygląda, muszę przyznać. Trochę tak jakbyśmy nagle znalazły się na akropolu. Chociaż i tak najbardziej zachwycające były widoki na miasto.
Tam niestety pogoda nieco zaczęła nam się psuć, bo zerwał się nieprzyjemny wiatr, a niebo zasnuło się chmurami. Jak potem stamtąd zeszłyśmy, zaczęło padać. Na szczęście deszcz nie był w stanie zepsuć nam humorów, bo i tak w planie miałyśmy usiąść sobie gdzieś na obiad i tym samym przeczekałyśmy najgorszy moment. A na obiad zjadłyśmy okropnie tłuste kanapki z szarpaną wieprzowiną. Jako dodatek do kanapki odważyłam się i zamówiłam sobie haggis, choć odkąd pamiętam, zarzekałam się, że nigdy tego nie zjem. Trochę taka nasza kaszanka, więc spoko. Właściwie w tej kanapce nawet tego haggis za bardzo nie dało się wyczuć.
Gdy już deszcz zelżał, kontynuowałyśmy eksplorację najstarszej części Edynburga i udałyśmy się na najbardziej instagramową ulicę, czyli Victoria Street. Poza tym, że jest to chyba najbardziej kolorowy zakątek miasta i najczęściej fotografowany, jest to też ciekawostka architektoniczna, bowiem Victoria Street jest ulicą piętrową. Można spacerować dołem lub górą tarasami. Jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam takiego rozwiązania. Co więcej spacer tą ulicą jest emocjonującymi doświadczeniem dla fanów Harry'ego Pottera, bowiem Victoria Street była inspiracją dla słynnej czarodziejskiej Ulicy Pokątnej. Nawiązania do Harry'ego Pottera zauważamy niemalże na każdym kroku i wielu właśnie zwiedza Edynburg śladami powieści o młodym czarodzieju. Sama jestem ogromną fanką Harry'ego Pottera, ale teraz z racji na towarzystwo, powstrzymałam się; poza tym kolejki do oficjalnych sklepików były o każdej porze dnia bardzo długie, a my skrupulatnie starałyśmy się tłumy unikać, choć jeszcze raz powtórzę, było to wyjątkowo trudne.
Z Victoria Street przeszłyśmy na kolejną ciekawą ulicę, tym razem charakteryzującą się bardzo bogatym życiem nocnym. Na Grassmarket znajdziemy mnóstwo restauracji i pubów, w tym najstarszy pub w mieście, czy najmniejszy bar w całym Edynburgu. Oczywiście potem się okazało, że te tytuły nosi więcej niż jeden pub, więc pewnie są one głównie chwytem marketingowym dla przyciągnięcia klienteli. Chociaż na brak klientów żadna z miejscówek na Grassmarket nie mogła narzekać. Same próbowałyśmy tam wieczorkiem znaleźć jakiś wolny stolik, ale wszystkie bary były pełne. Może dobrze się stało, bo potem trafiłyśmy nieco przypadkiem do świetnego pubu z niesamowitą szkocką atmosferą i to w dodatku w samym centrum starówki, bo na Royal Mile. Kiedy tam weszłyśmy, nie było tam wielu ludzi, więc się zastanawiałyśmy na ile jest to miejsce godne uwagi. Okazało się, że trafiłyśmy idealnie. Ceny niewygórowane. Smaczne napoje, również te alkoholowe. Nawet przekąski były pyszne. A dla zwieńczenia wieczoru folkowa muzyka na żywo. No czego chcieć więcej?
Chociaż wpis nie należy do najkrótszy, muszę się Wam przyznać, że to tylko streszczenie naszego pierwszego dnia w Edynburgu. Troszkę nie wiedziałam jak się zabrać za ten wpis. Czy tylko na szybko sklecić kilka zdań podsumowujących cały wyjazd? Czy może od razu z gruber rury opisać cały nasz pobyt w szkockiej stolicy? Postawiłam na coś pomiędzy. Następny wpis z Edynburga będzie bardziej szczegółowy, pokażę Wam kolejne magiczne kadry i mam tylko nadzieję, że Was nie zanudzę. Ja póki co jestem pod tak ogromnym i oczywiście pozytywnym wrażeniem tego miasta, że mogłabym o nim opowiadać całymi godzinami.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz
Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)