Angielska wieś, na której nic nie ma?

Zanim zaczęłam marzyć o Hiszpanii, marzyłam o Anglii. Chciałam polecieć do Londynu, poczuć jego klimat, który zauroczył mnie w wielu filmach i powieściach. Chciałam zobaczyć angielską wieś, która jawiła mi się jako romantyczna oaza spokoju i sielskości. Kiedyś nawet już byłam bardzo blisko wyjazdu do angielskiej stolicy, w portfelu nawet już miałam funty, ale los postanowił inaczej i ostatecznie Anglia jeszcze długie lata musiała na mnie poczekać (albo ja na nią :D). Z czasem to marzenie nieco wyblakło i pojawiły się na horyzoncie inne ciekawsze destynacje. Lubię sobie powtarzać, że wszystko dzieje się po coś. I pewnie tak właśnie było z tym oczekiwaniem na Anglię. Bo chociaż do Londynu nadal nie dotarłam, na początku tego roku miałam okazję zobaczyć angielską wieś z moich wyobrażeń i to jeszcze w doborowym towarzystwie Mo. Co więcej, mogłam osobiście poznać kolejną blogową koleżanką - Martę, której z tego miejsca jeszcze raz bardzo bardzo dziękuję za gościnę i niezapomniany czas.

Inspirujący Edynburg

Do tego wpisu niełatwo było mi się zabrać, bo jak już opadły powyjazdowe emocje, opadł też zapał do pisania. Wiem jednak, że już niedługo nie będę miała tak dużo wolnego czasu i pisanie będzie jeszcze trudniejsze, więc mobilizuję się teraz i mam nadzieję, że jak już zacznę, to potem pójdzie z górki...

Marzenie o Edynburgu spełnione

Kilka dni temu wróciłam ze wspaniałej podróży i chociaż prozaiczne obowiązki dopadły mnie jak tylko otworzyłam drzwi mieszkania (bo przecież pranie trzeba zrobić, zakupy, bo lodówka pusta, posprzątać, bo kurz przez ten tydzień zdążył się zadomowić...), nadal trzymają mnie ogromne emocje, które sprawiają, że chciałabym Wam opowiedzieć wszystko teraz zaraz, a jednocześnie nie wiem od czego zacząć, żeby ta opowieść miała ręce i nogi. Odwiedziłam przepiękne miejsca. Spotkałam się z cudownymi ludźmi. Spędziłam niezapomniany czas i odhaczyłam kolejne marzenie, które od bardzo dawna czekało na swoją kolej.

instagram