Inspirujący Edynburg

Do tego wpisu niełatwo było mi się zabrać, bo jak już opadły powyjazdowe emocje, opadł też zapał do pisania. Wiem jednak, że już niedługo nie będę miała tak dużo wolnego czasu i pisanie będzie jeszcze trudniejsze, więc mobilizuję się teraz i mam nadzieję, że jak już zacznę, to potem pójdzie z górki...

Dean Village - wieś w centrum miasta

Nasz drugi pełnoprawny dzień w Edynburgu zaczynamy poza ścisłym centrum miasta. Wybrałyśmy się do miejsca, które mogłabym porównać do uroczej wioski w centrum dużego miasta, do oazy spokoju i swojskości. Mowa o Dean Village. W tym momencie jest to jedna z dzielnic Edynburga, ale niegdyś była to samodzielna osada. Pomimo tego, że wraz z rozwojem szkockiej stolicy Dean Village zostało wciągnięte w jej granice, nie utraciło ono swojego małomiasteczkowego charakteru i spacerując uliczkami po tej okolicy ma się wrażenie, jakby się było daleko od jakiejkolwiek metropolii.

Przed podróżą do Edynburga czytałam dość pobieżnie o tym mieście i pozaznaczałam sobie co niektóre miejsca do odwiedzenia. Jednym z nich było właśnie Dean Village. Głównie dlatego, że zauroczył mnie pewien kadr z tego miejsca. Potem sobie jeszcze troszkę doczytałam i natrafiłam na mnóstwo opinii, które twierdziły, że w Dean Village poza tym jednym kadrem właściwie nic więcej nie ma. Nie zniechęciło mnie to wcale, bo przeczuwałam, że wystarczy odrobina wyobraźni i optymizmu i to miejsce może stać się naprawdę urocze. Nie myliłam się. I w tym momencie chciałabym zbojkotować te wszystkie twierdzenia, że tam nic nie ma poza tym jednym ładnym widokiem. Dean Village to magia sama w sobie. Myślę, że Monia w pełni się ze mną zgodzi.

Dean Village leży w dolinie rzeki Water of Leith. Początki osady sięgają XII wieku. Została ona założona przez zakonników z Opactwa Holyrood (które jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Edynburgu). Wioska zyskała prestiż i bogactwo za sprawą licznych młynów wodnych, które napędzały lokalną gospodarkę i sprawiły, że Dean Village stało się głównym dostawcą mąki i chleba dla mieszkańców Edynburga. To tutaj swoją siedzibę miał cech piekarzy. Z czasem w wiosce zaczęły powstawać również liczne warsztaty rzemieślnicze.

Co więcej Dean Village było strategicznym punktem na mapie Szkocji jeśli chodzi o komunikację pomiędzy Edynburgiem a północno-zachodnią częścią kraju. To właśnie tamtędy biegł główny szlak. I największym problemem na owej trasie była przeprawa przez rzekę. Początkowo Water of Leith przekraczano w bród. Później wybudowano wąski kamienny mostek, gdzie pobierano myto za przejście na drugą stronę rzeki. Innym problemem tego mostku był fakt, że i tak najpierw trzeba było zejść stromą drogą w dół doliny, a potem wspiąć się krętymi uliczkami po jej drugiej stronie. W XVIII wieku wybudowano więc szerszy most, ale nadal nie rozwiązywał on problemu stromych podejść. Dopiero z inicjatywy lokalnego właściciela ziemskiego Sir Johna Learmontha zajęto się konstrukcją Dean Bridge - mostu, który do dzisiaj góruje nad całą doliną. Most oczywiście usprawnił komunikację, ale też stał się jednym z powodów, przez które osada zaczęła tracić na znaczeniu. Co ciekawe, jeśli chodzi o sam most, początkowo był bardzo popularny wśród samobójców. Most liczy sobie jakieś 30 metrów wysokości, a to gwarantowało łatwą śmierć. W związku z wieloma tego typu incydentami architekt szybko zareagował i nadbudował ściankę mostu, co miało utrudnić samobójcom zadanie.

Wracając jednak do naszego spaceru po Dean Village, moim pierwszym zaskoczeniem była ilość turystów. Nie spodziewałam się tam takich tłumów, a już tym bardziej nie po tych opiniach, na które wcześniej natrafiłam. Jednak urok tego miejsca zdecydowanie przyćmił wszelkie niedogodności. Miałam wrażenie, jakbym naprawdę dotarła do jakiegoś odległego od Edynburga miasteczka. Co więcej ta kamienna średniowieczna architektura sprawia, że ma się wrażenie, jakby czas się tam po prostu zatrzymał. Uliczki przy samej rzece dostępne są tylko dla pieszych, nie słychać tam rzężenia silników, choć można dostrzec gdzieniegdzie zaparkowane samochody. Spokój tego miejsca zagłusza szum wartko płynącej rzeki. To właśnie przez ogromną siłę wody w tym miejscu postanowiono wybudować niegdyś młyny. Po obu stronach rzeki na zboczach doliny piętrzą się bajkowe domki. Nie widać tutaj praktycznie w ogóle elementów nowoczesnych. Dla dopełnienia tego wrażenia przeniesienia w czasie brakowało mi tylko jakiegoś powozu konnego przekraczającego kamienny mostek.

Dean Village nie jest duże, więc spacer po dzielnicy też jest króciutki. Ale można go sobie przedłużyć kontynuując wędrówkę wzdłuż rzeki. Równoległą do rzeki ścieżką można dojść do samego morza i dzielnicy portowej Leith. Z czasem robi się luźniej, im dalej jesteśmy od Dean Village, tym mniej turystów spotykamy na swojej drodze. Aż docieramy do momentu, gdzie nie ma praktycznie nikogo, a przecież nadal jesteśmy nie tak daleko od centrum stolicy. Nie idziemy do Leith. Wracamy do centrum po drodze odkrywając Edynburg, gdzie turystkami byłyśmy chyba tylko my.

Edynburg poza utartym szlakiem

W wielu popularnych wśród turystów miastach mamy przepiękną starówkę kumulującą cały ruch turystyczny i nudne obrzeża tej historycznej części. Edynburg jest wyjątkiem, bo tutaj nieważne w jaką uliczkę byśmy nie weszły, wszędzie było pięknie. Zachwycałam się przyklejonymi jedna do drugiej kamienicami i typowymi brytyjskimi fasadami. Wyłapywałam co ciekawsze drzwi i okna, a co za tym idzie troszkę podświadomie zdecydowałam się na stworzenie na tym blogu serii wpisów pokazujących drzwi i okna z różnych miejsc. No i cieszyłam się jak głupia, że mogę te wszystkie wspaniałości zobaczyć na własne oczy. Edynburg był moim marzeniem i powoli zaczęło do mnie docierać, że to marzenia ewoluowało i jest rzeczywistością, a w tym momencie stało się już pięknym wspomnieniem.

Docieramy do monumentalnej katedry p.w. Najświętszej Maryi Panny. Jest to budowla neogotycka powstała pod koniec XIX wieku. Do tamtego momentu funkcje katedry pełnił kościół p.w. św. Idziego, który wielokrotnie mijałyśmy spacerując Królewską Milą. Katedra poza tym, że jest przepięknym przykładem architektury neogotyckiej, jest też jedną z najwyższych budowli w całym Edynburgu za sprawą iglicy sięgającej 90 metrów.

Decydujemy się wejść na chwilę do środka. Anglikańskie kościoły są niezwykle przyjazne wiernym. Czuć w nich życie i taką jedność między księżmi a zwykłymi parafianami. Brytyjskie kościoły mają nie tylko wyglądać dostojnie i pokazywać bogactwo danej parafii, ale przede wszystkim mają być azylem dla każdego, kto do takiego kościoła wejdzie. Nie wiem, jak to dokładnie ująć słowami, ale wchodząc chociażby do tej właśnie katedry, czułam, że jestem tam naprawdę mile widziana. Atmosfera nie była chłodna i zdystansowana, ale zapraszająca. W nawach bocznych znajdujemy księgi gości, drzewka próśb, miejsca wdzięczności... była nawet skrzynka z inspirującymi cytatami. W tym wszystkim fajne było to, że można dodać też coś od siebie, a to daje nam poczucie bycia częścią wspólnoty.

Edynburg inspiruje

Z katedry powoli wracamy do najstarszej części Edynburga. Tym razem wzgórze zamkowe obchodzimy od innej strony i lądujemy na Grassmarket, gdzie akurat odbywał się niewielki market ze starociami jak i jedzonkiem z różnych stron świata. Hiszpańska pachnąca owocami morza paella zachęcała, ale postanowiłyśmy sobie ją odpuścić na rzecz czegoś bardziej lokalnego, czyli fish and chips. Jednak zanim opowiem o tym kulinarnym doświadczaniu, muszę jeszcze tylko napomknąć, że z Grassmarket wspięłyśmy się dość niepozornymi schodami w wyższe partie miasta, a stamtąd miałyśmy  cudowny widok na edynburski zamek. Te kamienne schody są jednym z najbardziej instagramowych punktów widokowych w całym Edynburgu.

Kontynuowałyśmy nasz spacer uliczkami, o których istnieniu dzień wcześniej nie miałyśmy jeszcze pojęcia. Zostawiając za sobą tamte instaschody, zostawiłyśmy też tłumy. Docieramy pod mury szkoły George Heriot's School, która mogła zainspirować J.K.Rowling do stworzenia Hogwartu. Jest to też jedna z najbardziej prestiżowych prywatnych szkół w całej Wielkiej Brytanii. Została założona w XVII wieku przez bogatego mieszkańca Edynburga - George'a Heriota, z założeniem, że będzie to szkoła z internatem dla sierot oferująca darmową edukację na wysokim poziomie. Wbrew pozorom szkoła nadal oferuje darmową edukację dla dzieci, które straciły jednego z rodziców lub pochodzą z uboższych rodzin, ale wymogi aby się do niej dostać nie są takie łatwe do spełnienia. Podobnie jak w Hogwarcie, tutaj też istnieją cztery domy, do których przynależą uczniowie i zdobywają punkty dla swoich domów za własne osiągnięcia w nauce. Aż się zaczynam zastanawiać kto tutaj kim się inspirował :D Bo poza tym podziałem na domy, uczniowie również uprawiają w ramach zajęć wyjątkowe sporty. Co prawda nie latają na miotłach w celu ćwiczenia strategii quidditcha, ale mają do wyboru krykieta, tenisa, rugby albo hokej, czyli chyba raczej takie mniej popularne wśród pospólstwa sporty.

Szkołę oglądamy tylko z zewnątrz, a dokładniej przez przęsła bramy, bo jak na elitarną prywatną szkołę przystało, dostęp do niej jest ograniczony i dość dobrze strzeżony. Co innego budynek Uniwersytetu Edynburskiego wznoszący się po drugiej stronie ulicy. Jego fasadę możemy podziwiać w pełnej krasie. I choć nigdzie nie znalazłam żadnej wzmianki jakoby i ten budynek miał zainspirować Rowling, uważam, że mimo wszystko zwróciła na niego uwagę i pewne elementy przemyciła do magicznego świata.

Kontynuując temat powiązań Edynburga z Harrym Potterem, chciałam również dotrzeć na cmentarz, na którym można znaleźć groby imienników niektórych z postaci z sagi, ale obeszłyśmy cały kwartał dookoła i nigdzie nie dostrzegłam wejścia. Jak się później okazało, będąc na wysokości wejścia na tamten cmentarz, miałam wzrok odwrócony w drugą stronę, gdzie stoi pomnik najsławniejszego szkockiego psa - Bobby'ego.

Greyfriars Bobby - historia najwierniejszego psa

John Grey był ogrodnikiem. Niestety nie mógł znaleźć w Edynburgu pracy jako ogrodnik, a musiał wyżywić rodzinę, więc zatrudnił się jako konstabl (najniższy szczebel w karierze policjanta) w edynburskim oddziale policji. John stróżował głównie w nocy, więc dla towarzystwa zaadoptował pieska - Bobby'ego. W 1858 roku John zachorował na gruźlicę i zmarł. Został pochowany na cmentarzu Greyfriars. Po pogrzebie Johna, Bobby pojawił się przy jego grobie i stróżował tam przez kolejnych 14 lat aż do swojej śmierci 14 stycznia 1872 roku. Dozorca cmentarza początkowo chciał się pozbyć psa, ale widząc upór Bobby'ego i jego niezwykłe oddanie, zaakceptował jego obecność na cmentarzu i nawet stworzył dla niego schronienie przy grobie Greya. W 1867 pojawiło się zagrożenie uśpienia Bobby'ego, bowiem wprowadzono podatek od psów, a Bobby przecież nie miał już swojego pana, ale w tamtym momencie był już tak znanym pieskiem, że jeden z lordów, William Chambers opłacił za niego podatek i nawet zakupił dla Bobby'ego obrożę, która przynależy do zbiorów Muzeum Edynburga. Bobby został pochowany niedaleko grobu swojego pana Johna Greya.

Do pomnika Bobby'ego dotarłyśmy już pierwszego dnia, ale chyba nie zdążyłam o tym ostatnio wspomnieć. Byłyśmy tam też ostatniego dnia naszego pobytu w Edynburgu, kiedy to też weszłyśmy na ten wspomniany wyżej cmentarz Greyfriars (to ten sam, na który nie dostrzegłam wcześniej wejścia). Bo Edynburg taki właśnie jest, że wciąż chadzasz tymi samymi uliczkami, ale za każdym razem zwracasz uwagę na coś zupełnie innego, więc spacery po tym mieście w ogóle się nie nudzą. Ja mogłabym tam spędzić jeszcze kilka następnych dni i jestem przekonana, że odkryłabym kolejne perełki. Starówka Edynburga jest niewielka, ale jakże urokliwa...

Edynburg nie ma prawa się znudzić

A skoro ciągle chadzamy tymi samymi uliczkami, najwyższy czas na powrót na kolorową Victoria Street. Tym razem jednak mamy jeden konkretny cel - jedzenie! Dzień wcześniej Monika zauważyła tam dobrze zapowiadającą się miejscówkę specjalizującą się w fish and chips (ja z kolei w ogóle wówczas nie dostrzegłam tej restauracji), a właśnie o tym daniu myślałyśmy od początku naszego pobytu w szkockiej stolicy. Restauracja Bertie's cieszy się ogromną popularnością - musiałyśmy chwilkę poczekać na stolik, a warto zaznaczyć, że stolików tam jest mnóstwo, bo restauracja jest dwupiętrowa; ponadto ceny są naprawdę przyzwoite, a jedzonko okazało się przepyszne. Porcje są tak ogromne, że deser musiałyśmy sobie już odpuścić. Ale chociaż skosztowałyśmy popularnego lokalnego napoju orzeźwiającego Irn Bru - lekko gazowany, słodki, w smaku przypominający oranżadę. Osobiście nie przepadam za napojami gazowanymi, ale Irn Bru wpisało się idealnie w moje kubki smakowe.

Z Victoria Street wracamy na Royal Mile i przechadzamy się w górę i w dół, bez większego planu, zaglądając do sklepików ze szkockimi specjałami w poszukiwaniu wyjątkowych pamiątek. Zaczęło też padać i aura zrobiła się iście szkocka i bardzo tajemnicza. Nie przeszkadzało nam to jednak wcale w kontynuowaniu spaceru po zakątkach Edynburga. Weszłyśmy też w jeden wąziutki przesmyk, który przyprawił mnie o ciarki na skórze, bowiem nad naszymi głowami siedziały, albo raczej złowrogo trzepotały skrzydłami, gołębie... Nie lubię ptaków, boję się ich, a już w szczególności nie przepadam za gołębiami. Więc przejście tym wąskim zimnym kamiennym korytarzykiem ze świadomością, że nade mną jest chmara srających gołębi, nie było zbyt komfortowe. No ale wchodząc w tę uliczkę jeszcze nie wiedziałam na co się piszę.

I to w sumie byłoby na tyle w temacie naszego drugiego dnia w Edynburgu. Nie wiedziałam jak podejść do tego wpisu, czy opisać wszystko w jednym, czy może rozłożyć to na krótsze... Ostatecznie jest wszystko na raz, zdjęć mnóstwo, a i tak starałam się ograniczyć. Mam nadzieję, że miło spędziliście ze mną ten spacer po Edynburgu i nadal macie ochotę na więcej. A jeśli nie zrozumieliście co miałam na myśli w tych akapitach o szkole George'a Heriota, to absolutnie się tym nie przejmujcie i nie zrażajcie - obudziła się we mnie dawna potteromaniaczka i być może trochę popłynęłam. Do następnego :)




Komentarze

instagram