Pożegnanie z Budapesztem

Jakoś nie mogłam się zabrać za napisanie tego postu. Piszę, za chwilę wszystko kasuję i zaczynam od nowa. Ale ostatnio wszystko idzie mi jakoś opornie. Za co się nie zabiorę, to jestem zmuszona przebijać się przez kilkumetrowe zaspy przeszkód. Cóż, powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać...

Czy Budapeszt zimową porą to na pewno dobry pomysł?

Kilka dni temu wróciłam na stałe do Polski i niestety bardzo ciężko mi się teraz ogarnąć ze wszystkim. Tym bardziej, że od razu musiałam wskoczyć na głęboką wodę. Dwa licencjaty do napisania, a postęp w tej kwestii wciąż równa się zeru, także czeka mnie naprawdę sporo pracy. Niemniej jednak nie zamierzam rezygnować z bloga. Bo nawet jeśli nie będę teraz miała czasu na wyjazdy, materiału na nowe posty mam całe mnóstwo i właściwie nie wiem od czego zacząć. Chciałabym już pisać o wyspie, na której spędziłam cudowny tydzień, ale wciąż pozostaje mi mnóstwo zdjęć do opublikowania z wojaży po Czechach i okolicach. Myślę więc, że jednak będę trzymać się chronologii i dokończę temat Budapesztu. A w międzyczasie i tak będę sobie spisywać najświeższe wspomnienia. Także dzisiaj zapraszam ponownie nad Dunaj.

Dlaczego zamiast do Wenecji pojechałam do Budapesztu?

Miałam nadzieję w miarę na bieżąco pisać o swoich wycieczkach, niestety się nie udało i mam naprawdę sporo zaległości, a materiału dosyć tyle, więc jeśli czas pozwoli, będę pisać i kolejno publikować wpisy wciąż związane z erasmusowymi wojażami. Może to i lepiej, że tak się stało. Dzięki temu nadal będę mogła żywo wspominać ten niesamowity czas.

Na pierwszy ogień, po powrocie do Polski, idzie grudniowy Budapeszt.

Magia świąt?

Jakiś czas temu gdzieś się natknęłam na apel, aby powstrzymać się ze świątecznym szaleństwem przynajmniej do grudnia, bo przez to, że bożonarodzeniowe ozdoby pojawiają się już na początku listopada, cała magia świąt zanika. Zgadzacie się?

instagram