Zdobywamy Tron Króla Artura

Miała być szkocka zielona wieś i szkockie brązowe puchate krowy. A było grząskie błoto i podmuchy zimnego wiatru. Ale nie zamieniłabym tego na nic innego, bo to był kolejny wspaniały dzień naszej szkockiej przygody.

Po Edynburgu chodziłyśmy dwa dni, więc kolejny chciałyśmy przeznaczyć na wyjazd na wieś w poszukiwaniu charakterystycznych włochatych krów. Oczywiście nie tak łatwo dotrzeć na wieś nie mając samochodu, więc trochę kombinowałyśmy w różnymi opcjami. Ta wieś była w planie od samego początku, jako jeden z głównych punktów wyjazdu. Jednak plany bardzo lubią się zmieniać. W tym przypadku nie było inaczej. Decydujemy się zostać w mieście. I to był strzał w dziesiątkę. Zaoszczędziłyśmy kasę i czas, a do tego odkryłyśmy kolejne miejsce na mapie Edynburga, które potwierdza wyjątkowość tego miasta, a mianowicie Tron Artura.

Kiedy spacerowałyśmy po Królewskiej Mili i przyległych jej uliczkach, w oddali widziałyśmy zielone pagórki i małe ludziki żółwim tempem przemierzające po zboczach. Byłam w szoku jak tam było tłumnie, chociaż wspinaczka na łatwą nie wyglądała. Wydawało się też, że jest to całodniowa wyprawa, więc na starcie odpuściłyśmy sobie to miejsce. Los jednak chciał, żebyśmy mimo wszystko tam dotarły i przekonały się, że Edynburg to nie tylko wspaniała architektura i niepowtarzalny klimat, ale również rozległe tereny zielone.

Ponieważ tego dnia wieczorem opuszczałyśmy Edynburg, rano musiałyśmy się wykwaterować z naszego domku i zanim w ogóle gdziekolwiek się udałyśmy, pojechałyśmy do centrum zostawić bagaże w przechowalni. Gdy już się pozbyłyśmy zbędnego balastu, ruszyłyśmy w stronę opactwa Holyrood. Pogoda ponownie stanęła na wysokości zadania, bo niebo było niemalże bezchmurne i słonko przepięknie oświetlało krajobraz. Ale żeby nie było tak idealnie, tym razem wiatr okazał się dość silny i niestety uporczywy. Jednak nie zniechęcił nas on do wspinaczki na szczyt wzgórza.

Tron Artura to najwyższe wzniesienie na terenie parku Holyrood (251 m n.p.m.), który jest jednym z najpopularniejszych miejsc spacerowych w Edynburgu, o czym przekonałyśmy się już na początku naszej wycieczki. Oczywiście tłumy zapewne były większe niż zazwyczaj, gdyż akurat była niedziela i do tego słoneczna pogoda, więc sporo lokalsów również postanowiło wyjść na wycieczkę. Nikogo nie zrażał porywisty wiatr ani błoto na szlaku. Co mnie zaskoczyło to fakt, że większość szła tam w dżinsach i trampkach, tak jak rzeczywiście miałaby to być niezobowiązująca przechadzka po parku, a przecież troszkę jednak trzeba było włożyć wysiłku w zdobycie szczytu.

Jak pewnie wielu z Was przypuszcza nazwa wzniesienia wzięła się od legendarnego Króla Artura, który miał z tej góry spoglądać na pole bitwy, która dla jego armii zakończyła się wówczas porażką. Zaś inna teoria głosi, że nazwa Arthur's Seat jest wynikiem omyłki, a właściwa nazwa powinna brzmieć Archer's Seat, czyli Pozycja Łucznika i oczywiście ta teoria też ma spory sens, bowiem wzniesienie było strategicznym miejscem obronnym Edynburga. Jednak jakkolwiek nie nazwanoby tego miejsca, nadal byłoby ono tak samo pięknym.

Mówi się, że Tron Artura jest fajnym punktem widokowym, skąd rozciąga nam się panorama na Edynburg. Ja osobiście bym polemizowała z tym stwierdzenie, gdyż uważam, że na terenie Edynburga jest znacznie więcej innych fajniejszych miejsc, skąd możemy podziwiać miasto w całej jego okazałości. Nie znaczy to jednak, że nie warto się wybrać do Parku Holyrood. Jest to idealne miejsce, by odpocząć od zgiełku miasta i poobcować z naturą. A widoki to moim zdaniem drugorzędna sprawa.

Wspinaczka na szczyt nie jest wymagająca, choć błoto nieco utrudnia zadanie. My jednak idziemy bez pośpiechu rozkoszując się tym wspaniałym dniem. Schodzimy na chwilę z głównej trasy, żeby zobaczyć z bliska romantycznie wyglądające ruiny położone nad jeziorkiem. Chociaż mogłoby się wydawać, że są to pozostałości po jakiejś średniowiecznej wieżyczce warownej, tak naprawdę są to ruiny kaplicy św. Antoniego. Kto ją tam wybudował i dlaczego do dzisiaj pozostaje pytaniami bez odpowiedzi. Możemy jedynie się domyślać, że prawdopodobnie kapliczka należała do opactwa Holyrood i miała odciążyć główną świątynię od tłumnie przybywających pielgrzymów lub miała być tylko przystankiem i jednocześnie punktem nawigacyjnym dla pielgrzymów.

Ruiny z bliska nie robią tak wielkiego wrażenia, jak z nieco odleglejszej perspektywy, dlatego nie zabawiamy tam długo i kontynuujemy wycieczkę ku Tronowi Artura. Krok za krokiem idziemy coraz wyżej. Oczywiście co chwilę się zatrzymuję, żeby zrobić jakieś zdjęcie i teraz mam ich tyle, że nie wiem jak z nich wyselekcjonować rozsądną ilość na bloga.

Ostatni odcinek trasy jest nieco trudniejszy, gdyż szlak jest bardzo niewyraźny i właściwie każdy idzie, którędy mu wygodniej. Wiatr jeszcze bardziej utrudnia sprawę, bo na górze jest naprawdę silny i kiedy już zdobywamy Tron Artura, szybko z niego schodzimy, gdyż trudno tam ustać na dwóch nogach. A ja miałam wspaniały plan, że jak będziemy na szczycie, to sobie gdzieś przycupniemy i zjemy po batoniku dla uzupełnienia energii. Nie dało się. Robimy więc kilka zdjęć i schodzimy, ale inną stroną, żeby ukryć się przed wichurą.

Zostawiamy za sobą tłumy i idziemy odkrywać inną stronę Parku Holyrood. Zapominamy też o wietrze, bo po tamtej stronie jest jakoś spokojniej. Mam wrażenie, że większość osób wchodzi na szczyt, robi kilka zdjęć i potem tą samą drogą schodzi. Natomiast nam nigdzie się nie spieszy, pogoda dopisuje, więc wracamy do miasta trochę naokoło i przekonujemy się, że ten park to nie tylko Tron Artura, ale przepiękne i rozległe tereny zielone, mnóstwo urokliwych zakątków, również nad niewielkim jeziorkiem i przede wszystkim wiele ścieżek spacerowych.

Po zakończonym spacerze idziemy jeszcze pod pałac i opactwo Holyrood, żeby zobaczyć je z innej perspektywy. I chociaż nie weszłyśmy do środka, to i tak byłam zadowolona, że chociaż stamtąd udało mi się zobaczyć ruiny świątyni. Myślę, że nie było sensu wydawać prawie 30 funtów, żeby zrobić kilka zdjęć ruin, skoro koniec końców i tak jakieś zdjęcia owych ruin mam.

Ponieważ godzina była jeszcze młoda, a nasz pociąg ku dalszej przygodzie odjeżdżał dopiero wieczorem, ponownie zagłębiłyśmy się w labirynt uliczek Edynburga i pomimo, że był to nasz trzeci dzień w tym mieście, ponownie udało nam się odkryć nowe dla nas zakątki. Między innymi dotarłyśmy do cmentarza Greyfrair, gdzie został pochowany słynny pies Bobby, ale spacer po tym miejscu pamięci zostawię na inną okazję.

Na zakończenie chciałabym tutaj zostawić dla Was moich czytelników ogromne podziękowania, przede wszystkim za cierpliwość i każde miłe słowo, jakie zostawiacie pod moimi wpisami. Obiecałam sobie, że będę publikować regularnie, niestety kiedy codzienność przestaje być regularna, trudno mi się zabrać za pisanie i jest jak jest. Chciałabym też stworzyć sobie jakiś zapas wpisów, żeby mieć na czarną godzinę, bo wiem, że w sezonie letnim wolnego czasu będę miała jak na lekarstwo, ale z tym pisaniem na zaś też mi jakoś nie idzie, więc tym bardziej cieszę się, że mam takich wyrozumiałych czytelników i pomimo moich dłuższych przerw, zawsze wracacie z miłym słowem. Dziękuję.

Komentarze

  1. Jak wspominałam wcześniej nie lubię, wręcz nie znoszę się wspinać, czy to pod górkę, czy po schodkach, więc niestety omijają mnie takie piękne widoki z góry, które z kolei dla odmiany uwielbiam. Najchętniej wjeżdżałabym wszędzie windą lub kolejką. Niestety nie zawsze jest taka możliwość. Pamiętam, jak raz w Paryżu wychodząc z metra pokonałam z sześć pięter, bo wydawało mi się, że dojdę na samą górę na Montrmartrze, a tymczasem wyszłam przy niemal pionowych schodkach. Szkoda, że ktoś nie zrobił mi wówczas zdjęcia, bo przeklinałam na czym świat stoi. I żeby było jeszcze zabawniej chcąc ominąć owe schody trafiłam na kolejne i nie było wyjścia trzeba było się wspinać. Potem oczywiście widoki z góry wynagrodziły trudy, ale więcej nie próbowałam takich skrótów. Miałyście piękną wycieczkę - widoki z góry są fantastyczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że po takim wysiłku jeszcze bardziej doceniłaś widoki :) Ja z kolei bardzo lubię takie piesze wycieczki i unikam wszelkiego rodzaju wyciągów i wind :D A jeśli ty nie lubisz wspinaczek, to myślę, że fajną opcją mógłby być spacer wokół wzgórza, po brukowanej ścieżce, po płaskim i widoki też by były super :)
      Pozdrawiam

      Usuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram