Spacer po Blanchland
Dzisiaj mam taki trochę jesienny nastrój. Rano zrobiłam sobie pierwszą w tym sezonie herbatkę, bo poranki na Majorce są teraz dość chłodne, więc potrzebowałam czegoś otulającego. Oczywiście w tym momencie znowu jest już okropnie gorąco, ale jednak powolutku i tutaj da się odczuć koniec lata. Przy herbatce odpisałam na Wasze komentarze i przy okazji przeczytałam również mój ostatni wpis, który zainspirował mnie do kontynuacji tych angielskich opowieści. Zapraszam Was na spacer po urokliwej mieścinie wyjętej wprost z epoki regencji.
Dzień nie zaczął się zbyt zachęcająco. Siąpił deszczyk z tych mniej przyjemnych - patrzysz za okno, niby nie pada, a wychodzisz tylko na chwilę i już jesteś cały mokry i przemarznięty do szpiku kości przez wysoką wilgotność powietrza i marzysz tylko o tym, by zakopać się pod kocykiem z herbatką i dobrą książką, a w bardziej wybujałych wyobrażeniach masz jeszcze przed sobą kominek z trzaskającymi drwami. Na szczęście nie dane nam było siedzenie w czterech ścianach. Na szczęście dlatego, że potem deszcz ustąpił miejsca nieśmiałemu słońcu, które towarzyszyło nam podczas spaceru po jednej z bardziej urokliwych mieścin, jakie do tej pory widziałam.
Jadąc do Blanchland przez wrzosowiska, marzyłam o tym, żeby kiedyś zobaczyć te rozległe połacie w momencie ich rozkwitu. Przez moją pracę będzie to trudne marzenie do spełnienia, ale nigdy nie mów nigdy. Deszcz nie zwiastował powodzenia naszej wycieczki i nawet wysiadając z samochodu jeszcze trochę kropiło, ale potem chmury się rozstąpiły i na spokojnie mogłyśmy się cieszyć urokami wioski. Było pięknie, ale też bardzo zimno. Wiało niemiłosiernie i ostatecznie był to chyba najchłodniejszy dzień z całego naszego pobytu w Wielkiej Brytanii. Ostatni dzień pokazał nam, że jednak pogoda zimą na wyspach wcale nie jest taka ładna. Ale ja i tak byłam zachwycona.
Blanchland słynie głównie ze znajdującego się tam opactwa, które właściwie dało początek tej mieścinie. Jest to malutka wioska licząca zaledwie kilka domów i może ze stu mieszkańców. Spacer nie jest długi, bo mamy tam zaledwie kilka uliczek, które prowadzą do centralnego punktu, czyli do niewielkiego kościółka. Wchodzimy do środka, żeby nieco skryć się przed chłodem. Angielskie kościoły mają niesamowitą atmosferę, taką zapraszającą każdego bez względu na wyznanie. Drzwi zawsze są do nich otwarte, a w środku można poczuć się jak w domu, nawet jeżeli kamienne mury wydają się zimne i mało przyjemne. Na stoliczku w przedsionku wśród licznych ulotek i obrazków dostrzegamy książeczki do zbierania pieczątek. Okazuje się, że kościoły w całym regionie są połączone szlakami pielgrzymkowymi. To niewielkie znalezisko uaktywniło w nas zew odkrywców. W paszporcie pielgrzyma pojawia się pierwsza pieczątka. I żadna z nas by się pewnie tego nie spodziewała, ale tego samego dnia, udało nam się zdobyć jeszcze jedną - w Hexham. Kościółek w Blanchland opuszczamy z postanowieniem, że jak będziemy ponownie w tym regionie Anglii, to koniecznie musimy mieć ze sobą ów paszport, by móc wypełnić go kolejnymi pieczątkami.
W wiosce nie spotkałyśmy prawie nikogo, a mimo to mieścina nie sprawiała wrażenia wymarłej. Domki były zadbane. Pomimo tego, że był środek zimy, w wielu miejscach można było dostrzec wielobarwne rośliny. W oknach zawieszone firanki. Blanchland miało dla mnie atmosferę trochę takiego turystycznego miejsca. Co prawda, w tamtym momencie byłyśmy chyba jedynymi turystkami, ale mogę sobie wyobrazić, że przy bardziej sprzyjającej aurze, uliczki wioski wypełniają się spacerowiczami zaglądającymi w każdy ciekawszy zakamarek.
Przy okazji przygotowywania tego wpisu, wyczytałam, że wioska zyskała na popularności za sprawą filmu Więzy miłości z Kate Winslet. Nie oglądałam go, nawet wcześniej nie słyszałam o tej produkcji, ale opis brzmi naprawdę zachęcająco, więc coś czuję, że tej jesieni ponownie przeniosę się do Blanchland.
Poza malowniczymi domkami i uliczkami wyjętymi wprost z innej epoki, Blanchlad może się pochwalić również rozległymi terenami zielonymi, które zapraszają licznymi szlakami pieszymi. Tamtego dnia miałyśmy czasu jak na lekarstwo, a i pogoda była dość kapryśna, ale jeśli kiedykolwiek wrócę w tamte rejony, z chęcią wybrałabym się na jakiś dłuższy spacer właśnie po okolicznych łąkach.
Nasz przystanek w Blanchland dobiega końca. Jestem w szoku, że z tak krótkiego postoju byłam w stanie stworzyć cały wpis. Ale aż żal by było, gdyby to miejsce nie doczekało się swoich pięciu minut na tym blogu. Niby zwyczajna wioska, poniekąd nudna, bo poza kilkoma kamiennymi domkami, jednym kościółkiem i mikroskopijnym cmentarzem, nie było tam nic nadzwyczajnego (no może kawiarnia mieszcząca się w dawnej szkole). Jednak przyglądając się temu miejscu nieco uważniej, można dostrzec bogatą historię i niepowtarzalny urok, który sprawia, że trudno o tej wiosce zapomnieć. Wiele osób do Anglii leci, żeby zobaczyć Londyn, ale to właśnie te malutkie miasteczka i wioski sprawiają, że ten kraj jest tak wyjątkowy i to właśnie w takiej Anglii się zakochałam. W Londynie co prawda nie byłam, więc nie mam co porównywać, ale jestem przekonana, że nawet jeśli stolica by mi się spodobała, to i tak moimi ulubieńcami pozostałyby te niepozorne miejscowości, które trudno zlokalizować na mapie.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz
Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)