Artà - powrót po latach

Są takie miejsca na Majorce, gdzie bywałam bardzo często, ale jakoś nigdy nie napisałam o nich na blogu. Jednym z nich jest miasteczko Artà. Swego czasu przyjeżdżałam tam przynajmniej raz w tygodniu. Jednak nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, by coś więcej opowiedzieć o tym miejscu, bo wydawało mi się po prostu nudne, zwyczajne, codzienne. Co prawda wspominałam kilkukrotnie o Arcie, ale nigdy nie stworzyłam osobnego wpisu, no i chyba właśnie nadszedł ten moment, aby nadrobić zaległości. Bo chociaż na pierwszy rzut oka Artà jest pospolitym miasteczkiem, ma też swój urok.

Kilka dni temu po długiej przerwie pojechałam do Arty ponownie. Tym razem, aby przede wszystkim zebrać materiał fotograficzny. A przy okazji mogłam też zobaczyć, jak wiele się tam zmieniło i jak bardzo Artà nadal pozostała Artą.

Wybrałam się tam w dzień targowy. Liczyłam, że w połowie października będzie tam już w miarę spokojnie. Jakże się myliłam... Do miasteczka nie dało się praktycznie wjechać. Parkingi zawalone. Dobrze, że jeszcze co nieco pamiętałam, jak się tam poruszać samochodem, żeby ominąć te wszystkie newralgiczne miejsca i udało mi się znaleźć przyzwoite miejsce parkingowe z dala od tych wszystkich tłumów. Chociaż wtedy to nawet jeszcze sobie nie wyobrażałam, jak wielu turystów będzie pośród straganów. Im bliżej byłam centrum, tym gorzej. Czym prędzej więc przemknęłam przez ten dziki tłum skupiający się przy głównej arterii starówki i udałam się na szczyt Arty - do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło.

Moje pierwsze spotkanie z Artą miało miejsce podczas mojej pierwszej podróży na Majorkę. Odwiedzałam wówczas miejsca, których próżno szukać w przewodnikach. I nawet nie chodziło o to, by specjalnie schodzić z turystycznego szlaku. Samo jakoś tak to wszystko się układało. Przylatując wówczas na Majorkę, nie miałam żadnego planu podróży. Majorka sama dla mnie ten plan przygotowała. Jak teraz na to patrzę, to mogłabym powiedzieć, że to sama wyspa przyciągała mnie wówczas do miejsc, które z czasem stały się bardzo ważne w tym moim obecnym wyspiarskim życiu. Bo czy ja wtedy przyjeżdżając do Arty mogłam wiedzieć, że dosłownie za kilka lat będę tam niemalże mieszkać?  Niemalże dlatego, że mieszkałam w miasteczku obok, ale do Arty często zaglądałam, bo tam do szkoły chodziły dzieci, którymi się opiekowałam.

Podczas tej pierwszej wizyty w Arcie polubiłam ją za jej małomiasteczkowość. Było niedzielne popołudnie, a niedziele na Majorce są niezwykle ciche, niespieszne, leniwe... Właściwie trudno mi znaleźć odpowiedni dla nich przymiotnik, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że mają w sobie coś niezwykłego. Pachniało pomarańczami. Świat nucił melodię melancholii. Słońce powoli zaczęło skrywać się za horyzontem. A ja przeżywałam wówczas najpiękniejsze momenty życia.

Wówczas naszym głównym celem był zamek na szczycie wzgórza. A właściwie nie zamek, a ufortyfikowana świątynia. Artà podobnie jak wiele innych miasteczek na Majorce powstała na fundamentach arabskiej almudainy zwanej Yartan, czyli Ogród. Ta arabska nazwa wzięła się od rozległych terenów zielonych otaczających wzgórze. Podobnież jak Capdepera, Artà przeszła w ręce królów katalońskich w XIII wieku na mocy traktatu z Capdepery i wówczas arabski toponim ewoluował do współczesnej nazwy Arta. Aby zaznaczyć, że miasto przeszło w ręce chrześcijan, na wzgórzu wybudowano ufortyfikowaną świątynię poświęconą Zbawicielowi - San Salvador. Chociaż średniowieczne mury obronne przetrwały do dzisiaj, sama świątynia jest konstrukcją stosunkowo nową, bo pochodzącą z XIX wieku i architektonicznie jest raczej mało ciekawa, w odróżnieniu do samej historii tego miejsca.

W 1820 roku Artę nawiedziła epidemia cholery. Nie powinno więc Was zdziwić, że kiedy kilka lat temu nastała pandemia, historia ta mocno odżyła. Minęło bowiem 200 lat i ponownie Artà musiała walczyć z wrogiem, którego ruchy trudne były do przewidzenia. W mieszkańcach obudził się ten sam strach. Skrupulatnie były śledzone wszelkie statystyki umieralności i przeżywalności i porównywano je z XIX-wiecznymi opowieściami. Ale jaki ma to związek z kościołem? Otóż w murach sanktuarium San Salvador zorganizowano wówczas (tj. w okresie epidemii cholery) szpital polowy. A gdy najgorsze minęło, władze zdecydowały się na radyklany krok podpalenia świątyni, aby na dobre rozprawić się z chorobą. Tak więc ta pierwsza chrześcijańska świątynia, która dała początek Arcie, została umyślnie zniszczona. Żeby jednak nie było tak całkiem pesymistycznie i tragicznie, kościół odbudowano i stoi tam po dziś dzień.

W środku panuje przyjemny chłodek i cisza, której wtorkowej Arcie zdecydowanie brakuje. Moją uwagę przykuła przede wszystkim kamienna posadzka układająca się w geometryczne wzory. Podłogi i sufity to jest coś co zawsze przyciąga mój wzrok. Poza samą architekturą, warto jeszcze wspomnieć o głównej mieszkance sanktuarium, czyli romańskiej figurce Matki Boskiej Zbawiciela, która jest jednocześnie patronką miasteczka. Figurka oryginalnie pochodzi z klasztoru Bellpuig, którego ruiny znajdują się jakieś pół godziny spacerem od centrum miasteczka.

Wokół kościoła i przykościelnych zabudowań, mamy sporych rozmiarów plac otoczony murem, do którego dostępu bronią dwie bramy wjazdowe. W okresie częstych najazdów piratów, miejsce to służyło jako schronienie dla mieszkańców. Dzisiaj jest przede wszystkim wspaniałym punktem widokowym. Ze wzgórza liczącego sobie 182 m n.p.m. rozciąga nam się panorama całej okolicy, głównie na pasmo gór Serrat de Llevant. Natomiast jeśli chodzi o samo miasteczko, to widoki na nie są dużo lepsze z placu przy kościele parafialnym, do którego zaraz sobie zejdziemy.

Już schodząc schodami w stronę kościoła p.w. Przemienienia Pańskiego (Esglesia de la Transfiguració del Senyor), pomiędzy drzewami dostrzegamy rozległe zabudowania całej okolicy. Gmina Arty jest jedną z najbardziej oddalonych od Palmy. Co za tym idzie, żeby dotrzeć do szybko rozwijającej się i dającej różnorakie możliwości stolicy, trzeba przejechać praktycznie całą wyspę. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu taka podróż mogła trwać nawet i pół dnia. Mieszkańcy Arty musieli więc jakoś sobie radzić, żeby być w miarę samowystarczalnymi. Żyli głównie z rolnictwa (uprawy migdałowców, figowców, oliwek i drzew świętojańskich), a także z rzemiosła - w tym rejonie rzemiosłem tradycyjnym jest llatra, czyli plecenie koszy i innych przedmiotów z liści palmowych. Choć obecnie głównym sektorem lokalnej gospodarki jest turystyka (w skład gminy wchodzą również tereny nadbrzeżne), dawne tradycje są tutaj nadal bardzo żywe. Mieszkając z rodowitymi artanencs miałam okazję doświadczyć stylu życia wyjętego z dawnych tradycji: uczestniczyłam w rodzinnym zbieraniu karobu, czy też mogłam zobaczyć jak wygląda proces wyplatania toreb, o doświadczeniu emocji związanych z fiestą Sant Antoni nawet nie wspominając, bo chociaż Sant Antoni najhuczniej obchodzi się w sa Pobli, to w Arcie również jest to najważniejsza fiesta w ciągu roku i chyba już zawsze els poblers i els artanencs będą się spierać o to, kto lepiej świętuje w tym wyjątkowym dniu.

Do obchodów Sant Antoni pozostały jeszcze 3 miesiące, więc wróćmy na razie do spaceru po Arcie. Jednym z miejsc, które robi największe wrażenie w tym miasteczku, jest kościół parafialny. Wydaje się jakby górował nad całą okolicą, chociaż to przecież wcześniejsze sanktuarium znajduje się najwyżej. Kościół Przemienienia Pańskiego jest monumentalny. Powstał w miejscu, gdzie niegdyś stał meczet. Przed głównym wejściem mamy niewielki plac, który jest jednocześnie tarasem widokowym. Świetnym miejscem, by zobaczyć dachy całego miasteczka jest również dach świątyni. To właśnie tam kieruję swoje kroki zaraz po wejściu do środka. Na górę prowadzą wąskie kręcone schody. Pnąc się w górę, zastanawiałam się, co by się stało, gdybym tam kogoś spotkała schodzącego w dół? Ten kamienny ślimak był zdecydowanie jednostronny i jednoosobowy. Na szczęście niewielu miało podobny pomysł i nikogo tam nie spotkałam. Taras na dachu znajduje się tylko po jednej stronie, więc nie można obejść kościoła dookoła i widoki również są jednostronne, ale i tak warto było wspiąć się na szczyt. A później na spokojnie zwiedzam sobie wnętrze kościoła.

Moja pierwsza myśl po wejściu do środka: ten kościół był większy. Po raz pierwszy byłam w środku na obchodach Sant Antoni. Kościół był wtedy wypełniony tłumem ludzi po same brzegi. Miałam wrażenie, jakby mieścił w sobie wszystkich mieszkańców naraz. Tym razem wydał się pusty i niemalże smutny. Ale potem zaczęłam przyglądać się detalom i okazało się, że jednak można tam znaleźć sporo ciekawych elementów. Oczywiście kamienne sklepienie, kolorowe witraże, liczne ołtarze boczne, z czego najciekawszym okazał się ten poświęcony św. Antoniemu - przyjrzyjcie się dobrze, jedną z dekoracji są tam cebule (sztuczne bo sztuczne, ale jednak cebule). No i też pozytywnie zaskoczyła mnie możliwość wejścia na chór, a tam kolejna niespodzianka, bo mini muzeum parafialne. Wejście do kościoła na zwiedzanie jest płatne, ale to zaledwie dwa euro. Było warto, tym bardziej, że dostałam bilet z prawdziwego zdarzenia, taki papierowy, z obrazkiem i nazwą miejsca, a nie jakiś tam paragon, który za chwilę i tak wyblaknie. Zwróciłam uwagę na ten bilet, bo swego czasu kolekcjonowałam bilety z różnych miejsc.

Później zeszłam sobie powolutku bliżej centrum pod ratusz, by stamtąd wąskimi uliczkami udać się w rzadziej przez turystów uczęszczane zakątki Arty. Ominęłam cały ten targowy zgiełk (dlatego nie mam żadnych zdjęć z głównej uliczki, ale prawda jest taka, że poza ludźmi i tak nic innego na tym zdjęciu nie byłoby widać) i dotarłam do Arty, którą pamiętałam z okresu, kiedy mieszkałam w okolicy. Zwyczajne kamienne domy. Labirynt uliczek, który i tak zawsze wyprowadzi nas w to samo miejsce. No i ten małomiasteczkowy spokój.

Na zakończenie tego spaceru po miasteczku jak i po wspomnieniach, podjechałam jeszcze pod boisko futbolowe, skąd rozciąga się piękny widok na Artę, która pnie się po zboczach wzgórza. Jest tam (albo raczej była) ścieżka spacerowa. Chciałam na nią wejść, żeby stamtąd zrobić zdjęcie panoramiczne, no ale się okazało, że władze próbowały wyłączyć ten odcinek ścieżki z użytkowania i trochę musiałam się nakombinować. I jak na złość tego dnia ubrałam spódniczkę, więc skakanie przez murki tym razem odpadało. Ale wyczaiłam dziurę w całym i się udało. Jeśli o mnie chodzi to jest to trochę taki pocztówkowy widok na miasteczko. Wyobraźcie sobie, że wszyscy skupiali się w centrum na targowisku, a ja miałam tę panoramę tylko dla siebie. Nawet zbliżające się ciemne chmury nie mogły popsuć tej chwili.

Niełatwo było mi wrócić do pisania. Październik to miesiąc, który zdążył mnie już przeczołgać fizycznie, psychicznie i emocjonalnie. Miałam kilka podejść do tego tekstu, ale pisanie szło mi jak po grudzie. Z radością wybrałam się na spacer po Arcie w celu uzupełnienia albumu. Z ogromnym entuzjazmem zagłębiłam się w historię miasteczka i jego mieszkańców. Jednak słowa nie chciały ze mną współpracować. Po całym dniu ślęczenia nad klawiaturą, odpuściłam. Dzisiaj pogoda za oknem nie nastraja do spacerów, więc ponownie otworzyłam komputer i tym razem się udało. Zamysł miałam nieco inny, ale widocznie tak miało być, widocznie właśnie tego potrzebowałam - powrotu do wspomnień, do tych pierwszych dni na Majorce, by zrozumieć co ja tutaj tak właściwie robię. Wyszedł z tego całkiem pokaźny wpis. Miało być zwięźle i na temat, a znowu jest nieco sentymentalnie. No ale przecież nie piszę przewodnika po Majorce, a dzielę się moją własną interpretacją tej wyspy.

Komentarze

instagram