Trekking w poszukiwaniu prehistorycznych ruin

To chyba już taka niepisana zasada, że jak mamy coś pod nosem, to wycieczkę w to miejsce, odkładamy ciągle na później. Tak właśnie było w moim przypadku. Całkiem niedaleko, na obrzeżach miasteczka, w którym przed pandemią bywałam dość często, znajduje się prehistoryczna osada. Teraz do Arty nie jeżdżę już tak często, ale i tak jest to dla mnie rzut beretem, a do tego rezerwatu archeologicznego jakoś nigdy nie zajrzałam. 

Tak sobie teraz myślę, że przecież ja Wam nigdy nie opowiadałam nic na temat samej Arty... Tak się przyzwyczaiłam do tego miasteczka, że zapomniałam, że dla innych może być ciekawym punktem na mapie zwiedzania Majorki. No, ale nie o Arcie będę dzisiaj pisać, a właśnie o tej dawnej osadzie ses Paisses, która stała się w pewnym sensie podstawą dla założenie Arty. 

Nie byłabym jednak sobą, gdybym po prostu podjechała pod samo wejście i tylko zwiedziła ten piękny zabytek archeologiczny. Zaplanowałam sobie całą trasę trekkingową i wyszedł z tego całkiem porządny spacer. Zacznijmy więc od początku.

Wycieczkę rozpoczęłam oczywiście w Arcie, skąd udałam się mniej uczęszczanymi drogami do kościółka Bellpuig. Trasa nie jest długa i naprawdę łatwa, bo praktycznie przez cały czas szłam asfaltem, ale w ogóle nie musiałam się obawiać o zbyt duże natężenie ruchu. Spotkałam tam raptem dwa samochody. Jest to bowiem droga dojazdowa do gospodarstw, więc postronni tam się nie zapuszczają. A ja mogłam rozkoszować się sielskimi krajobrazami. Łąki, sady, pola i kózki. W jednej zagrodzie były nawet świnki i moją uwagę przykuła malutka śpiąca na stojąco opierając się o leżącą matkę. Jak na świnie, wyglądało to naprawdę uroczo. Zdjęcia niestety nie mam. Były zbyt daleko.  

Sama trasa nie jest też zbytnio skomplikowana. Nie ma wielu skrzyżowań, więc trudno byłoby się pogubić. Poniżej wrzucam Wam zapis całej trasy. 

Powered by Wikiloc

Przy dużej rozdzielni skręcam na lewo wchodząc na szutrową drogę. Teraz widoki są jakoś mniej przyjemne. Po jednej stronie ta rozdzielnia, a po drugiej pole solarów. Na szczęście nie jest to długi odcinek i wreszcie dochodzę do miejsca, gdzie jest niewielka zatoczka, przy której można zostawić auto i po prawej stronie zauważam niepozorną bramkę oznaczoną tabliczką lokalnego rządu Consell de Mallorca. Przez chwilę obawiałam się, że nie znajdę dojścia na szczyt, bo wzdłuż drogi rozciągał się płot i nawet nie było dogodnego miejsca, by go ewentualnie przeskoczyć. Na szczęście nie było takiej potrzeby, bo dróżka na szczyt jest ogólnodostępna, choć nieco ukryta. 

Wspominam tutaj o szczycie, ale tak naprawdę, to żaden szczyt, ot zwykły pagórek. Dwie minuty i byłam na górze. I nawet się nie zmęczyłam. U celu lekkie rozczarowanie. Spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego. Nieco na lewo stoi kościółek o dość prostej konstrukcji. Natomiast na prawo rozciągają się przepiękne ruiny. Niestety nie zagłębiałam się tam, ponieważ trwały tam akurat prace rekonstrukcyjne. Obeszłam natomiast kościółek i porobiłam kilka zdjęć. Nawet zrobiłam sobie selfie, przy czym plecak posłużył jako statyw. Ponieważ dojście do Bellpuig z Arty zajęło mi zaledwie pół godziny, a ja miałam całe przedpołudnie wolne, nie spieszyłam się i wykorzystałam ten czas na próbowanie różnych ujęć. Nabiegałam się trochę, a od kucania przy statywie, następnego dnia miałam zakwasy w nogach, ale przynajmniej mam jakieś zdjęcia i pamiątkę, że tam byłam.

Po zjedzeniu kanapki udałam się w dalszą drogę. Niestety nie było możliwości zrobienia pełnej pętli, więc musiałam dość spory kawałek wrócić tą samą droga i dopiero na tym większym skrzyżowaniu wybrać drogę, którą wcześniej nie szłam. Ponownie długi odcinek był wyasfaltowany i dopiero później skręciłam w szutrową dróżkę, która doprowadziła mnie do kolejnej szosy. Na szczęście wszystkie te drogi są mało uczęszczane, więc spokojnie można nimi maszerować. Później przeszłam kolejną wąską ścieżką na równoległą drogę i stamtąd już prościutko i szybciutko do ses Paisses. 

Ses Paisses jest prehistoryczną osadą, jedną z ważniejszych jeśli chodzi o początki osadnictwa na Majorce. Datowane jest na 1200 rok p.n.e. i do naszych czasów zachowało się w bardzo dobrym stanie. W 1946 zostało uznane za dziedzictwo historyczne i artystyczne(!).

Osada została wzniesiona na planie koła i jest otoczona imponującym kamiennym murem. Nie zachował on się w całości, ale i tak część, którą wciąż możemy podziwiać imponuje. Tym bardziej, że to właśnie od tego muru i bramy wejściowej, która mogłaby się porównywać do Stonehenge, rozpoczynamy zwiedzanie. Wizyta w tej talajotycznej osadzie nie jest jednak darmowa. Przy parkingu i miejscu piknikowym stoi niewielka budka, w której możemy kupić bilet. Koszt to 2 euro, więc nie jest to też jakiś majątek, a na pewno warto zobaczyć to miejsce. Choć nie jestem jakąś wielką fanką zabytków archeologicznych, ses Paisses mnie się podobało. Zrobiłam tam mnóstwo zdjęć i tak sobie pomyślałam, że mogłaby to być fajna sceneria na jakąś sesję zdjęciową - artystycznie poukładane kamienie i piękna zieleń dębowego lasu, który otacza wioskę. 

Przypuszcza się, że owoce dębu były jednym z elementów diety dawnych mieszkańców tejże osady. Natomiast obszary, które dzisiaj są porośnięte krzakami, mogły być wykorzystywane pod pola uprawne. Niestety bujna roślinność uniemożliwia dokładne przeprowadzenia wszystkich badań archeologicznych i wciąż pozostaje wiele znaków zapytania, ale przecież nikogo nie powinno to dziwić. Czasy świetności tej wioski minęły wieki temu. Mimo wszystko, archeolodzy się nie poddają i praktycznie każdego roku przyjeżdża tam grupa naukowców w poszukiwaniu kolejnych informacji. Dzięki temu ses Paisses jest wciąż żywe. 

Na terenie rezerwatu możemy zobaczyć dawne budynki mieszkalne. Przypuszcza się, że na przestrzeni lat były one przebudowywane i użytkowane przez różne społeczności. Podobnie jak świątynia stojąca tuż obok wieży, czyli tego obiektu, który najbardziej przyciągnął mój wzrok. Bo ta świątynia, choć fajna w wyobraźni (no bo nie dość, że odprawiano tam tajemnicze dla nas rytuały, to jeszcze biesiadowano, wino pito i pewnie też tańczono), obecnie jest raczej nudna, ot takie tam puste pomieszczenie porośnięte soczyście zieloną trawką. 

Natomiast wieża, ohoho, góruje nad całą wioską. Do naszych czasów zachowały się mury sięgające wysokości 4 metrów, ale możemy się domyślać, że była to konstrukcja znacznie wyższa. Średnica budowli ma prawie 13 metrów. Ponadto u jej dołu dostrzegamy niewielki otwór. Podobny znajduje się po drugiej stronie wieży, więc można się domyślać, że było to coś w stylu korytarza, jednak z powodu utrudnionego dostępu (otwór jest naprawdę malutki), tunel ten wciąż pozostaje dla nas tajemnicą.

Korytarz wewnątrz wieży łączy się z hypostylą - salą, której strop jest podparty równomiernie rozłożonymi kolumnami. Stropu już co prawda nie ma, ale kolumny się ostały i są po prostu piękne. Jak sobie pomyślę, że ta kupa kamieni została usypana trzy tysiące lat temu i przetrwała do naszych czasów, to wydaje mi się to czymś naprawdę niezwykłym. Do tego te potężne dęby, no i wyobraźnią przenoszę się w czasie. Zaledwie 2 euro i już byłam trzy tysiące lat wstecz. 

Osada nie jest duża, więc można by ją obejść w ciągu kilku minut. Ja natomiast nie odpuściłam sobie postojów co kilka kroków, by robić zdjęcia. Oczywiście połowę z nich wyrzuciłam, bo niezbyt mnie przekonywały, ale i tak miałam świetną zabawę. Mogłam sobie pozwolić na takie powolne spacerowanie, bo byłam tam praktycznie sama. Przy wejściu siedziały jeszcze dwie osoby, ale odniosłam wrażenie, że oni tam pracowali - jakieś papiery przeglądali i kamienie oglądali. 

Wewnątrz osady są wydeptane ścieżki, dzięki którym jesteśmy w stanie dojść do wszystkich najważniejszych miejsc i jednocześnie nie zadeptując zabytków. Jednak nie są one zbyt wychodzone i momentami gubiłam szlak. Ale nie jest to żaden problem. Można tam chodzić dość swobodnie po całej osadzie, wejść do budynków, poczuć jakby się było mieszkańcem. Tylko w niektórych miejscach ustawione są tabliczki zakazujące wejścia lub wspinania się na mury, aby ich nie uszkodzić, w końcu to bardzo stare ruiny. 

Na trasie zwiedzania poustawiane są również tabliczki z informacjami na temat obiektów, na które w danym momencie patrzymy. Niestety tabliczki te pozostawiają wiele do życzenia. Choć informacje są zwięzłe i napisane w kilku językach, widać upływ czasu i w niektórych miejscach tekst jest mało czytelny. Mam wrażenie, że jest to problem bardzo wielu zabytków archeologicznych, tak jakby nie były one ciekawym miejscem dla turysty. Moim zdaniem to nie wina miejsc, a braku odpowiedniej promocji tego typu zabytków. Średniowieczne zamki są super, każdy turysta powinien jakiś zobaczyć w trakcie swoich wakacji, bo przecież są ogromne i po prostu imponujące; ale takie ruiny prehistorycznej osady to nudy, bo co to? kupa kamieni? Gdyby tylko ktoś fajnie opowiedział historię takiego miejsca i sprawił, że turysta przeniesie się w czasie, na pewno archeologia i przede wszystkim te zabytki, tylko by na tym zyskały. A co Ty sądzisz na ten temat? Lubisz odwiedzać tego typu miejsca, czy Cię po prostu nudzą?

Po zakończonym zwiedzaniu osady pozostało mi do pokonania jeszcze kilkaset metrów zanim dotarłam do Arty i w ten sposób skończył mi się cały wolny poranek. Spodziewałam się nieco ciekawsze trekkingu - mam tu na myśli trasę, bo asfalt nie należy do moich ulubionych nawierzchni, jeśli idę pieszo, czy biegam. Po drodze nie było też jakoś specjalnie zapierających dech widoków. Jednakże obiekty, które odwiedziłam, były tego warte. Nawet kościółek Bellpuig zyskał w moich oczach po zwiedzeniu ses Paisses, jakoś wszystko wydawało mi się wtedy piękniejsze :) Ale jestem pewna, że gdybym do obu tych miejsc podjechała samochodem, nie odniosłam bym takiego samego wrażenia. Już przy odrobinie wysiłku, osiągany cel staje się piękniejszych. 

Komentarze

  1. To prawda, niektóre zabytkowe i fantastyczne miejsca są mało ciekawe dla turystów, bo wyobraźnia słabo im działa i nie potrafią podróżować w czasie. Spotkałam kilka takich. Ale gdyby ładnie to opisać, reklamować i turystycznie lepiej przygotować, byłoby więcej odwiedzających. Ale wtedy niektóre miejsca byłyby zadeptane przez zbyt dużą ilość turystów. Nie wiadomo co lepsze?
    Jednak Twój spacer przez historię Majorki i jej piękne, spokojne rejony był bardzo odprężający!
    Dziękuję i pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nie byłoby tak źle z tymi tłumami turystów. Spora ich część i tak by sobie odpuściła, bo taka prehistoryczna wioska gdzieś na Majorce to nie Pompeje ;) Ale chociażby niewielka fajnie pomyślana reklama zrobiłaby swoje.
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Pierwsze zdjęcie to prawie jak Angkor Wat :).
    Wiesz co? Ty żyjesz moim życiem :). Wiem jaką radość dają takie spacery bo doskonale ją pamiętam. Też bardzo często jechałam gdzieś przed siebie, parkowałam samochód i szłam gdzie poniosły mnie oczy. I takie spacery były najlepsze bo nigdy nie wiedziałam co po drodze zobaczę. I nawet jeśli docierałam donikąd to sam spacer uszczęśliwiał mnie bardzo. W każdym wpisie pokazujesz nam, że Majorka to studnia bez dna i ogromny wachlarz spacerowych możliwości. Miejscowi może tego tak nie doceniają, przyjezdni zawsze widzą więcej. Szkoda, że informacje na tablicach są tak mało czytelne ale może te osoby, które wzięłaś za pracowników, zwróciły i na to uwagę i przed sezonem doczekasz się zmian :). Myślę, że takie informacje trzeba regularnie odnawiać bo sama wiesz jaka jest trwałość pewnych rzeczy w kontakcie z hiszpańskim słońcem.
    Trzymaj się ciepło Jula. Pozdrowionka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, wcale nie trzeba lecieć do Kambodży, na Majorce jest wszystko :D
      Miejscowi może nie tyle nie doceniają, co nie mają czasu albo ochoty docierać do tych pięknych miejsc, bo przecież tu mieszkają, to jeszcze będzie okazja... Czasami moi majorkańscy znajomi się śmieją, że ja to chyba znam wyspę lepiej niż oni, a mieszkam tu dopiero lekko ponad rok. I choć czasami się zastanawiam, czy to faktycznie dobry pomysł, żebym ciągle gdzieś na jakieś wycieczki jeździła, bo jeszcze skończą mi się te atrakcje i co ja wtedy będę robić? Ale tutaj znowu masz rację, Majorka to studnia bez dna i im dłużej tutaj jestem, tym dłuższa staje się moja lista miejsc do odwiedzenia.
      Nie sądzę, żeby przed sezonem nastąpiły tam jakieś zmiany. Ses Paisses jest raczej tą mniej uczęszczaną atrakcją. Ale kto wie...
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. „Jestem przyzwyczajony do tego miasta, więc zapominam, że dla innych ludzi może to być interesujący punkt” .. Zgadzam się z Tobą powyżej, wokół nas jest wiele interesujących rzeczy, ale ponieważ jesteśmy przyzwyczajeni do oglądania tych miejsc tak często zaniedbywanych, nie rób tego.do artykułów. Ta starożytna osada jest interesująca do zobaczenia i zbadania.

    Pozdrowienia z Indonezji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się wyszukiwać lokalne perełki. Ostatnio nawet poszłam do lokalnej informacji turystycznej i miła pani podpowiedziała mi kilka ciekawych opcji na trekking po okolicy, bo sama jest pasjonatką pieszych wędrówek. Także planów na wycieczki mam naprawdę sporo.
      Pozdrawiam

      Usuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram