Altea - w białym labiryncie

Nie będę ukrywać, że mi się chciało. Bo się nie chciało. Loty przesiadkowe mnie męczą. Najchętniej to bym wsiadła do samolotu w Gdańsku i wysiadła bezpośrednio w Palmie. Ale póki co jest jak jest (ale już niedługo to się zmieni, bo zostają wprowadzone loty bezpośrednie na wspomnianej trasie, jupi!), więc lecąc z Polski na Majorkę muszę nieco kombinować. Stwierdziłam, że skoro już po raz n-ty lecę przez Alicante, może dobrym pomysłem jest wykorzystać tę przesiadkę, na jakąś wycieczkę po okolicy. Co prawda sporo w rejonie Alicante już widziałam, ale kilka miejsc jeszcze zostało do odwiedzenia, więc moja podróżnicza półkula mózgowa stwierdziła, żeby jednak ze zwykłej przesiadki, zrobić sobie taką przedłużoną. No a potem przyszedł właśnie ten moment, że tak bardzo mi się nie chciało, że marzyłam tylko o tym, żeby już po prostu być na Majorce. No ale nocleg w Alicante był już opłacony i data biletu Alicante - Palma też wskazywała na kilka dni później niż ten na trasie Gdańsk - Alicante, więc tak jakby nie było odwrotu. Potem doszedł jeszcze dylemat, gdzie pojechać z tego Alicante... Na tapecie miałam dwa miejsca. Jedno bardziej zurbanizowane, drugie bardziej przyrodnicze. Monia zachęcała mnie do tego drugiego. Ja jednak wybrałam to pierwsze, głównie z powodu korzystniejszych połączeń autobusowych i tym oto sposobem wybrałam się do Altei. A teraz po tym przydługim wstępie, zapraszam Was na spacer uliczkami białego hiszpańskiego miasteczka.

Altea to niewielkie nadmorskie miasteczko, które bardziej niż z plaży słynie z labiryntu malowniczych uliczek starówki położonej na zboczach wzgórza. Do miasteczka dojeżdżam o poranku, kiedy delikatna mgła wciąż jeszcze nieśmiało unosi się nad wodą. Moje pierwsze kroki kieruję właśnie w stronę wybrzeża. Jest pusto. Świeci słońce. Pachnie morzem. Idę nieśpiesznie promenadą. A potem podchodzę bliżej brzegu i siadam na kamienistej plaży. Wpatruję się w horyzont. Wpatruję się w charakterystyczną górę Peñón de Ifach, która przypomina twarz dryfującego wielkoluda. I zjadam śniadanie.

Za moimi plecami szpaler białych budynków, nad którymi góruje kamienny kościół z niezwykłą kopułą przyozdobioną biało niebieskimi dachówkami. To jest mój cel: dotrzeć na szczyt wzgórza Altei gubiąc się po drodze w urokliwym labiryncie.

Jestem w szoku jak mało ludzi spotykam na swojej drodze. Altea wydawała mi się dość turystycznym miejscem. A ja sobie spokojnie spaceruję. Jest co prawda jeszcze wcześnie, no i w końcu to zima, więc ruch turystyczny jest mniejszy, niemniej spodziewałam się większej ilości odwiedzających. Nie narzekam jednak wcale, bo mam to miasteczko tylko dla siebie i bez skrępowania mogę fotografować wszystkie zakątki. Na koniec nawet odważyłam się zrobić kilka zdjęć samej sobie, bo nagle mnie oświeciło, że przecież mogę ustawić aparat na jakimś murku i włączyć samowyzwalacz. Wcześniej serio na to nie wpadłam. Zwalam to zaćmienie umysłu na mnogość architektonicznych cudowności.

Najstarsza dzielnica nie jest jakoś bardzo rozległa, ale odkrywanie jej zakątków może przeciągnąć się w nieskończoność. Po pierwsze, to jest prawdziwy labirynt i nie raz wchodziłam w ślepe uliczki, albo krążyłam w kółko nie wiedząc jak z powrotem wyjść na jakąś główniejszą arterię, co zupełnie mnie nie martwiło, bo nawet jak kilka razy przechodziłam przez to samo miejsce, za każdym razem spoglądałam na nie pod innym kątem. Po drugie, Altea obfituje w romantyczne zakątki, zadbane fasady i te trochę mniej zadbane, ale równie mocno przyciągające wzrok, a to wszystko sprawiało, że zatrzymywałam się co kilka kroków, by uwiecznić na fotografii kolejne wspaniałości. Z Altei przywiozłam setki zdjęć, a spędziłam tam tylko pół dnia. Nie martwcie się jednak, nie zarzucę Was wszystkimi, wybiorę tylko te, które najlepiej oddają klimat tego miejsca.

Chociaż wspominałam o gubieniu się, momentami musiałam nieco się natrudzić, żeby zejść ze szlaku, bowiem w wielu miejscach na murach można dostrzec niewielkie tabliczki z piktogramem kościoła z kopułą i strzałeczką wskazującą kierunek, w którym powinnyśmy się udać, żeby dotrzeć do centrum. Toteż na wielu skrzyżowaniach z premedytacją szłam w przeciwnym kierunku, aby tylko jak najdłużej móc się cieszyć przechadzką bielonymi uliczkami. Natomiast starówka jest na tyle mała, że koniec końców i tak dotarłam do kościółka szybciej niż chciałam.

Najbardziej charakterystyczny budynek Altei to właśnie kościół parafialny usytuowany na samym szczycie wzgórza. Zdjęcia Església de Santa Maria del Consol - kościoła p.w. NMP Pocieszycielki pojawiają się we wszelkich przewodnikach i na nielicznych już widokówkach. Jednakże pomimo swojej popularności nie jest to jakiś wiekowy zabytek. Historia parafii sięga co prawda XVI wieku, natomiast sam kościół, który obecnie góruje nad całym miasteczkiem, to konstrukcja neobarokowa z przełomu XIX i XX wieku. To co wyróżnia ten kościół na tle innych, to jego granatowo białe kopuły, a także jego usytuowanie - w pewnym sensie może on pełnić funkcje latarni morskiej, tyle że takiej bez światła, bowiem za sprawą kopuł jest bardzo dobrze widoczny z morza.

Warto zajrzeć do środka. Panująca tam cisza jest niezwykle przenikliwa i sprawia, że czas się zatrzymuje. Sam wystrój świątyni jakoś bardzo nie przyciągnął mojej uwagi, ale mistyczna atmosfera już tak. Do tego stopnia, że wcale nie miałam ochoty stamtąd wychodzić, choć wiedziałam, że jeszcze sporo zachwytów przede mną.

Przy kościółku jest niewielki placyk. W tamtym momencie było to najbardziej tętniące życiem miejsce w całym miasteczku. Nieliczne restauracyjki były zapełnione do ostatniego stolika, a międzynarodowi turyści sączyli orzeźwiające napoje rozkoszując się niespieszną atmosferą Altei. Kilka kroków dalej przepiękny punkt widokowy na wybrzeże. I to właśnie tam przysiadłam sobie na ławeczce, by nałykać się witaminy D płynącej prosto z słońca.

Kontynuowałam swój spacer wybierając jedną z najsłynniejszych uliczek, czyli Carrer Sant Miquel. Oczywiście wtedy nawet sobie nie zdawałam sprawy jak bardzo ta ulica jest popularna. Po Altei chodziłam bez planu, niewiele też sobie czytałam o tym miasteczku przed wizytą, więc nie miałam pojęcia, gdzie warto pójść, czy jakie są najczęściej fotografowane zakątki. Szłam tam, gdzie podpowiadał mi instynkt. I spacer tą uliczką to była prawdziwa rozkosz dla zmysłów. Wyobraźcie sobie, że nie było tam praktycznie nikogo. Tylko ja, bielone domki i brukowana aleja ciągnąca się bez końca. No i oczywiście mnóstwo kwiatów i innych detali. Sant Miquel to prawdopodobnie też najbardziej komercyjna uliczka, bo co w drugim budynku mieścił się jakiś sklepik. Z tym, że teraz większość z nich była zamknięta.

Idę sobie spokojne i rozglądam się dookoła, szukam ładnych kadrów (choć szukać wcale długo nie trzeba było, bo jak już wspomniałam, w Altei wszystko jest fotogeniczne) i wtedy w oddali dostrzegam samotną górę i mam wrażenie, jakbym nagle przeniosła się do innej przestrzeni. Nie jestem już w Altei, nie jestem już nawet w Hiszpanii. Ni z tego ni z owego znalazłam się w Gwatemali, w mieście Antigua.

Nie wiem skąd mi się wzięło to skojarzenie, bo w Gwatemali nigdy nie byłam. Widziałam tylko jakieś zdjęcia i jeden kadr szczególnie wyrył mi się w pamięci: brukowana uliczka z niewysoką kolonialną zabudową we wszystkich kolorach tęczy a w tle wulkan de Agua. Tutaj oczywiście domki są bielone, a w tle nie wulkan a jakaś zwykła góra, ale ja i tak stanęłam jak wryta i gapiłam się przed siebie nie wierząc własnym oczom. A potem tych skojarzeń z Ameryką Łacińską było już tylko więcej i więcej. Altea na nowo rozbudziła moje marzenie Ameryce Południowej.

Gdy już się otrząsnęłam z szoku i niedowierzania, coś mnie tknęło, żeby na chwilę się obrócić i zobaczyć czy coś ciekawego dzieje się za moimi plecami. Czekała tam na mnie kolejna niespodzianka - piękny widok na kościół i jego kopuły. Jeśli do tej pory byłam wniebowzięta, to teraz już nawet nie próbuję opisać słowami mojego zachwytu. Mowę mi odjęło. Najfajniejsze w tym wszystkim było to, że miałam to miejsce tylko dla siebie. Nie było dzikich tłumów. Nieliczni turyści skupiali się głównie na przykościelnym placu. A te wszystkie cudowne uliczki były kompletnie puste.

Jak już pozostawiłam Gwatemalę w sferze marzeń i wróciłam do rzeczywistości, z jeszcze szerszym uśmiechem na twarzy zaczęłam eksplorować kolejne ramiona tego białego labiryntu. Ponownie zeszłam z głównej uliczki i weszłam w jakiś zaułek, gdzie jedna pani zamiatała przed drzwiami swojego domu a inna na balkonie wygrzewała się na słoneczku. No i tutaj naszła mnie taka myśl, że choć miasteczko jest urocze i bardzo fotogeniczne, mieszkać to ja bym tam nie chciała. Po pierwsze, chociaż teraz nie było tego widać, jest to miejsce turystyczne, więc pewnie w sezonie za wiele spokoju mieszkańcy tam nie mają. Po drugie, starówka mieści się na zboczu wzgórza, więc do wielu domostw dojazd jest utrudniony lub żaden i wówczas na pieszo trzeba taszczyć torby z zakupami. Jak wyglądają remonty i transport materiałów budowlanych czy jakiejś nowej kanapy, to nawet nie chcę sobie wyobrażać. Podejrzewam, że wiele z tych budynków pełni już funkcje zakwaterowania dla turystów, którzy podczas swoich wakacji chcą się poczuć jak w bajce. Niemniej zauważyłam, że nadal wiele z tych domów zamieszkiwanych jest po prostu przez lokalsów i pomimo tego, że mieszkają w cudownym otoczeniu, życie tam ma swoje minusy.

Kiedy zaczęłam krążyć w kółko i wydawało mi się, że po raz n-ty docieram do tego samego skrzyżowania, zdecydowałam, że czas powoli wracać. Miałam jeszcze trochę czasu do odjazdu mojego powrotnego busa, więc wykorzystałam go spacer po promenadzie. I tutaj ponownie się zdziwiłam, bo tak jak u góry było pustawo, tak na wybrzeżu ludzi było mnóstwo. Sporo spacerowiczów, ale też wiele osób po prostu korzystało z pięknego dnia zażywając słonecznych kąpieli. Ostatecznie i ja się skusiłam, żeby przez chwilę po prosu posiedzieć i wpatrywać się w horyzont. Tym razem morze nie było już takie spokojne, ale szum fal okazał się przyjemnie kojący. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie wiatr, który wciąż przybierał na sile.

Altea jawiła mi się jako niewielkie lecz bardzo urokliwe miasteczko. Liczyłam na dwie trzy klimatyczne uliczki i może jakieś fajne widoki na wybrzeże. Nie miałam większych oczekiwań. Nie wyznaczyłam też sobie żadnej konkretnej trasy zwiedzania mając po prostu nadzieję na dotarcie przypadkiem do jakiegoś magicznego zakątka. Okazało się, że takich niezwykłych zakątków było więcej niż jeden i że cała Altea jest skąpana w śnieżnej bieli. Dostałam znacznie więcej niż się spodziewałam. Altea kompletnie mnie oczarowała. I powiem Wam, że teraz jestem troszkę w szoku, że tak mało mówi się o tym miasteczku. O Alicante każdy słyszał, Calpe też pewnie kojarzycie, o słynnym Benidormie nawet nie wspominając. Altea zaś pozostaje ukryta w cieniu tych wyżej wymienionych turystycznych lokacji i nie potrafię zrozumieć dlaczego. Tam jest tak pięknie, może nawet nieco romantycznie. Być może na mój tak pozytywny odbiór tego miasta ma fakt, że byłam tam poza sezonem i na swojej drodze nie spotkałam wielu turystów, więc nie musiałam się denerwować na tłumy przepychające się wąskimi uliczkami? A może po prostu byłam już stęskniona takich śródziemnomorskich klimatów? Jedno wiem na pewno: cieszę się przeogromnie, że się zmobilizowałam i tam pojechałam, bo wróciłam zachwycona. Mam nadzieję, że wy również miło spędziliście ten wirtualny spacer po Altei.

Komentarze

instagram