Portugalia dzień 8: podróż w czasie

Ósmy dzień portugalskiej wyprawy to ciąg dalszy pięknych widoków na trasie, małych przyjemności i niezapomnianych doświadczeń, a także podróż w czasie do prehistorii. Gotowi na wycieczkę? Trochę mi zajęło napisanie tego tekstu, ale muszę nieskromnie przyznać, że jestem z niego naprawdę dumna, w ogóle z tej archeologicznej części. Więc mam nadzieję, że Wam się spodoba.


Alijó

Dzień zaczynamy w miasteczku Alijó. Noc spędziłyśmy w schronisku młodzieżowym, gdzie miałyśmy swój własny pokój z łazienką i śniadanie w cenie. Nie zapłaciłyśmy dużo. Samo miejsce też było niemalże idealnie położone i nie było tam żadnych problemów z parkowaniem. Jedynym, ale bardzo poważnym minusem był bardzo niski poziom czystości obiektu... Pokój akurat był ładnie wysprzątany, ale części wspólne wołały o pomstę do nieba. Najgorsza była kuchnia. Wszędzie były przywieszone informacje, żeby po sobie posprzątać, ale nikt się do tego nie stosował i kiedy dotarłyśmy tam wieczorem i chciałyśmy przygotować sobie kolację, przed nami ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Ja nie oczekuję luksusów w podróży, tym bardziej, gdy zależy nam na jak najniższych cenach, jednak czystość to podstawa. Obiekt może być stary, a wyposażenie jak z muzeum, ale dopóki jest tam czysto, nie mogę narzekać. Natomiast najbardziej nowoczesne obiekty jeśli nie są utrzymane w czystości, są przeze mnie nisko oceniane. Z tego też względu nie mogę Wam polecić tegoż schroniska mimo wielu jego zalet. Być może wina nie leżała po stronie właścicieli i pracowników, bo jak wspomniałam, pokój i łazienka były czyściutkie, a taką trzodę zrobiła nocująca tam dość duża grupa młodzieży. Niemniej mam stamtąd dość przykre wspomnienia. Dlatego też nie pisałam już o tym miejscu w poprzednim wpisie, bo nie chciałam kończyć posta w tak przykry sposób. A teraz obiecuję, że w dalszej części nie będzie już żadnego narzekania. Dzień bowiem był bardzo udany.  

Po śniadaniu jedziemy do centrum miasteczka. Nie miałyśmy w planie się tam zatrzymywać, ale nasz wzrok przykuł śliczny malutki kościółek. Szybko znajdujemy miejsce parkingowe i wracamy się w pobliże świątyni. Niestety nie weszłyśmy do środka, bo odbywało się tam akurat nabożeństwo. Niemniej obeszłyśmy kościół dookoła. Tuż obok stało też ogromne drzewo, które widać częściowo na zdjęciu. Jest to ponad 165-letni platan, którego korzenie rozchodzą się w promieniu prawie 500 metrów. Czyż nie jest to imponujący okaz. Niektórzy mawiają, że tuż obok świątyni przyozdobionej azulejos wznosi się jeszcze jedna - żywa świątynia w postaci gigantycznego drzewa. 

Ponieważ nic więcej nie rzuciło nam się w oczy w obrębie centrum Alijó, pojechałyśmy dalej. Tego dnia nie miałyśmy zbyt wielu dłuższych postojów, ale co i rusz zatrzymywałyśmy się na punktach widokowych. Przejazd górskimi drogami zafundował nam bardzo szeroki wachlarz przepięknych zielonych widoków. Co więcej pogoda znowu dopisała, więc nie mogłyśmy narzekać na widoczność. 

Tua

Kolejnym niepozornym miasteczkiem na naszej trasie była Tua. Planowałyśmy spędzić tam trochę więcej czasu, aby porządnie rozprostować kości, ale Tua okazało się bardzo malutką mieściną. Na miasteczko składało się zaledwie kilka domków i uśpiona stacja kolejowa. Nie było tam co robić. Na miejscu dowiedziałyśmy się o kilku ciekawych trasach trekkingowych wychodzących z Tua, ale nie miałyśmy czasu ani chęci na dłuższe wędrówki. Jest to jednak dobry powód, by znów wrócić w te rejony, bo trekking po nieczynnej trasie kolejowej brzmi naprawdę ciekawie.

Piknik z widokiem

Tamten dzień był obfity w piękne widoki. W dodatku drogi były niemalże puste. Mogłyśmy się zatrzymywać, gdzie przyszła nam na to ochota. Wreszcie wybieramy jeden z najwyższych punktów widokowych, do jakiego dotarłyśmy tamtego dnia. Była tam zatoczka, a do tego jeszcze stolik i ławeczki - miejsce idealne na piknik. Co prawda w naszych zasobach już niewiele było jedzonka, więc musiałyśmy się zadowolić kanapeczką, jabłuszkiem i połówką batonika, a do tego ciepła herbata z termosu. Nie jestem wielką fanką kanapek, ale z takimi widokami, nawet suchary smakują jak kolacja w luksusowej restauracji. 

Tama Pocinho

Powoli zjeżdżamy z wyżyn, by przekroczyć rzekę Duero mostem, przy którym wybudowano tamę i elektrownię wodną. Podczas naszych dotychczasowych objazdów po Portugalii i już wielokrotnie natrafiałyśmy na tego typu tamy na naszej trasie i za każdym razem w takich miejscach zbierały się tłumy ludzi. Nie bardzo rozumiałyśmy, co też oni tam oglądają. Tym bardziej, że nie były to miejsca jakoś specjalnie urocze widokowo. Niemniej tym razem postanowiłyśmy się zatrzymać, bo w pobliżu był dość duży parking i sprawdzić, co też przyciąga takie tłumy. Bowiem oczywiście i przy tej elektrowni już się zebrało kilka gapiów.

Zatrzymałyśmy się, weszłyśmy z powrotem na most, popatrzyłyśmy i nasza ciekawość nie została zaspokojona. Do tej pory nie rozumiem co Ci wszyscy ludzie tak namiętnie podziwiali. Nam przynajmniej trafił się stateczek, a właściwie dwa, przepływające przez kanał, więc patrzeć było na co, ale w przypadku tych wszystkich innych tam...? Może ktoś bardziej obeznany w temacie, wytłumaczy mi, co też takiego nadzwyczajnego jest w tamach i elektrowniach wodnych, by zatrzymywać się na środku drogi lub w miejscu niedozwolonym, tylko po to, żeby popatrzeć.

Vila Nova de Foz Côa - muzeum archeologiczne

Wczesnym popołudniem dojeżdżamy do miasteczka Vila Nova de Foz Côa. Nie zatrzymujemy się tam, ale jedziemy prosto do muzeum archeologicznego. Muzea archeologiczne mają to do siebie, że pomimo tego, że traktują o historii najdawniejszej, budynki, w których się znajdują, są najczęściej najnowocześniejszymi projektami architektonicznymi. Tutaj nie było inaczej. W miejscu z panoramicznymi widokami wybudowano kanciastą cegiełkę, która przypominała budynek niczym z jakiejś powieści post-apokaliptycznej. Gdyby nie liczne oznakowania, trudno nam by było znaleźć jakieś wejście.

Gdy już jakoś wdostałyśmy się do środka i znalazłyśmy punkt informacji, dowiedziałyśmy się, że w muzeum poza fotografiami i kilkoma eksponatami nie ma wiele. Na szczęście pani udzieliła nam też obszernych informacji na temat wycieczek archeologicznych do miejsca, w którym mogłybyśmy zobaczyć oryginalne zabytki. Zadzwoniła też do przewodnika z zapytaniem o dostępność i zarezerwowała nam miejsca. Dostałyśmy też mapkę i wszelkie niezbędne indykacje, abyśmy bez problemu dotarły do miejsca zbiórki. Pomimo, że muzeum nie zwiedziłyśmy, warto było tam wpaść. Obsługa była naprawdę miła i pomocna. 

Nasza wycieczka miała się rozpocząć o 15:00. Miałyśmy czasu z nadwyżką, ale wolałyśmy być na miejscu zbiórki przed czasem, niżeliby się spóźnić. Co prawda niczego nie ryzykowałyśmy, bo płatności i tak dokonuje się po odbytej wycieczce bezpośrednio u przewodnika. Ale po prostu nie chciałyśmy stracić okazji na niezapomniane wrażenia. 

Park Archeologiczny Doliny Côa

Jednak najpierw może wtajemniczę Was nieco o co z tą wycieczką archeologiczną chodzi. Co też kryje się pod tajemniczą nazwą Foz de Côa?

Pod koniec lat 80. XX wieku nad rzeką Côa niedaleko miasteczka Vila Nova de Foz Côa zupełnie przypadkowo zauważono na skałach wyryte rysunki przedstawiające zwierzęta: konie, kozy, ryby, a nawet wymarłe tury. W 1995 rozpoczęto tam prace archeologiczne i potwierdzono niezwykłość odkrycia. Na odcinku prawie 17 kilometrów ciągnącym się wzdłuż rzeki odkryto liczne ryty naskalne, w dodatku bardzo dobrze zachowane.

Niedługo po tym odkryciu na światło dzienne wyszedł projekt budowy tamy i elektrowni wodnej na rzece Côa. Archeolodzy i wszyscy obrońcy dziedzictwa kulturowego zaczęli się temu projektowi sprzeciwiać. Gdyby budowa doszła do skutku, poziom rzeki na tym odcinku znacznie by się podniósł, a ryty naskalne zostałyby zalane i ostatecznie pewnie zniszczone przez wodę. Sprawa zrobiła się na tyle głośna, że pisano o tym w wielu dziennikach światowej rangi. Portugalczycy prosili nawet o pomoc w tej sprawie UNESCO, jednak instytucja nie opowiedziała się za żadną ze stron wyrażając swoje ambiwalentne stanowisko: z jednej strony stwierdzono, że ukrycie rytów pod wodą ochroniłoby zabytek przed wandalizmem, natomiast z drugiej strony przyznano, że jest to miejsce wyjątkowe na skalę światową, bo jest to jedyny tego typu przykład sztuki prehistorycznej na świeżym powietrzu. Koniec końców UNESCO wpisało dolinę rzeki Côa na listę światowego dziedzictwa, ale to ówczesny rząd Portugalii z António Guterresem na czele przekreślił projekt budowy tejże elektrowni, tworząc jednocześnie nad rzeką Côa park archeologiczny. 

Mimo tego, że ryty znajdują się na świeżym powietrzu i teoretycznie są łatwo dostępne, nie można tam pojechać i zobaczyć tego miejsca na własną rękę. Organizowane są natomiast wycieczki z licencjonowanymi przewodnikami. Powody takiego rozwiązania są dwa: 1) droga dojazdowa na miejsce jest dość kiepskiego stanu i bez samochodu z napędem na cztery koła ani rusz; 2) ochrona przed atakami wandalizmu. Co więcej wycieczka w to miejsce z przewodnikiem jest znacznie ciekawsza. Bowiem niewprawione oko mogłoby nawet nie dostrzec tych rytów. Trzeba wiedzieć, gdzie i jak patrzeć. Ponadto przewodnik też nieco przybliża nam historię i uatrakcyjnia to miejsce. 

Naszym przewodnikiem był Marco. Kiedy dotarłyśmy do niewielkiego miasteczka Castelo Melhor, gdzie znajduje się punkt zbiórki na wycieczkę do Penascosa, Marco już na nas czekał.  Samochód zostawiamy na jednej z szerszych uliczek tuż pod czyimś domem. Nie było tam żadnego większego parkingu, nie było też zakazów, więc czemu nie? Pomimo tego, że w pobliżu znajduje się tak ważny zabytek archeologiczny, miejsce to nie wyglądało na zbyt często odwiedzane. Swoją drogę nie dziwię się za bardzo. Atrakcje archeologiczne chyba nigdzie nie są zbyt popularne, być może dlatego, ze są zbyt słabo wypromowane... A druga kwestia jest taka, że mało kto jest tak zafascynowany prehistorią, by wydawać 20 euro, aby zobaczyć kilka linii na jakimś tam kamieniu. Sama miałam też dość sceptyczne nastawienie, ale nie żałuję ani centa wydanego na tę wycieczkę. 

Przywitałyśmy się z Marco, a że wciąż jeszcze było trochę czasu do 15:00 i  czekaliśmy jeszcze na naszych towarzyszy, ruszyłyśmy w poszukiwaniu toalety. Zajrzałyśmy też do niewielkiego sklepiku z lokalnymi ekologicznymi produktami. Chyba każdy przyjeżdżający w to miejsce turysta musi tam zajrzeć, bo na miejscu zbiórki poza tym sklepikiem nic nie ma. A właściciele czekają tam z szeroko otwartymi ramionami i różnymi przysmakami do degustacji. Aż głupio potem nic tam nie kupić. Tym bardziej, że ze strony sprzedawców nie ma żadnej nachalności. I pan, i pani okazali się przemiłymi osobami. A z panem ucięłam sobie nawet pogawędkę na temat migdałów. Okazało się bowiem, że tamten region Portugalii, podobnie jak Majorka, słynie z migdałów, toteż znaleźliśmy wspólny język, mimo że mój portugalski jest dość koślawy. 

Naszymi współtowarzyszami archeologicznej wyprawy była portugalska rodzina. Byli tak uprzejmi, że zgodzili się, by całość wycieczki odbywała się po angielsku, mimo że przewodnik zaproponował, że może opowiadać w obu językach. Byłam pod niemałym wrażeniem jak 10-letni chłopiec dobrze radził sobie z angielskim. Znał takie słowa, jakich ja w jego wieku na pewno nie znałam. Czyżby edukacja językowa w Portugalii była na wyższym poziomie niż w Polsce? 

Wsiadamy do starego samochodu terenowego i Marco wiezie nas przez portugalskie pola i łąki, gaje oliwne i migdałowe nad rzekę do Pensacosa - jest to jedno z najpopularniejszych miejsc w całym parku archeologicznym. Zostawiamy samochód na polowym parkingu, a potem idziemy na poszukiwanie prehistorycznej sztuki. Marco pokazuje nam te najlepiej zachowane ryty i jednocześnie najłatwiej dostrzegalne, choć muszę przyznać, że czasami dopóki nam nie pokazał kształtu, trudno było sobie wyobrazić co też te linie mogły przedstawiać. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że niektóre ryty były nałożone jeden na drugi. Niezwykle interesujące doświadczenie. Naprawdę. Z zewnątrz może to wyglądać nudno i śmiesznie; no bo wyobraźcie sobie grupę ludzi przukucniętych przy kamieniu i podziwiających jakieś tam nieskładne naskalne żłobienia i kiwających głowami na znak podziwu i uznania dla prehistorycznych artystów. Sama się z tego zaczęłam śmiać pod nosem, ale mimo wszystko bardzo podobało mi się ta wycieczka i jeśli będziecie gdzie w okolicy, gorąco polecam. My ostatecznie zapłaciłyśmy 16 euro od osoby. Początkowo miała to być godzinna wyprawa, a my wróciliśmy do punktu wyjścia po prawie dwóch. Ale jak widać, w doborowym towarzystwie czasu się nie liczy. Podsyłam Wam stronę Marca -  Ambieduca - gdzie znajdziecie najróżniejsze oferty wycieczek z przewodnikiem, nie tylko tych do parku archeologicznego, ale również trekkingi po okolicy, wycieczki dla pasjonatów ornitologii, a także nocne eskapady. 

Castelo Melhor

Po niemalże mistycznych przeżyciach nad rzeką, wykorzystałyśmy ostatnią godzinkę dnia i postanowiłyśmy się wspiąć na szczyt górujący nad miasteczkiem Castelo Melhor. Liczyłyśmy na cudne widoki w blasku zachodzącego słońca, ale zdążyło się porządnie zachmurzyć i nie wyłapałyśmy nawet najmniejszego promienia. Ale i tak było warto wejść na górę. Niegdyś stał tam monumentalny zamek obronny, po którym pozostały już tylko ruiny. W dodatku niezbyt dobrze zabezpieczone. Natomiast widoki prawdopodobnie nie zmieniły się od setek lat. W dolinie same pola i łąki. A gdzieś w oddali hiszpańska ziemia. Pięknie. 

Komentarze

  1. Taka samodzielnie organizowana wycieczka to jest sztos. Ja co prawda też jeździłam po Portugalii samochodem ale nasza trasa w większości przypadków wiodła po znanych miejscach. Wy wykazałyście się większą pomysłowością dzięki czemu byłyście w miejscach, o których mało słyszą turyści, rzadko też mają je w urlopowych planach.
    Fajnie docierać do miejsc, w których są tylko mieszkańcy, wtedy w zupełnie inny sposób można poczuć klimat miejsca i kraju. Bardzo mi się podobają te rysunki skalne, w moim przypadku pomoc przewodnika byłaby niezbędna bo pomimo tego, że wyobraźni to mi raczej nie brakuje, na niektórych głazach widzę tylko bazgroły :). No i zatopienie ich pod wodą byłoby zupełnie pozbawione sensu, jaka to radość z atrakcji turystycznej której nawet nie możemy zobaczyć? :)
    Przesyłam Ci ogrom poświątecznych pozdrowień, fajnego tygodnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sztos jak nic. A jakie wspomnienia! Już sobie nie potrafię wyobrazić innego podróżowania. My też byłyśmy w wielu turystycznych miejscach, może nie na skalę europejską, ale Portugalczycy na pewno też jeżdżą w takie rejony, bo bardzo wiele z tych miejsc było przystosowanych pod turystów. Ale że byłyśmy tam po sezonie, wydawało się tak, jakbyśmy odkrywały zupełnie dziewiczą Portugalię.
      A co do tych rysunków naskalnych, to ja też miałam niemały problem. A na zdjęciach jeszcze trudniej je dostrzec. Ale jak już wiesz czego szukać, nawet niewprawione oko w końcu je dostrzeże. Przewodnik nam podpowiedział jeszcze, że najlepiej je widać nocą, w świetle latarki i takie wycieczki też tam właśnie organizują.
      Ja również pozdrawiam :) Uściski

      Usuń
  2. Podobają mi się te mało turystyczne rejony Portugalii. Widoki wszędzie wspaniałe, a przy takich krajobrazach o śniadaniu można nawet zapomnieć. Fascynująca ta wycieczka do rysunków naskalnych. Lubię takie miejsca, gdzie wyobraźnia zaczyna intensywnie pracować. Ale tutaj bez przewodnika byłoby rzeczywiście trudno czegoś się dowiedzieć.
    Odwiedziłaś ciekawe i różne miejsca, każdy znajdzie coś dla siebie.
    Fajna jest Portugalia. Dzięki Julka:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedzenie w podróży to dla mnie drugorzędna kwestia, ale niestety takie podejście ma później swoje konsekwencje... No a widoki... co ja tu będę opowiadać. To trzeba po prostu zobaczyć ;)
      Pozdrawiam cieplutko

      Usuń
  3. Ależ mi się podoba ta Portugalia widziana Twoimi oczyma. Czasami warto zapłacić przewodnikowi, aby dowiedzieć się ciekawych rzeczy :) .Jak zwykle przepiękne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w podróży staram się pieniędzy nie liczyć (głównie jeśli chodzi o atrakcje), bo wiem, że później te kilkanaście wydanych euro przerodzi się w niepowtarzalne wspomnienia. Warto też korzystać z usług przewodników, bo bardzo często są to pasjonaci danego miejsca i mogą nas zaskoczyć wieloma ciekawostkami. A już w ogóle to lubię takie spacery z przewodnikiem w kameralnej grupie, bo mam wtedy wrażenie, jakbym szła na spacer z dobrym kolegą i jest wtedy miejsce na zdjęcia, na pytania i anegdotki związane nie tylko z danym miejscem...
      Ciesze się, że podoba Ci się moja Portugalia. Zdjęcia nie są najlepszej jakości, ale ja i tak je lubię, bo przypominają mi o tamtych pięknych miejscach i chwilach.

      Usuń
  4. Obiecałam soboe że w przyszłym roku odwiedzimy Portugalię. Mam ciągle przed oczyma nasze wojaże po wybrzeżu Algarve, a tam jest jeszcze tyle miejsc do zobaczenia :) Twoje opowiesci tylko podkręcają moja chęć na podróż pontym kraju. Świetny wpis z super miejscami, które muszą trafić na nasz listę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki, żeby plany wypaliły ;) Mam nadzieję, że Wam również spodoba się północna Portugalia.
      Pozdrawiam

      Usuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram