Roweropodróże ~ recenzja reportaży rowerowych

Dzisiaj Światowy Dzień Roweru, więc jest to moment idealny na publikację wpisu, który już od bardzo dawna czeka na swoją kolej. Poza tym dawno nie wspominałam o żadnych reportażach podróżniczych, więc tym bardziej zachęcam Was do zapoznania się najpierw z moją recenzją, a później z samymi reportażami.


Kołem się toczy. Przez Kaukaz i Bliski Wschód

Karola Wernera i jego Kołem się toczy chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Jest to jeden z czołowych polskich bloggerów podróżniczych. Swoją przygodę zaczynał tak jak większość, dość niepewnie, ale z wieloma chęciami. I tak też wyjechał w swoją kilkumiesięczną podróż rowerową na Bliski Wschód. Powstał blog. Powstała książka. Powstał kanał na YouTube, który wciąż prężnie działa i jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć żadnego z filmów Karola, to gorąco zachęcam, bo są naprawdę świetnie zrobione. Potem powstała kolejna książka, która czeka na mnie w Polsce i o której też pewnie jeszcze tutaj napiszę i coś czuję, że w porównaniu z tą, o której dzisiaj Wam opowiem, będzie znaczny progres.

źródło: Lubimy Czytać

Kołem się toczy. Przez Kaukaz i Bliski Wschód to typowa relacja z prywatnej podróży. Jest tam wiele emocji i subiektywnych opinii. Nie ma zbyt wielu informacji historycznych czy ciekawostek związanych z odwiedzanymi miejscami. I właściwie taką literaturę podróżniczą najbardziej lubię, bo nie ma w niej żadnej sztuczności. Karol pisał to, co czuł i jak czuł.

Nie będę ukrywać, językowo można by dużo poprawić. Dodać nieco więcej opisów, bo trochę ta książka wydawała mi się sucha, nawet pomimo tych licznych osobistych spostrzeżeń i odczuć autora. No i chciałabym więcej. Sama podróż nie była długa, ale książka przedstawia ją tak, jakby minęła w zaledwie kilka dni. Tempo było dość szybkie, jak dla mnie trochę za szybkie. Chciałabym pozostać w jednym miejscu nieco dłużej i choć spróbować je poczuć.

Natomiast to co podobało mi się najbardziej, to brak sztuczności i odwaga w mówieniu o porażkach. Każdy kto był w dłuższej podróży zdany tylko na siebie wie, że nie zawsze jest łatwo. Trudniejsze dni i spadek energii zdarzają się każdemu, a podróżowanie nie zawsze jest tak kolorowe, jak to nam przedstawiają w social mediach. Karol nie boi się o tym pisać. Jego podroż z założenia miała być rowerowa, ale niekiedy z braku sił pomagał sobie łapiąc stopa. Czasami nie warto dążyć do celu za wszelką cenę. Czasami trzeba wrzucić na luz i zdradzić własne plany, a potem do nich powrócić ze zdwojoną energią. 

Jednak w tej podróży nie chodziło tylko o rower i zmierzenie się z własnymi słabościami. Byli też ludzie spotkani po drodze. I to właśnie im Karol poświęca najwięcej czasu. Opowiada o tych krótkich spotkaniach z osobami, których prawdopodobnie już nigdy więcej nie zobaczy. W takich wyprawach ten czynnik ludzki jest jednym z najważniejszych. Bo to nie piękne zabytki tworzą miejsce, ale właśnie ludzie. I choć tych spotkań na Bliskim Wschodzie było co nie miara, ja chciałabym więcej. Chciałabym usłyszeć ich historie.

Książka nie była zła. Mniej więcej czegoś takiego się spodziewałam. Niestety muszę przyznać, że ten reportaż niezbyt dobrze się zestarzał. A już w ogóle, gdy sobie go porównam z tym, co Karol robi teraz. Niemniej gdyby nie ta książka, kto wie, czy Karol doszedłby do takiego punktu w jakim jest teraz. 


Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery

Tutaj może mamy nieco mniej znanego w internetach autora, Piotra Strzeżysza, ale równie prężnie podróżującego rowerem przez świat. W książce, o której mowa, zawarte są relacje z trzech podróży Piotra. Pierwsza do Chile, która zakończyła się przedwcześnie ze względu na kontuzję. Druga również w Andy, tym razem zakończona sukcesem. I ostatnia to przejazd rowerem przez Alaskę i Kanadę. 

źródło: Lubimy Czytać

Brzmi naprawdę ciekawie. Nawet tytuł jest dość intrygujący, choć możemy się domyślać o co chodzi z tym makaronem. Wszystkie wyprawy Piotra były niskobudżetowe i żeby przyoszczędzić, najczęściej jadał makaron, który woził razem ze sobą w sakwach. Wątek makaronu pojawia się wielokrotnie na stronach tej książki. Podobnie jak liczne przemyślenia autora dotyczące ludzi i życia.

Ogólnie miałam z tą książki spory problem. Zabrałam się za czytanie już kilka lat temu. Po kilku pierwszych rozdziałach zarzuciłam lekturę. Potem znowu nastał taki moment, że nic lepszego nie miałam pod ręką, więc powróciłam do Makaronu w sakwach, ale i wówczas nie udało mi się tej książki dokończyć. Dopiero przy trzecim podejściu dobrnęłam do końca. Dlaczego tyle czasu mi to zajęło? Chyba głównie dlatego, że Piotr i ja nie mówimy tym samym językiem. Wielokrotnie już samo nastawienie autora do świata zniechęcało mnie do czytania. Obawiam się, że gdybym kiedykolwiek Piotra spotkała na ulicy, rozmowa absolutnie by się nam nie kleiła. 

Nie będę tutaj oceniać postawy autora. Każdy z nas jest inny i to jest super. Każdy też ma prawo do wyrażania własnej opinii i ja lubię słuchać różnych głosów i spoglądać na świat oczami innych, bo to niekiedy pomaga zrozumieć samego siebie. Dlatego w ogóle nie żałuję, że przeczytałam tę książkę. Cieszę się, że Piotr ją napisał i że zrobił to na swój własny sposób. Doceniam. Jednak miałam pewne oczekiwania i te oczekiwania nie zostały spełnione. 

Jak widzę gdzieś reportaże z Ameryki Łacińskiej to świecą mi się oczy. Uwielbiam czytać o tamtych stronach. Sama też bardzo chciałabym tam kiedyś pojechać i zobaczyć tamten świat na własne oczy. Zabrakło mi więc w tej książce opowieści o Andach, opowieści o tambylcach... Piotr wielokrotnie powtarzał, że podczas podróży stronił od ludzi, że wolał być sam. Ja tego nie neguję. Też jestem introwertykiem i wielokrotnie wybieram miejsca odludne, aby lepiej odpocząć. Ale gdy piszemy książkę, którą chcemy puścić w świat, warto napisać coś więcej niż tylko o swoich zmaganiach z trudnościami na drodze. To są fajne treści do pamiętnika, do którego wracamy po latach i wspominamy sobie siebie z dawnych lat. Dla Piotra ta książka na pewno jest takim właśnie pamiętnikiem. Jednak dla mnie to nie do końca było to, co chciałam przeczytać. 

A druga rzecz, która mi utrudniała czytanie to dialogi nie-dialogi. Niby był zapis rozmowy, ale każda wypowiedź konwersacji była nałożona jedna na drugą w jednym akapicie i koniec końców nie było wiadomo, co kto mówił i czy w ogóle mówił, czy może to były tylko domysły autora. Ciężko się to czytało. Czasami było by lepiej, gdyby po prostu streścić ładnie rozmowę, zamiast próbować napisać jej transkrypcję. 

Cóż, troszkę się dzisiaj wyżyłam na tych książkach. Nie oceniam wypraw ani odczuć autorów. Dla obu te wyjazdy były ważne i na pewno wiele zmieniły w ich życiu. Myślę, że dlatego też powstały te książki. I fajnie, bo dzięki nim, uświadamiamy sobie, że każdy może podróżować na swój własny sposób. Każdy w podróży szuka czegoś innego i nie ma w tym nic złego. Ponadto i Piotr, i Karol przypominają nam, że nie ma ideałów, że gorsze dni też się zdarzają i nie ma się czego wstydzić. Co więcej, nie ma na świecie dwóch takich samych osób, a my nie musimy być od razu przyjaciółmi wszystkich wokół. To normalne, że z niektórymi dogadujemy się lepiej, z innymi trochę gorzej. Najważniejsze jednak byśmy mieli do wszystkich szacunek bez względu na ich pochodzenie, status społeczny czy nawet charakter. 

Komentarze

instagram