Dzień 3 - 5: Helsinki


Stolica Finlandii jest ogromnym miastem i zwiedzanie Helsinek na pieszo może zmęczyć, ale zdecydowanie pomaga poczuć klimat tego miasta. I dzisiaj zapraszam Was właśnie na taki spacer bez przewodnika, aby po prostu zatracić się w Helsinkach.


Po ekspresowym zwiedzaniu najstarszej dzielnicy Turku, wróciłyśmy do mieszkania po bagaże i ruszyłyśmy na dworzec autobusowy. Miałyśmy sporo czasu przed odjazdem autobusu do Helsinek, więc w pustym budynku dworca, zrobiłyśmy sobie piknik. A potem siup do autobusu i w drogę do stolicy Finlandii. Podróż trwała niecałe dwie i pół godziny, ale niespecjalnie nam się dłużyło. Niekiedy podczas całej naszej wyprawy te przejazdy z jednego miejsca na drugie, były idealną okazją, żeby po prostu odpocząć. 

Helsinki przywitały nas pięknym słońcem i błękitnym niebem. Czego chcieć więcej? Niestety jak tylko wyszłyśmy na powierzchnię z podziemnego dworca, z moją skórą zetknął się chłodny powiew zimowego już powietrza. Nie wiem, czy wiecie co mam na myśli? Zimą powietrze ma taki specyficzny charakter, jest chłodne i suche, ale jednocześnie przyjemnie orzeźwiające. Trudno to nawet opisać. Zmierzam do tego, iż pomimo stosunkowo wysokiej temperatury, jesień w Finlandii miała dla mnie zapach zimy i chociaż świeciło słońce i przyjemnie ogrzewało twarz, było chłodno, a jednocześnie wcale nie tak źle, jak się tego spodziewałam. Tamtejsza aura tak bardzo zapadła mi w pamięć, chyba dlatego, że od bardzo dawna nie odczuwałam tego typu chłodu. To było moje pierwsze zetknięcie z zimowym klimatem od bardzo, bardzo dawna. Na Majorce powietrze nawet zimą nigdy nie miało takiego zapachu. Ale przecież nie o pogodzie miałam pisać, a o wrażeniach z Helsinek.

Tak jak o Turku mało co wiedziałam przed podróżą, o Helsinkach sporo się słyszało, no bo w końcu jest to stolica Finlandii. Podczas swoich podróży mało kiedy odwiedzam stolice, bo w większości są to ogromne miasta, a jak już pewnie wiecie, ja dużych miast nie lubię. Helsinki wcale nie okazały się wyjątkiem. Nie znaczy to jednak, że nie odnalazłam tam perełek i nie spędziłam miło czasu.

Przed przybyciem do stolicy chyba żadna z nas nie zdawała sobie sprawy z ogromu tego miasta. Bez zastanowienia zdecydowałyśmy się na spacer z dworca do hostelu, który odległy był od centrum jakieś 40 minut. Stwierdziłyśmy, że po dwuipółgodzinnej jeździe przyda nam się trochę ruchu. Ale zapomniałyśmy, że plecaki mało nie ważą. Gdy wreszcie dotarłyśmy pod drzwi hostelu byłyśmy wykończone. Nawet nie protestowałam, żeby na piętro przetransportować się windą; ja, która windy omijam szerokim łukiem. Odległość dała nam nieźle w kość. Jednak gdy teraz to wspominam, cieszę się, że nie wybrałyśmy tramwaju, czy metra; mamy co wspominać :D Poza tym po drodze miałyśmy okazję zobaczyć miasto. 

Helsinki wydały mi się bardzo żywym miastem. Mnóstwo ludzi na ulicach, nie tylko tych śpieszących w ważnych sprawach; bardzo wielu ludzi po prostu spędzało aktywnie wolne popołudnie: spacerowicze, biegacze, rowerzyści. W ogóle stolica Finlandii powinna też być stolicą rowerzystów. Nie byłam w Amsterdamie, ale Helsinki moim skromnym zdaniem mogłyby z nim konkurować w kwestii ilości rowerów. Później też się dowiedziałam, że niestety Helsinki mają złą sławę miasta o najwyższym wskaźniku kradzieży rowerów. 

Idąc w stronę naszego miejsca zakwaterowania na kolejne dwie noce, nie przechodziłyśmy przez ścisłe centrum miasta, ale i tak po drodze minęłyśmy kilka ciekawych budynków. Trafiłyśmy też na rzeźbę z napisem Helsinki. Stawiają je teraz wszędzie. Z jednej strony mam wrażenie, że są nieco kiczowate, ale z drugiej strony i tak fajnie sobie zrobić zdjęcie w takim miejscu, później przynajmniej ma się pamiątkę i dziwne nazwy zagranicznych miejscowości tak szybko nie odchodzą w niepamięć. W pobliżu jest też biblioteka centralna Oodi, o której sporo ciekawostek napisała Magda na swoim Instagramie. My nie wchodziłyśmy do środka - chociaż wciąż jeszcze było daleko do hostelu, plecaki nieźle dawały nam w kość. Ale koniec końców spacer okazał się całkiem przyjemny. Jak na tak duże miasto, jakim są Helsinki, jest tam sporo zieleni i cichych zakątków. 


Wreszcie dotarłyśmy do celu. Hostel Cheap Sleep wybrałyśmy nie ze względu na jego "idealną" lokalizację, ale ze względu na niską cenę i świetne opinie. 13 euro za noc w pokoju trzyosobowym (czyli miałyśmy przestrzeń tylko dla siebie), do tego było tam naprawdę czysto i schludnie i ciepło. O hostelach czyta się różne rzeczy, ale ten był naprawdę na wysokim poziomie. Obsługa w recepcji bardzo miła i pomocna. Nie było też problemu, by po wykwaterowaniu zostawić w przechowalni na kilka chwil bagaże. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam nocować w Helsinkach, Cheap Sleep Hostel mogę jak najbardziej polecić. Nawet odległość od ścisłego centrum miasta w rzeczywistości nie jest dużą przeszkodą, bowiem kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się przystanek tramwajowy, stamtąd bez przesiadek można się dostać do centrum i jeszcze dalej, np. na terminal promowy. 

Ponieważ pora była jeszcze wczesna, odświeżyłyśmy się trochę, a potem ruszyłyśmy na podbój Helsinek. Ponownie na pieszo, ale jest to przecież najlepsza forma zwiedzania. Można się zatrzymać prawie wszędzie i wejść w każdy zaułek. W Helsinkach zrobiłyśmy więcej kilometrów niż gdziekolwiek indziej podczas całej podróży. 

Szczerze mówiąc Helsinki same w sobie nie bardzo mnie interesowały. Pierwotnie nie było ich nawet w planie. Nigdy mnie tam też nie ciągnęło. W ogóle Finlandia nie wydawała mi się specjalnie ciekawa, chociaż po wizycie tam, zmieniłam opinię i chciałabym wiedzieć więcej na jej temat i być może jeszcze kiedyś odwiedzić. Jednakże tuż przed naszym wyjazdem dowiedziałam się, że do Helsinek niedawno przeprowadził się mój erasmusowy przyjaciel, z którym wydawałoby się, że już nigdy więcej nie mielibyśmy się spotkać. I chyba po części właśnie przez niego zaczęłam sprawdzać, czy można by odwrócić naszą trasę, tak by zacząć od Finlandii. W efekcie z naszego popołudniowego i wieczornego spaceru niewiele wiem, są zdjęcia, ale nie przykładałam większej uwagi do mijanych obiektów, więc tym razem nie będę się tutaj bawić w przewodnika. Poza tym żadne miejsce nie przyciągnęło specjalnie mej uwagi, ale być może dlatego, że ja do Helsinek pojechałam w zupełnie innym celu niż zwiedzanie. 

Wyspa Seurasaari

Drugiego dnia w Helsinkach ponownie wybrałyśmy się na spacer. Tym razem ominęłyśmy jednak centralną część miasta. Naszym celem była niewielka wyspa po zachodniej stronie Helsinek. Choć w przewodnikach polecali, aby udać się na wyspę Suomenlinna, gdzie stoi słynna twierdza wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, mnie bardziej ciągnęło na niepozorne Seurasaari. Spędziłyśmy tam praktycznie cały dzień i mam stamtąd mnóstwo zdjęć, więc pozwolę sobie stworzyć na jej temat osobny post. Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze w tym roku :) Ostatnio trudno mi przysiąść do pisania, ale jak już zacznę, idzie mi całkiem nieźle. 

Tamtego dnia pogoda była po prostu przepiękna. Błękitne niebo i piękne słońce. Byłam pod wrażeniem ilości ludzi, jakich spotkałyśmy na wyspie. Tak jakby wszyscy mieszkańcy Helsinek chcieli skorzystać ze słonecznego dnia, bo nie wiadomo, kiedy znów się trafi tak ładny dzień. Zdecydowanie podczas naszego pobytu w Helsinkach na aurę narzekać nie mogłyśmy. 

W drodze powrotnej do hostelu przeszłyśmy jeszcze raz przez ścisłe centrum stolicy zatrzymując się co jakiś czas, żeby zrobić zdjęcie. Łaziłyśmy sobie tak po prostu bez większego celu. Nie było muzeów, odwiedzania kościołów i innych obiektów. Próbowałyśmy jedynie chwytać klimat miasta. I co jak co, ale Finowie zdecydowanie są bardzo aktywnym narodem. Mogłyśmy przysiąść na każdej napotkanej ławce, bo mieszkańcy Helsinek nawet na nie nie spoglądali, jakby nie istniały. Kiedy wygrzewałyśmy się na słońcu, przechodnie patrzyli na nas z pewną dozą zaskoczenia, dlaczego nie uprawiamy żadnego sportu w danej chwili...? Naprawdę tak aktywnego narodu jeszcze nie widziałam. Nie to co my, które potem poszłyśmy najeść się słodkich ciastek... 

Pożegnanie z Finlandią

W piątek po kilkudniowym pobycie w Finlandii, miałyśmy się przetransportować do Estonii. Ale ponieważ nasz prom wypływał dopiero po południu, miałyśmy jeszcze kilka godzin, żeby zobaczyć okolicę, w jakiej mieścił się nas hostel. Okazało się tam być naprawdę przyjemnie pomimo tego, że nie byłyśmy w centrum Helsinek.

Po śniadaniu zostawiłyśmy nasze plecaki w przechowalni bagażu i udałyśmy się na pocztę. Moi rodzice prosili o pocztówkę z Finlandii, więc im wysłałam. Ale nawet sobie nie wyobrażacie ile z tym było zachodu. Kupić pocztówkę w Helsinkach graniczyło z cudem. W ogóle kupienie jakiejkolwiek pamiątki okazało się misją niemożliwą. Wreszcie udało się znaleźć jakieś kartki w takim sklepie typu nasz Empik. Niestety wybór był marny, no ale zawsze coś. Znaczków kupić tam nie można było. Na szczęście tuż obok naszego hostelu stał budynek poczty. I to właśnie tam udałyśmy się w piątkowy poranek, aby wysłać pocztówki. Niestety miejsce to okazało się raczej czymś w rodzaju poczty paczkowej, bo nawet tradycyjnych znaczków nie dało się kupić, a te z maszyny były takimi wielkimi naklejkami na pół zwykłej małej koperty, a ja oczywiście do tych moich pocztówek kopert nie miałam. Tuż obok było niewielkie okienko, przy którym nikogo nie było, ale gdy podeszłyśmy bliżej, zza regałów w tamtym pokoju wyłoniła się starsza pani. Tym razem już wcale nie byłam zdziwiona, kiedy się okazało, że pani po angielsku to nie bardzo potrafi mówić (a niby Finowie z angielskim za pan brat...), mimo to była bardzo uprzejma i chciała pomóc. Znaczków tradycyjnych oczywiście nie miała, ale podarowała mi dwie koperty, bym mogła nakleić te dziwne znaczki z tamtej maszyny. Chciałam jej zapłacić za te koperty, ale nic nie chciała. Niby taka koperta droga nie jest, ale i tak był to miły gest z jej strony. W ogóle wszyscy napotkani Finowie okazali się miłymi i pomocnymi ludźmi, pomimo bariery językowej. 

Wrzuciłam pocztówki do skrzynki i teraz ruszyłyśmy z powrotem w kierunku hostelu, bowiem tuż za rogiem była taka ładna uliczka, która przykuła nasz wzrok już pierwszego dnia, ale nigdy nie miałyśmy sił, żeby się nią przejść, albo po prostu już było za ciemno i tak nic byśmy tam nie zobaczyły. Była to króciutka uliczka, przy której stały takie piękne drewniane kolorowe domy, jak w Raumie. Natomiast na jej końcu wyrastał ogromny głaz, skała, nie wiem, jak to nazwać i widziałyśmy, że na jego szczycie odpoczywali jacyś ludzie. I my się tam wdrapałyśmy. Nie spodziewałam się stamtąd takich widoków. Zaraz po Seurasaari, tamta skała jest moim ulubionym miejscem w Helsinkach. Wcale nie te ogromne zabytkowe budowle w centrum miasta, a taka widokowa skałka gdzieś na obrzeżach. 

Zabrałyśmy nasze bagaże z hostelu i ruszyłyśmy na przystanek tramwajowy. Oczywiście byłyśmy za wcześnie, bo lepiej przyjść szybciej, niż się spóźnić. Na szczęście, jak już wspominałam, pogoda była piękna i można było czekać. I tutaj opowiem Wam kolejną historyjkę, oczywiście związaną z tramwajami w Helsinkach. 

Jeszcze w hostelu zapytałyśmy się, gdzie można kupić bilety na tramwaj; w specjalnej aplikacji oczywiście. Pani nam powiedziała, że kiedyś miała takie zwykłe papierowe, ale już je wyprzedała i w naszym przypadku jedyną opcją był właśnie zakup przez tą aplikację. Musiałyśmy więc ją ściągnąć na telefon specjalnie na jeden przejazd. A bilety kupuje się na określaną trasę i określoną godzinę zanim jeszcze wejdziecie do tramwaju, dlatego też wolałyśmy być na przystanku wcześniej, aby nie stracić tych naszych biletów za 2,80 euro każdy. Ale jak już wsiadłyśmy do tramwaju, spokojnie jechałyśmy przez jakieś 40 minut na przystań promową. Po drodze zdarzyła nam się tylko kontrola biletowa. Nie wiem, z jaką częstotliwością mają miejsce takie kontrole w tramwajach, ale sami przyznajcie, że żeby jechać tramwajem tylko raz i na taką kontrolę trafić, trzeba mieć trochę szczęścia :D

Budynek terminala promowego robi wrażenie. Jest szklany i ma taką dziwną pochyłą bryłę. A z tramwaju się wysiada tuż obok, więc nawet nigdzie daleko nie musiałyśmy chodzić z tymi naszymi plecakami. W środku odebrałyśmy nasze karty pokładowe na podstawie rezerwacji i dokumentu podróży i potem już długo nie musiałyśmy czekać, jak wsiadałyśmy na prom do Tallina i żegnałyśmy się z Finlandią. 

CDN

Komentarze

  1. Julcia to teraz musisz zobaczyć Oslo. Myślę że bardziej Ci się spodoba. Oslo jedt bardziej zielone mimo sporej ilości wysokich już budynków. Na mnie czekają Helsinki, Stockholm i Kopenhaga... Marzą mi sie te srolice Skandynawi... Moze kiedyś sie uda...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak na razie to ja odwiedziłam tylko jedną ze wszystkich skandynawskich stolic, Helsinki właśnie i też tam jest zielono, o ile wie się, gdzie szukać ;) Do Oslo też pewnie kiedyś zawitam, bo z Gdańska mam bezpośrednie loty, więc warto by skorzystać :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram