16 listopada 2013

Z plecakiem w Bieszczadach: Gdzie są granice ludzkiej wytrwałości?

W tegoroczne wakacje wybrałam się bardzo spontanicznie w Bieszczady. Nie są to góry, jakie do tej pory znałam. Nie mają ostrych szczytów. Skał, o które można się potknąć. I przede wszystkim nie ma tam tłumów przepychających się szlakiem. Jest spokojnie. Cicho. Dziewiczo. A dookoła las. Prawie jak na Kaszubach. Tylko, że tam pagórki były znacznie wyższe i trudniejsze do zdobycia. Tym bardziej, kiedy masz na plecach 15-kilogramowy plecak. 


Kiedy rodzina dowiedziała się o moich planach, zaczęli mi odradzać. Stwierdzili, że nie dam rady, chociażby dlatego, że nigdy wcześniej nie byłam na podobnej wyprawie. Ale przecież kiedyś musi być ten pierwszy raz. I tak, na początku lipca wsiadłyśmy z koleżanką do pociągu i ruszyłyśmy w kierunku Przemyśla. 

Kiedy po długiej podróży wysiadłyśmy z pociągu, naszły nas wątpliwości. Na dworze panował skwar. Było bardzo duszno. Kilka kroków z plecakiem na grzbiecie i już się z nas lało. Ale skoro dotarłyśmy na drugi koniec Polski, nie mogłyśmy zrezygnować. Wytrwale czekałyśmy na kolejne autobusy, by dotrzeć do Ustrzyk Górnych. Ale nie obyło się bez przeszkód: w Ustrzykach Dolnych okazało się, że autobus, którym planowałyśmy jechać dalej, w wakacje nie kursuje. Na dodatek mapa nam się porwała. A po kilkugodzinnym oczekiwaniu na transport, w drodze do celu złapała nas burza. Pokrzyżowała nam wszystkie plany. Byłyśmy zmuszone opóźnić pierwsze wyjście w góry i spędzić noc w schronisku. 


Rano, pełne energii, wyszłyśmy w trasę. Po błocie, w towarzystwie okropnej wilgoci (momentami wydawało mi się, że jesteśmy w Amazonii) wspinałyśmy się na szczyt. 


Po kilku godzinach udało nam się osiągnąć zamierzony cel. Szkoda tylko, że widoki nie były do końca takie, jak sobie wyobrażałyśmy. Nad szczytami unosiła się jeszcze mgła.  Ale mimo wszystko, było pięknie. Zupełnie inaczej niż w Tatrach, czy Sudetach. I muszę przyznać, że podobała mi się ta odmienność. 




Niestety nie mam zbyt wielu zdjęć z tej wyprawy. Na trasie człowiek myślał tylko o tym, by dotrzeć już na szczyt. A na górze rozpierała nas radość, że po raz kolejny nam się udało. To nie była wycieczka krajoznawcza. To była wędrówka, która udowodniła, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jeśli się czegoś bardzo chce, to wszystko się uda. 

Teraz mogę powiedzieć, że nie żałuję. Choć były chwile słabości i zwątpienia, udało się. A ja mam plan, by w przyszłym roku znów spróbować. 

12 komentarzy:

  1. Gratuluję spontaniczności. Takie wyjazdy są najwspanialsze i długo się je wspomina. Nie ważna jest ilość zdjęć lecz ich jakość. Twoje są bardzo piękne, tak jak Bieszczady.
    Serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. O rany - Bieszczady to góry o których marzę, bo jeszcze nigdy tam nie byłam! czekam na nie z niecierpliwością!!! :)) zazdroszczę wyprawy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. spontaniczne wyprawy są najlepsze:) a Bieszczady są piękne...jak ja dawno tam nie byłam...z 10 lat będzie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety nie byłam nigdy w tamtych stronach...Z mojej Bydgoszczy zawsze było mi do Bieszczad tak daleko. Teraz, gdy mieszkam w Hiszpanii jest mi już w ogóle nie po drodze, niestety :( Miło było przenieść się tam dzięki Twojemu wpisowi. Mam jednak nadzieję, że w niedługim czasie uda mi się tam jednak dotrzeć!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja, z okolic Trójmiasta, też nie miałam zbyt blisko w Bieszczady, ale odległość to nie przeszkoda. Wierzę, że nawet z Hiszpanii uda ci się dotrzeć w to niezwykłe miejsce.

      Usuń
  5. Właśnie takie pokonywanie swoich słabości i przeciwności losu w podróży daje największą satysfakcję. Że wiesz, że pomimo wszystko udało się! W przyszłym roku jedź koniecznie, a tym, którzy będą odradzać, pokaż na co Cię stać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za motywacje. Takie słowa naprawdę pomagają.

      Usuń
  6. Bieszczady często są niedoceniane, bo takie pagórki, bez wielkich liczb itp., a na dodatek położone w takim miejscu, że większość z nas ma tam dość daleko i nie wszystkim chce się ruszyć. Kiedyś hipisi ciągnęli do tego miejsca, właśnie przez to, że odludne, dziewicze. Ja tam lubię Bieszczady. Miasteczka też mają sporo zabytków, które warto odwiedzić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama wcześniej należałam do grupy osób, które nie doceniają tych gór. Ale mimo to wybrałam się tam i nie żałuję. To było fantastyczne przeżycie.

      Usuń
  7. Najlepsze jest takie przysłowiowe rzucenie się 'na głęboką wodę'. Ja w wakacje wybrałam się na pielgrzymkę do Częstochowy. To nic, że zazwyczaj idąc na zakupy po pięciu sklepach bolały mnie nogi i kręgosłup. A tu 9 dni (260 km około) z plecakiem z noclegami nieraz w stodołach. Dałam radę i bardzo mi to pomogło uwierzyć w swoje możliwości. A nikt nawet nie przypuszczał, że mi się uda dotrzeć do celu. Chyba nawet ja do końca w to nie wierzyłam...

    OdpowiedzUsuń
  8. Bieszczady są cudne! I naprawdę warto podjąć wysiłek, żeby dotrzeć na szczyt. gratuluję motywacji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje pierwsze wrażenie odnośnie Bieszczadów: Jak na Kaszubach, tylko pagórki ciut większe ;)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)