9 maja 2016

Rowerem po Półwyspie Helskim

Półwysep, a raczej Mierzeja Helska jest znana wszystkim turystom, a przynajmniej polskim. Toczą się o nią spory. Czy jest początkiem, czy może końcem Polski. Dla mnie początkiem, bo wywodzę się z Pomorza i końcem Polski od zawsze były dla mnie góry. Cóż, trzeba przyznać, że obszar ten budzi duże emocje. Szczególnie latem, kiedy rzesze turystów jadą na urlop do któregoś z kurortów położonych na tym wąskim pasie ziemi. Korki tworzą się ogromne. Przez co, dla niektórych Hel okazuje się znienawidzoną destynacją turystyczną. Jest jednak na to rada. Warto się tam wybrać pociągiem. Przynajmniej bez korków. Albo bardziej niezależnie - rowerem. Dwa kółka były tym razem i moim wyborem. Zapraszam zatem na relację i garść informacji praktycznych, jak taki wyjazd bez bólu zorganizować.


Rowerem objechałam już wszystkie najbliższe okolice, więc przyszła pora na trochę dalszą eskapadę. Hel już od jakiegoś czasu był takim moim małym marzeniem. Ścieżka rowerowa ciągnąca się wzdłuż całego półwyspu naprawdę zachęca. Prosta droga też raczej przyciąga. Ogólnie trasa niewymagająca, więc dlaczego by nie spróbować? Spróbowałam, 40 km wzdłuż Zatoki Puckiej i Bałtyku przejechałam i teraz mogę się wymądrzać :D

Ogólny plan zakładał, by zrobić kółko wokół Zatoki z wykorzystaniem różnych środków lokomocji. Punktem początkowym i jednocześnie końcowym miała być Gdynia. Ale najpierw musiałam się tam jakoś dostać.


Do Gdyni dotarłam pociągiem relacji Kościerzyna - Gdynia, do którego zapakowałam się razem z rowerem o godzinie 7:48 w Kiełpinie. Na miejscu z dworca PKP udałam się na nabrzeże portowe, by kupić bilety na katamaran płynący do Helu. Koszt takiego rejsu do najtańszych nie należy, ale raz w życiu można sobie pozwolić. 

Tanie Linie Żeglugowe (nazwa niezbyt adekwatna do cen, ale cóż...)

Gdynia - Hel / Hel - Gdynia

bilet normalny 30zł
bilet ulgowy 25zł
rower 5zł

Żegnamy Sea Towers

Żegnamy również Skwer Kościuszki

Planowo odbicie od brzegu miało nastąpić o 10:00, niestety bez opóźnień chyba obejść się nie mogło i wypłynęliśmy jakiś kwadrans później. Rejs mija spokojnie. Na początku kapitan wita wszystkich podróżnych i pokrótce opowiada o gdyńskim porcie, o statkach, które do niego przypływają i o tych, które gdzieś w dali na zatoce cumują czekając na towar, który mogłyby przetransportować. Z brzegu ich nie dostrzeżecie, ale statków towarowych naprawdę sporo jest na zatoce. Zakotwiczone stoją bezczynnie. Zastanawia się tylko, czy przebywa na nich jakaś załoga, czy są pozostawione tak samopas?




Do portu w Helu dopływamy ok. 11:30. W porcie tłoczno. Rodziny z dziećmi, jakieś pary, grupy znajomych. Nie da się ukryć, że majówka już trwa. Ludzie schodząc na ląd chyba nie bardzo wiedzą, co mają ze sobą zrobić i kręcą się w kółko tamując przejściem tym, którzy dokładnie wiedzą, w którą stronę chcą się udać. 

Odbieramy szybciutko rowery. Swoją drogą zdziwiło mnie, że w żaden sposób ich nie oznakowano zabierając na pokład. Niby nie było ich dużo, ale sam fakt. Każdy swobodnie mógłby sobie przywłaszczyć cudzy rower.

Przedzieramy się przez tłumny port i wreszcie wyjeżdżamy na ścieżkę rowerową, która prowadzi prosto przez cały półwysep i Władysławowo aż do Pucka.

Cypel helski

Przez Hel prowadzi ładna nowiutka brukowana ścieżka. Dopiero za miastem zamienia się w coś w rodzaju leśnej ścieżki. Kolejne 8 kilometrów koła roweru mierzą się z pagórkami, a to przysypanymi igliwiem, a to pokrytymi skruszonym już betonem. Jest wąsko, ale nie ma najmniejszych problemów, by minęły się dwa rowery. Jedzie się całkiem przyjemnie. Czuć zapach lasu. Samochodów prawie nie ma (jeszcze), więc można się delektować nadmorskim spokojem. Tylko te betonowe odcinki jakoś nie przypadły mi do gustu. Trzęsło niemiłosiernie.

Potem wyjeżdżamy już na unowocześnioną ścieżkę, która raz węższa, raz szersza biegnie do samego Władysławowa. Tutaj też zaczyna się robić większy tłum. Nie tylko rowerzystów, ale również i pieszych, którzy nie zawsze przestrzegają znaków i bez skrupułów spacerują po ścieżce rowerowej. Na szczęście nie było ich na tyle dużo, by było to w jakiś sposób uciążliwe i przeszkadzało płynnej jeździe.

Kuźnica

W pewnym momencie, jeśli dobrze pamiętam, to gdzieś w Jastarni, ścieżka przeniosła się na drugą stronę ulicy i dalej ciągnęła się już wzdłuż Zatoki Puckiej. Momentami naprawdę blisko. Tak, że nieostrożny rowerzysta spokojnie mógłby sobie wjechać do wody i udawać, że pływa na rowerku wodnym. To był naprawdę przyjemny odcinek. Tym bardziej, że woda miała taki piękny, niemalże lazurowy kolor.

Ale ja chciałabym też tak jechać wzdłuż brzegu morza. Bo, wiecie, dla mnie zatoka, to nie jest morze. Trójmiasto i wszystkie miejscowości położone nad zatoką, to nie są nadmorskie miejscowości. Jak mówię, że jadę nad morze, to znaczy, że jadę nad otwarte morze, nad Bałtyk. Tak naprawdę ścieżka ta prowadzi wzdłuż morza, tylko że go z niej nie widać, bo jest tam po drugiej stronie ulicy, za pasem lasu, za tą górką. Dlatego też jedyny przystanek na trasie zaplanowałyśmy zrobić właśnie na plaży po drugiej stronie ulicy, a nie na ławeczce z widokiem na przejrzystą wodę zatoki.

Zatrzymałyśmy się zaraz za Kuźnicą. Jakimś cudem udało nam się przekroczyć ulicę, bo o tej porze samochody jechały już jednym ciągiem i to w obie strony. Przekroczyłyśmy też tory kolejowe i wreszcie wciągnęłyśmy rowery na plażę.

Ludzi prawie żadnych. Szum morza. Cichy wietrzyk. I słońce. Nic tylko się opalać. Ale najpierw lepiej się ciepło ubrać. Było potwornie zimno. Bez rękawiczek moje dłonie zamarzłyby na kość. Ale byli i tacy, których chłód nie odstraszył i dzielnie zażywali kąpieli słonecznej. Szaleńców w kąpieli wodnej nie zarejestrowałam :D

Kuźnica

Po godzinnym plażowania ruszamy w dalszą drogę. Do Władysławowa już bliziutko, a na trasie robi się coraz tłumniej. Półwysep jest naprawdę popularny wśród turystów.

Około w pół do czwartej docieramy do Władysławowa. Zjeżdżamy z głównej drogi i kluczymy wśród miejskich uliczek w poszukiwaniu dworca. Idziemy sprawdzić rozkład. Okazuje się, że za jakieś pół godziny z Helu będzie wracać pociąg prosto do Gdyni. Nie zastanawiamy się długo i kupujemy bilety. Paradoksalnie, za bilet dla roweru trzeba było zapłacić więcej niż za siebie. Cóż, rowery zniżek studenckich nie mają :D

W oczekiwaniu na pociąg robimy jeszcze jakieś małe zakupy prowiantu na drogę powrotną i wracamy na dworzec. Siadamy sobie w promieniach słońca na peronie i czekamy. A w międzyczasie próbujemy ogarnąć transport do domu z Trójmiasta, co okazuje się mission impossible. Ostatecznie jesteśmy zmuszone koczować przez jakieś półtorej godziny na gdyńskim dworcu, ale najpierw musimy jeszcze swoje odczekać we Władysławowie, bo jak to w przypadku polskich kolei bywa, bez opóźnień się nie obejdzie.

Dworzec PKP we Władysławowie

Spóźniony pociąg wreszcie wjeżdża na stację. Ociężale otwierają się drzwi, a w środku... nie ma gdzie igły wcisnąć. Pan konduktor nas wystraszył, że rowerów nie zmieścimy i nas nie wpuści. Jak to? Przecież kupiłyśmy bilety na rowery? Musi być miejsce. Ale w Polsce wszystko jest możliwe.

Ostatecznie jakoś udaje nam się wcisnąć. I jeszcze kilku rowerom. Jest ciasno. No, cóż, takie uroki podróżowania Regio w trakcie długich weekendów i przy tak ładnej pogodzie. Ale to jeszcze nic. W Pucku wsiada kolejna grupa rowerzystów. Ścisk totalny. Pomijając jednak te wszystkie niedogodności, jednego nie potrafię zrozumieć. Kupuje się bilet na rower, ale nie ma gwarancji, że będzie na niego miejsce w pociągu. W tamtym składzie było 6 miejsc rowerowych, a rowerów jechało łącznie 9. Czy naprawdę niemożliwym jest jakoś lepiej to zorganizować?

Wreszcie wysiadamy w Gdyni i mamy c h w i l k ę, żeby trochę odpocząć przed dalszą podróżą. Ostatecznie po 12 godzinach w drodze docieramy do punktu wyjścia.

Wypad zaliczam do udanych, aczkolwiek nie obyło się bez jakichś małych problemów. Najtrudniejsze w całej wyprawie były przejazdy pociągami. Była to najmniej przyjemna część podróży. Ale to zapewne za sprawą długiego weekendu, który ściągnął na półwysep naprawdę sporo ludzi. Aczkolwiek śmiem twierdzić, że i w okresie wakacyjnym może wyglądać to podobnie, więc gdybyśmy chcieli wybrać się moim śladem, weźcie to pod uwagę. I drugą niedogodnością, w moim odczuciu, były samochody, które nieprzerwanie sunęły obok ścieżki. Nie mam nic przeciwko samochodom, bo sama dużo jeżdżę. Tutaj chodzi o usytuowanie ścieżki rowerowej. Z braku miejsca, nie ma możliwości, by ja odsunąć od ulicy, więc już nic na to nie poradzimy. Trzeba się liczyć z tym, że przejażdżka przez Mierzeję Helską nie będzie jazdą spokojną w towarzystwie szumu fal.

Mogę jeszcze tylko dodać, że poszczególne miejscowości, przez które przejeżdżałyśmy, oferują jakieś atrakcje turystyczne, więc warto czasem gdzieś się zatrzymać. Sporo tego jest w Helu, więc polecam zostać tam trochę dłużej, żeby poznać miasteczko. Poza tym każda nadmorska miejscowość ma ten niepowtarzalny klimat, z którym również przyjemnie jest się zetknąć.




Na koniec jeszcze podsumowanie kosztów:
  • bilet na pociąg Kiełpino - Gdynia (tam i z powrotem): 2x3,97zł
  • bilet na prom Gdynia - Hel: 25zł + 5zł (rower)
  • bilet na pociąg Władysławowo - Gdynia: 5,73zł + 7zł (rower)
  • toaleta: 2x2,50zł
  • małe zakupy spożywcze: 9,63zł
RAZEM: 65,30zł 

*w ceny wszystkich biletów wliczona jest ulga studencka

Podobną wartość osiągnęłam na liczniku rowerowym - 64,5km. Z czego 18km to moja trasa z domu na pociąg i z powrotem. Cały Półwysep, jak już wspomniałam na samym początku, to jakieś 40km.

Gorąco pozdrawiam tych, którzy przebrnęli przez cały tekst :) I równie gorąco tych, którzy tylko na zdjęciach zawiesili oko :)

13 komentarzy:

  1. No właśnie....te samochody. i koło mnie jest ścieżka biegnąca obok szosy. Po kilkunastu kilometrach pęka mi głowa od hałasu, a to nie o to przecież chodzi.
    Ciekawa jestem czy na Helu nie wieje za mocno?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego ja preferuję takie połączenie jak rower i las :)
      Jak to nad morzem, różnie z tym wiatrem bywa. Tym razem wiało tylko trochę, ale dzięki temu słońce tak nie dokuczało.

      Usuń
  2. Ja sie nie moge napatrzec na takie morskie widoki i w sumie nie wazne czy zatokowe czy nie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chyba jednak wolę morze, bo jakoś z zatoką mam niezbyt przyjemne powonieniowo wspomnienia :D

      Usuń
  3. Gdzie jak gdzie ale rowerem po helu to czysta radocha!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze gdyby nie te samochody, to byłoby naprawdę super :)

      Usuń
  4. Uwielbiam Hel :)! Bardzo przyjemne zdjęcia. To prawda, rejs jest kosmicznie drogi, ale jak mówisz - raz można sobie pozwolić. Planuję to zrobić w tym roku, zobaczymy, czy się uda :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Im szybciej, tym lepiej ;) Bo bilety mogą jeszcze bardziej podrożeć. Już jakiś czas temu planowałam taki wypad i wówczas bilet ulgowy kosztował 22zł. Niestety wtedy nie wyszło. A dzisiaj bilety już są droższe.

      Usuń
  5. Podziwiam Cie za tę rowerową wyprawę po Helu :) Ja tam byłam tylko samochodem ;) Leniwiec ze mnie ;)
    Pozdrawiam ciepło! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rowerem po Helu nawet Leniwce dadzą radę ;)

      Usuń
  6. Pomimo drobnych niedogodności ( np. w PKP ) i tak uważam, że było warto a przemierzanie półwyspu helskiego na dwóch kółkach musi być nie lada przyjemnością. Świat widziany z perspektywy siodełka ma całkiem inny (lepszy) wymiar a w moim ukochanym Trójmieście to już w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo lubię oglądać świat jadąc na rowerze. Zupełnie inaczej wygląda. Jedynym minusem jest trudność w robieniu zdjęć.

      Usuń
  7. Świetna wyprawa. Cudowne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)