6 listopada 2016

Z plecakiem w Bieszczadach ~ druga szansa

Trzy lata temu po raz pierwszy wybrałam się wraz z koleżanką na wyprawę po górach. Bez konkretnego planu. Z całym dobytkiem na plecach. Wiedziałyśmy tylko skąd wyruszamy i dokąd zmierzamy. Reszta miała wykalkulować się po drodze. Rok później wybrałyśmy się po raz drugi. Poszło znacznie lepiej, choć nie obyło się bez problemów. W 2015 z racji, że obie byłyśmy trochę zajęte studiami, jakoś nie znalazłyśmy czasu na góry. Ale w tym roku ponownie pojechałyśmy na południe Polski, by włóczyć się górskimi szlakami. Po raz drugi w Bieszczady. 


Pamiętacie, ostatnio planowałyśmy Bieszczady, a wyszły Karkonosze. W tym roku natomiast miałam ochotę na Beskidy. Nigdy nie byłam w tych górach, więc koniecznie chciałam je zobaczyć. Ale już od samego początku wszystko było przeciw. W trójmieście ciężko o mapę Beskidów. W końcu coś się znalazło. Posiłkując się jeszcze internetowymi mapami szlaków, zaczęłyśmy obmyślać trasę. Co się okazało? Bez namiotu nie damy rady, a namiotu brać nie chciałyśmy. No to może Tatry? Okazuje się, że jeśli nie ma się rezerwacji w schronisku, to nawet zbłąkanego wędrowca na glebę nie przyjmą. Więc Tatry w tym roku również odpadają. Może więc wrócić w Karkonosze i poznać ich czeskie oblicze? Kupujemy bilety na pociąg do Wrocławia. Albo raczej próbujemy kupić, bo okazuje się, że w tym terminie, na tej trasie nie ma miejsc siedzących. Nie będziemy aż tak ryzykować. Bo droga 10-godzinna. Są natomiast do Krakowa. Kupujemy. Pieniny czy Bieszczady? Nie mamy mapy Pienin, a Bieszczad owszem. Poza tym może spróbować jeszcze raz z tymi Bieszczadami? Druga szansa. 


I w taki oto sposób ponownie wylądowałyśmy w Ustrzykach Górnych. Czas poszukać noclegu. Skierowałyśmy się więc w stronę schroniska Kremenaros, gdzie spałyśmy też poprzednim razem. Okazuje się jednak, że brakuje wolnych miejsc. Zaproponowano nam zapytać się o nocleg w hotelu górskim. Idziemy tam trochę zniechęcone. Bo co zrobimy, jak się okaże, że i tam nie będziemy mogły przenocować? Na szczęście dostajemy całkiem przyzwoity pokoik w domku campingowym. 


Rozpakowujemy najpotrzebniejsze rzeczy i ogarniamy się po długiej podróży. A potem nadchodzi czas na zaplanowanie wędrówki na następny dzień. Oglądamy mapę wzdłuż i wszerz. Od przodu i od tyłu. Nawet do góry nogami. Wreszcie dochodzimy do wniosku, że musimy przedłużyć pobyt w Ustrzykach o jeszcze jedną noc. I to jest kolejny problem. Bowiem w hotelu wszystkie miejsca są już zarezerwowane. Pech, że też musiałyśmy przyjechać na sam początek weekendu. Nie poddajemy się jednak. Szukamy na prywatnych kwaterach. 

Pół wieczora chodziłyśmy od drzwi do drzwi. Albo brak miejsc, albo mamy zadzwonić następnego dnia rano. A my musimy wiedzieć teraz, bo inaczej po prostu będziemy zmuszone zmienić trasę. Ale szczęście nam sprzyja. Znajdujemy pokoik na jedną noc. I to jaki komfortowy. Pewnie pierwszy i ostatni raz będziemy spać w takich warunkach podczas tej podróży.


Z resztą przez cały wyjazd miałyśmy więcej szczęścia niż rozumu. Pierwszego dnia wędrówki, po zejściu ze szlaku planowałyśmy dojechać z powrotem do Ustrzyk busem. Podchodzimy pod słupek, który robił za przystanek i okazuje się, że autobus odjechał nam przed jakąś minutą. Wkurzyć by się można. Idziemy więc z buta. Powoli pod górę, asfaltem. I wtedy zatrzymuje się bus, który w dodatku jedzie w przeciwną stronę. Kierowca sam się pyta, dokąd idziemy i czy nas nie podwieźć. Wiadomo, chciał zarobić, ale my i tak planowałyśmy jechać autobusem, więc właściwie nic nie traciłyśmy. Szczęście.

Następnego dnia, po zejściu do schroniska, od razu pytamy o nocleg. Co się okazuje? Akurat mają 2 ostatnie miejsca w pokoju wieloosobowym. Szczęście.

W kolejnym schronisku też miałyśmy fuksa z noclegiem. Miejsc akurat było dosyć, ale bierzemy łóżka w wieloosobowym, żeby było taniej. A potem okazuje się, że musimy się przenieść, bo przybędzie cała grupa, która chciałaby zająć ten pokój. Dostajemy 3-osobowy w cenie wieloosobowego. Szczęście.


A droga powrotna do domu... Szaleństwo. Bus, którym miałyśmy się dostać bezpośrednio z Cisnej do Krakowa, podjeżdża na przystanek wypchany po brzegi. Więcej pasażerów nie pomieści. Jedziemy więc lokalnym autobusem do Sanoka, a stamtąd do Krakowa już jakoś pójdzie. W Sanoku byłyśmy może minutę. Jak tylko wysiadłyśmy z autobusu, z dwoma dziewczynami poznanymi w Cisnej, biegniemy szybko na drugą stronę ulicy, gdzie stoi bus do Krakowa, który ma zaraz odjechać. Będą miejsca? Są. Tylko 4. Akurat dla nas. Szczęście.


Nie rozumiem tylko, dlaczego jeszcze nic nie wygrałam, skoro mam takie szczęście? A żeby nie było wątpliwości - biorę udział w konkursach, próbuję i nadal nic.

I jeszcze tak na dobry początek, napiszę jak mój portfel wspomina tę wyprawę:

Transport: 187 zł
Noclegi: 181 zł
Jedzenie: 144 zł 
Inne: 15 zł
RAZEM: 527 zł

Oczywiście można by wydać mniej. Dojechać i wrócić można autostopem. Spać pod namiotem. A jedzenie zabrać z domu i nie obżerać się naleśnikami z jagodami i pierogami z kapustą, nie wspominając o grzanym piwie. Ale przecież nie zawsze trzeba robić wszystko jak najmniejszym kosztem.

Tyle na wstępie. W kolejnych postach więcej o samych wędrówkach po górach i moich wrażeniach. Czy Bieszczady wykorzystały drugą szansę, jaką im dałam i udało im się mnie do siebie przekonać?

12 komentarzy:

  1. Plecaczek niczego sobie, ale łóżko mistrzostwo świata. Że też to się jeszcze trzyma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łóżko genialne. Wbrew pozorom bardzo stabilne. Spało się trochę jak w hamaku. Najlepsze łóżko z całej tej wyprawy :)

      Usuń
    2. Podpinam się - łóżko mnie totalnie rozbroiło :) Spałam w róznych warunkach, ale na takim łózeczku hamaczku jeszcze nie. I powiem Ci, że chętnie bym spróbowała, tyle, że z małym dzieckiem byłoby ciężko ;)
      Podrawiam!

      Usuń
    3. Nawet bez dziecka nie było tak łatwo :D Trochę zjeżdżałam w dół, bo było ułożone pod niewielkim nachyleniem, ale i tak miło wspominam tamtą noc :)

      Usuń
  2. Fajna wycieczka, a Bieszczady uwielbiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Brawa dla brawurowych dziewczyn ;).
    Wszystkie mapy Compassu i Gallileosu kupisz przez internet a odbierzesz w Matrasie (korzystne ceny), w razie problemów pisz do mnie, postaram się na lokalnym rynku znaleźć.
    Faktycznie wariatom Pań Bóg sprzyja, bo w sezonie trafić miejsce w Bieszczadach (poza pensjonatami dla nowobogackich) to fart nielichy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za informacje. Następnym razem będę wiedziała do kogo się zgłosić :) No, ale koniec końców i tak skorzystałyśmy z map, które już wcześniej miałyśmy.
      Jak się chce, to można wszystko ;)

      Usuń
  4. Fajna wycieczka. A łóżko no ... niezwykłe.

    OdpowiedzUsuń
  5. O rety i jak tanio Ci wyszło.
    Serio jestem pod wrażeniem bo ja ostatnio za tydzień w Zakopcu wydałam jakieś 1000 złoty mega masakra :)
    A tu jak się chcę można.
    Będe śledzić gdyż kocham wycieczki po Polsce i cieszę się że cię odnalazłam.
    Nie wiem czy mnie pamiętasz prowadziłam kiedyś bloga jakiego czytałaś i znów wróciłam do pisania.

    [www.pokochac-lotra.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tatry mimo wszystko są droższe niż Bieszczady.
      Pamiętam. Chętnie bym wróciła do czytania, do pisania opowiadań w sumie też, niestety na wszystko nie ma czasu.

      Usuń
  6. Fantastyczna, pełna wrażeń wycieczka.
    Twoja relacja jak zwykle fantastyczna.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Łóżko wymiata! W Bieszczady to by się chciało bez końca wracać:)

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)