Barcelona w jeden dzień


Jeszcze kilka lat temu o Barcelonie tylko czytałam. Zachwycałam się opisami architektury i podziwiałam ją na zdjęciach. Próbowałam sobie wyobrazić zapachy, smaki i ogólnie życie w tym niesamowitym (jak pisało wielu) mieście. Ale spotykałam się też z negatywnymi opiniami na temat Barcelony i kiedy miałam już kupiony bilet, zaczęłam się bać, że może jednak ta osławiona Barcelona nie jest taka, jak ją sobie wyobrażałam. Jednak skoro już miałam bilet kupiony, nocleg zabukowany i dalsze plany porobione, stwierdziłam, że muszę się przekonać na własnej skórze, czy się w Barcelonie zakocham, czy ją znienawidzę.



Wszystko zaczęło się od tego, że postanowiłam wrócić na Majorkę. Jako że z lotami bezpośrednimi z Gdańska jest naprawdę ciężko, postanowiłam najpierw polecieć do Reus (lotnisko, które linie lotnicze oznaczają jako Barcelona) a potem z Barcelony (już z tej właściwej) na Majorkę. Do Reus dotarłam wieczorem. Tam miałam zarezerwowany nocleg na dwie doby. Pierwszego dnia - wieczoru już nic nie robiłam, natomiast kolejnego dnia (sobota) pojechałam pociągiem do Barcelony (ok. 20 euro w dwie strony). A już w niedzielę po południu miałam lot na Majorkę, tak więc zarezerwowałam sobie raptem jeden dzień na zwiedzanie miasta Gaudiego. Czy da się w tym czasie zobaczyć wszystko? Uważam, że to co najważniejsze, udało mi się zaliczyć. Co prawda nie od podszewki, ale na razie wystarczyło, by się przekonać, że Barcelona jest miastem wyjątkowym.




Do Barcelony przyjechałam pociągiem bezpośrednim z Reus. Swój spacer po mieście rozpoczęłam w samym centrum, na stacji Barcelona Passeig de Gracia. Wyobraźcie sobie, że wychodzicie na zewnątrz, czujecie lekki powiew letniego wiatru i pierwsze co widzicie, to barwna fasada Casa Batlló. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nikt na nią nie zwraca uwagi. Ludzie spacerują albo gdzieś się spieszą, kierowcy samochodów na kogoś trąbią, a wy sobie stoicie na skraju chodnika i podziwiacie budynek projektu Gaudiego, który stoi po drugiej stronie ulicy. I dopiero po chwili zauważacie tłum i formującą się kolejkę przed wejście do Casa Batlló. Tak więc moje pierwsze wrażenie z Barcelony to zaskoczenie. Zaskoczenie jej spokojem.



Następnym punktem była Casa Milà (La Pedrera - Kamieniołom) położona całkiem niedaleko. Ta już nie robi takiego wrażenia jak barwna Casa Batlló, ale nadal przykuwa wzrok przechodniów swoim falistym kształtem i faktycznie można ją skojarzyć z kamieniołomem. Stamtąd ruszyłam już prawie prosto w stronę największego zabytku w Barcelonie, który cały czas jest w budowie, tj. Sagrada Familia. Do tej majestatycznej budowli dotarłam od tyłu, więc nie wpadłam w samo centrum rozbuchanego tłumu, co poskutkowało kolejnym miłym zaskoczeniem i zdałam sobie sprawę, że choć Barcelona jest jednym z najbardziej turystycznych miast w całej Europie, nawet przy największych atrakcjach można się poczuć tak jak by się było z nimi sam na sam. Dzięki uprzejmości grupy Japończyków, narodu, który jest mistrzem fotografii, mam stamtąd jedno zdjęcie na którym jestem ja. Minusem samotnych podróży jest to, że nie ma się żadnych zdjęć ze sobą, chyba, że akurat natkniesz się na Japończyków, albo zrobisz sobie selfie, na którym wyglądasz fatalnie (więc ja zazwyczaj odpuszczam sobie selfie).





Sagradę obeszłam dookoła. Im bliżej wejścia, tym więcej ludzi. Ale wystarczy odejść troszkę dalej, np. do pobliskiego parku, skąd widok na świątynię jest znacznie lepszy niż spod jej stóp, i w całkiem spokojnej atmosferze można sobie tam zjeść śniadanie z widokiem. Pomimo tego, że miałam tylko jeden dzień na zwiedzenie Barcelony, nie spieszyłam się. Co jakiś czas robiłam sobie dłuższe postoje przy jakimś obiekcie a i tak udało mi się sporo zobaczyć.



Kolejnym obiektem na mojej mapie był Łuk Triumfalny i Park de la Ciudadela, skąd ruszyłam wzdłuż portu w stronę kolumny Kolumba a potem na podbój Dzielnicy Gotyckiej, którą tak bardzo wszyscy się zachwycali, a ja jakoś nie poczułam klimatu. Chciałam tam zjeść lunch w barze, o którym czytałam same pozytywne recenzje i chyba były prawdziwe, bo do baru kolejka czekała aż na zewnątrz, więc sobie odpuściłam i zjadłam, mam nadzieję, równie smaczną, kanapkę z tuńczykiem.








Po tym, jak już kilkanaście razy zgubiłam się klucząc uliczkami Barrio Gótico, udałam się w stronę  Montjuïc i myślałam, że wspiąć się na szczyt to będzie łatwizna. Ale niestety w drodze na górę gubiłam się jeszcze częściej niż w Dzielnicy Gotyckiej, więc jak doszłam do któregoś z wielu punktów widokowych na Montjuïc, zrezygnowałam z dalszego poszukiwania drogi do zamku i ruszyłam w kierunku dworca Barcelona Sants i bezwiednie trafiłam pod Magiczną Fontanę, której wcale nie miałam w planach, bo stwierdziłam, że jest trochę za daleko, by iść tam na pieszo podobnie jak Barcelona Sants, ale jak widać, wcale tak daleko nie było.







Moja wizyta w Barcelonie trwała zaledwie kilka godzin, ale wydaje mi się, że w tym czasie i tak sporo zobaczyłam. Oczywiście, gdybym chciała zobaczyć najważniejsze zabytki również od środka, podejrzewam, że nawet tydzień w Barcelonie to byłoby mało, biorąc pod uwagę tłumy, jakie tam przyjeżdżają. Jedyny punkt, do którego nie dotarłam, a bardzo chciałam, to Park Güell. Niestety nie kupiłam biletu przez Internet a na stanie w kolejce było mi szkoda czasu. Teraz mam więc powód by do Barcelony wrócić i jeszcze raz poczuć klimat tego wyjątkowego miasta. 





Z Barcelony przywiozłam sporo zdjęć, więc gdy jeszcze któregoś dnia uda mi się zebrać w sobie i ogarnąć te wszystkie fotografie, postaram się przygotować kolejny post na temat tego niezwykłego miasta. Tymczasem żegnam się z Wami i przesyłam gorące pozdrowienia z Majorki :)

Komentarze

  1. Marzę o dniu kiedy można będzie zobaczyć Sagradę bez dżwigów w tle. Barcelonę wspominam bardzo miło. Najlepie zawsze przekonać się na własnej skórze czy jakieś miejce jest dla nas czy nie, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdopodobnie w 2026 budowla powinna być ukończona, ale kto wie...
      O miejscach można czytać, oglądać zdjęcia, ale dopóki nie zobaczy się ich na własne oczy, nie można stwierdzić czy nam się podobają czy nie :)

      Usuń
  2. Piękne miasto, czuć z doboru słów że się zakochałaś ;)

    Owszem podróżując bez kogoś kochającego (w najgorszym razie lubiącego nas bardzo) trudno liczyć na udane dobrze skadrowane zdjęcia, na których przy okazji wygląda się jak człowiek a nie element miejskiego krajobrazu.
    inna sprawa że ja zazwyczaj swoje rajdy odbywam w samotności, więc już co nieco doświadczenia mam. Kijek selfie to ostateczność. Dużo częściej podpórki, taśma elastyczna którą wiążę aparat np. do słupka znaku drogowego, nawet kosze na śmieci da się wykorzystać - serio mamy całą serię takich zdjęć (no ale to było w Rzymie, nocą, z moją Marzenką i akurat żadnych Japończyków nie było na ulicach).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja wiem, czy zakochałam... Ale wrażenie spore na mnie wywarło to miasto.

      Co innego rajdy gdzieś w terenie, a co innego po zatłoczonym mieście w środku dnia ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram