Portugalia dzień 6: wodospady cuda natury

Po ostatnich kilku dniach zwiedzania miast i miasteczek nareszcie przyszła pora na kontakt z naturą. W planie był nawet mały trekking, więc zapowiadało się naprawdę ciekawie. Tylko ta pogoda taka niepewna... Ale przestaję już narzekać na aurę, bo podczas podróży po Portugalii takich mniej fajnych dni było zdecydowanie za dużo i za każdym razem chciałabym się Wam wyżalić, to byście się zanudzili tymi pogodowymi relacjami. Tym bardziej, że w większości przypadków wyglądało to ciągle tak samo: deszcz i mgła. Oczywiście tamtego dnia nie było wcale inaczej.

Po spacerze malowniczymi uliczkami Guimarães wróciłyśmy do samochodu, włączyłyśmy GPS i z włączonymi wycieraczkami ruszyłyśmy w drogę. Wcale nie jechałyśmy daleko, bo nasz pierwszy przystanek był oddalony od Guimarães o jakieś 30 km. 

Casa do Penedo

Zdjęcia w internecie wskazywały, że będzie to miejsce wyjątkowe i może nawet trochę mistyczne. No bo gdzie indziej widzieliście kamienny dom niczym z epoki Flinstonów otoczony połaciami soczyście zielonych łąk? No nigdzie. Ja też nie. I niestety nawet w Portugalii to się nie udało.

Casa do Penedo jest posiadłością prywatną i do środka wejść nie można. Dowiedziałyśmy się jednak od właściciela hostelu, że wokół domu jak najbardziej można pospacerować i zobaczyć tę niezwykłą architekturę. Zostałyśmy też ostrzeżone, że pod sam domek nie da się podjechać samochodem ze względu na dość kiepski stan polnych dróg, więc generalnie przygotowałyśmy się na niedługi spacer.

GPS każe nam zjechać z asfaltowej głównej drogi na wąską wyboistą drogę szutrową. Nie do końca byłyśmy pewne, czy nasz mały samochodzik poradzi sobie z taką nawierzchnią. Tym bardziej, że trasa wiodła pod górę. Rozważałyśmy zostawienie auta na dość szerokim poboczu przy szosie, ale jak sprawdziłyśmy ile jeszcze czasu musiałybyśmy iść na pieszo, to zrezygnowałyśmy. I wcale nie przez lenistwo. Zniechęciła nas pogoda. Dopiero rozpoczęłyśmy nasz objazd i nie zamierzałyśmy zmoknąć już na starcie. A deszcz był nieubłagany. Ryzykujemy więc trochę jadąc dalej tą kiepsko jakościowo drogą, ale się udało.

Podjechałyśmy na tyle blisko na ile się dało. Zaparkowałyśmy w niedalekiej odległości od wiatraka. Bo pod wiatrakami, gdzie było najwięcej wolnego miejsca, był zakaz parkowania. Nie wiem, kto by to miał weryfikować, ale wolałyśmy mieć spokojną głowę. A ja dodatkowo nieco mniejszy stres, gdyż wiatraki mnie przerażają. Nie wiem dlaczego, ale bardzo nie lubię być tak blisko tych ogromnych maszyn. To jak nade mną górują przyprawia mnie o dreszcze przerażenia. Troszkę swobodniej się czuję, gdy wiatrak się nie kręci, ale i tak generalnie wolę je omijać szerokim łukiem. Tutaj dodatkowym utrudnieniem była gęsta mgła. Nie było nic widać na odległość większą niż dwa trzy metry, więc wiatraki ni stąd ni zowąd po prostu przed nami wyrastały. Jak w horrorze. Do tego zacinający deszcz, silny wiatr. No po prostu bajkowo...

Ostatni odcinek prowadzący do kamiennego domku miałyśmy już przejść na pieszo, bo bliżej chyba już się nie dało podjechać. Niestety tam gdzie mapa pokazywała nam szlak, stał płot, który ciągnął się w siną dal. Nasz szlak był dokładnie po drugiej stronie tego płotu. I teoretycznie mogłybyśmy iść wzdłuż niego, ale przeczuwałyśmy, że nie znajdziemy tam żadnej dziury, żeby w końcu przejść na drugą stronę, gdzie znajdował się kamienny dom. 

Uderzyłyśmy więc od strony drogi głównej i tu się okazało, że jednak wejście na teren posiadłości nie jest takie proste. Płot wokół działki prawdopodobnie był nowy i pan z hostelu jeszcze o nim nie wiedział, stąd dostałyśmy błędne informacje. Oczywiście można podejść bliżej domu, ale najpierw trzeba się umówić telefonicznie z właścicielem, żeby otworzył bramę. Cóż, teraz już nie było sensu dzwonić, bo nawet jeśli właściciel zechciałby przyjechać i nas wpuścić, to straciłybyśmy sporo czasu na samo czekanie. 

Liczyłyśmy, że uda nam się zobaczyć choć zarys budowli, jeśli przejdziemy się trochę dalej tamtym szlakiem wzdłuż płotu, ale już po kilku metrach, ścieżka zaczęła schodzić w dół, a domek niknął we mgle. Koniec końców nie zobaczyłyśmy nic. Ale w podróży bywa i tak. 

Wodospad Cascata de Bilhó

Wróciłyśmy na główną drogę i jechałyśmy dalej. W planie był trekking do wodospadu. Miałyśmy nadzieję, że jak oddalimy się znacznie od Guimarães pogoda się poprawi i już nie będziemy mieć problemów z widocznością. I faktycznie przestało padać. Ale przeszkodą okazały się fatalne drogi. W dodatku okropnie kręte i biegnące raz w górę raz w dół.

Żeby zobaczyć taką Portugalię jak nam się udało zobaczyć, bez samochodu pewnie się nie obejdzie. Ale muszę tutaj ostrzec, że jeśli ktoś nie czuje się zbyt pewnie za kółkiem, portugalskie drogi nie są dla niego. Na terenie kraju jest mnóstwo całkiem dobrze utrzymanych autostrad i dróg szybkiego ruchu (płatnych), ale też jest cała sieć mniejszych dróżek, które pozostawiają wiele do życzenia. Oczywiście można cały czas wybierać te większe trasy, ale niekiedy do mniejszych miasteczek nie da się dojechać inaczej jak właśnie tymi serpentynami. Ponadto mapy Google niekoniecznie dają sobie radę w Portugalii. Jazda po Portugalii do najłatwiejszych nie należy. Mojej towarzyszce i jednocześnie prywatnemu kierowcy tak te portugalskie drogi dały w kość, że w pewnym momencie mówi, że nie daje rady i zamieniłyśmy się rolami. Ona mnie nawigowała, a ja walczyłam z zakrętami, przewyższeniami i niezbyt cierpliwymi na drodze Portugalczykami.

Niestety, jak wspomniałam wyżej, mapy Google niezbyt dobrze się sprawdzają w Portugalii. Są tam co prawda wszystkie drogi, ale mam wrażenie, że to tylko dodaje problemów. Jeśli spojrzycie na mapę drogową Portugalii, to dostaniecie oczopląsów od tej sieci dróg. I nie zawsze ten sam kolor drogi to ta sama jakość nawierzchni. Na mapie wszystko wyglądało całkiem dobrze, ale nagle za namową GPSa zjeżdżamy po bardzo wąskiej drodze stromo w dół. Kiedy dojeżdżamy do mostu, zatrzymuję samochód. Po drugiej stronie rzeki droga była jeszcze gorsza, o ile w ogóle to coś można było nazwać drogą. To tutaj postanawiamy więcej nie ufać tak ślepo GPSowi. Na całe szczęście przed mostem był niewielki zjazd na czyjąś posesję i na kilka razy udało nam się tam zawrócić. Niemniej, jak już się zatrzymałyśmy, a deszcz przestał padać, wysiadłyśmy na chwilę, rozprostowałyśmy kości, zrobiłyśmy kilka zdjęć, a potem skrupulatnie obejrzałyśmy mapę i zaplanowałyśmy nową trasę, starając się ominąć wszystkie  podejrzane drogi. 

Fakt, że zawróciłyśmy przy tym starym moście był jedną z najlepszych decyzji podczas naszych portugalskich wojaży. Nie tylko dlatego, że prawdopodobnie ominęło nas podtopienie naszego auta w błocie, ale głównie dlatego, że nowa trasa zafundowała nam chyba największą niespodziankę w całej Portugalii.

Wracamy na główną asfaltową drogę i kontynuujemy podróż. Po drodze zatrzymujemy się w jakiejś wiosce, gdzie naszą uwagę przykuł bardzo malutki kamienny kościółek, może nawet kapliczka. A że akurat było gdzie zaparkować, zrobiłyśmy kolejny postój. Niestety do środka nie dało się wejść, ale przynajmniej obeszłyśmy sobie tę kapliczkę dookoła i przy okazji na spokojnie mogłyśmy podziwiać pagórkowate krajobrazy tego rejonu Portugalii. 

I jedziemy dalej. Krętą, ale bardzo przyjemną drogą. Aż tu nagle za zakrętem wyłania się przed nami wodospad. Wodospad, który opada niemalże na samą drogę. Widząc takie niesamowite zjawisko, braknie słów na wyrażenie swoich emocji. Jedno wielkie WOW. 

Na drodze nie było ruchu, więc cofamy się kawałeczek do zatoczki i tam zostawiamy samochód, a same idziemy bliżej wodospadu. No bo przecież nie mogłybyśmy tak po prostu tylko tamtędy przejechać. To miejsce zasługiwało na dłuższą chwilę kontemplacji. 

W tamtym miejscu naprawdę pożałowałam, że nie miałam ze sobą aparatu. Na zdjęciach zadziałaby się prawdziwa magia. Na szczęście w naturze wcale nie było gorzej. Wodospad był imponujący. Jego wielkość. Ilość wody. Ten szum... Zieleń wokół. Żadna z nas nie spodziewała się czegoś takiego. A to wszystko przy samej drodze. Tak naprawdę nie trzeba było nawet wychodzić z samochodu. Tamten moment był jak sen. A ja się zaczęłam zastanawiać, czy dalsza podróż ma w ogóle sens? Czy jeszcze coś będzie w stanie tak bardzo mnie zaskoczyć w Portugalii? I czy wodospad, do którego jechałyśmy będzie fajniejszy niż ten, na który niespodziewanie właśnie się natknęłyśmy?

Fisgas de Ermelo - trekking do wodospadu

Gdy już się napatrzyłyśmy i nacieszyłyśmy tym niezwykłym wodospadem, czas było jechać dalej. Teraz już bez żadnych przystanków dojeżdżamy do niewielkiej wioski Varzigueto, która podobnie jak sam wodospad leży na terenie Parku Naturalnego Alvão. Zostawiamy nasze autko na poboczu z nadzieją, że nie będzie już więcej padać i błoto się nie rozprzestrzeni, a my spokojnie będziemy mogły stamtąd wyjechać. I tutaj kolejna rada dla tych, którzy mają zamiar odkrywać Portugalię samochodem i jednocześnie chcą dotrzeć do miejsc bardziej ukrytych - warto wybrać samochód, który bez problemu poradzi sobie na wyboistych, błotnistych, szutrowych, polnych drogach. My miałyśmy malutkie Reno Clio z bardzo niskim podwoziem i o ile nie było problemu z parkowaniem, na przewyższeniach, stromych zakrętach i gorszym podłożu samochód ledwo zipiał, ale koniec końców ze wszystkim sobie poradził. A wyzwań było sporo.

Wracając do naszej wyprawy. Autko bezpiecznie zaparkowane na poboczu. Plecaki na trekking przygotowane. Mapa w pogotowiu i możemy iść. Nawet musimy i to dość żwawym krokiem, bowiem zmierzch tuż tuż.

Pierwsza opcja była taka, że przechodzimy przez wioskę i idziemy głównym szlakiem czerwonym wzdłuż rzeki a potem wspinamy się nieznacznie na zbocze Cabeça Grande, skąd będziemy mieć lepszy widok na kaskadę. Niestety już po kilkunastu metrach odstraszają nas psy swoim natrętnym szczekaniem. Te z pierwszego gospodarstwa były za zamkniętą bramą, ale przy ostatniej posesji brama była otwarta a psy luźno sobie biegały i oczywiście też zaczęły szczekać, jak tylko nas zobaczyły. Ja osobiście psów się nie boję i byłabym skłonna pójść dalej, ale mojej towarzyszce niezbyt podobał się pomysł, by mimo wszystko przejść obok tamtego gospodarstwa. Absolutnie rozumiem. Każdy ma swoje strachy. I potem się z tego śmiałyśmy: ja drżałam na widok obracających się wiatraków, a ona na myśl o psach. Tak więc zawracamy do punktu wyjścia. 

Druga opcja była taka, że od razu wchodzimy na ścieżkę przy samej rzece. Ale tu się okazuje, że po intensywnym deszczu rzeka nieco wylała i ścieżka momentami niknęła pod wodą. Teoretycznie można by przeskoczyć, ale z mapy wynikało, że szlak będzie wiódł brzegiem rzeki na dość długim odcinku, więc nie chciałyśmy ryzykować spotkania z dużo bardziej zalanym terenem. Ponownie zawracamy.

I nareszcie trzecia opcja jest tą, która prowadzi nas do finału tej niezwykłej przygody. Przechodzimy na drugą stronę rzeki i tam suchą nogą wchodzimy na czerwony szlak, który wciąż mknie wzdłuż koryta, ale jednocześnie pnie się w górę. Szczerze mówiąc ta trasa była chyba najlepszym wyborem, bo podczas całego spaceru miałyśmy piękne widoki. Najpierw na rzekę i wioskę Varzigueto, a potem na góry. Co więcej, chmury się nieco rozstąpiły i byłyśmy świadkami przepięknego zachodu słońca. A ja znowu pożałowałam, że nie zabrałam ze sobą aparatu. Tamto światło było niesamowite. No i oczywiście cudowne widoki.

Sam szlak nie był jakoś specjalnie oznakowany, ale nie było zbyt wielu odchodzących od niego ścieżek, więc nie bałyśmy się, że mogłybyśmy się zgubić. Poza tym aplikacja mapy.cz jak najbardziej dawała sobie radę. Jedynym problemem mogła okazać się mgła i zbliżający się wielkimi krokami zmierzch. Na szczęście natura ponownie miała dla nas niespodziankę i im wyżej się wspinałyśmy i im bliżej naszego celu byłyśmy, mgła znikała, a zza chmur wyłaniało się powoli zachodzące za horyzont słońce. Trafiłyśmy na wspaniałą złotą godzinę. Niebo zafundowało nam bajkowy spektakl. 

Na szlaku było kilka punktów widokowych i żaden nas nie zawiódł. Ale widok na wodospad był chyba najfajniejszy. Co prawda sama kaskada Fosgos de Ermelo nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak Cascata de Bilhó tuż przy drodze, ale i tak było warto wybrać się na ten trekking. Byłyśmy trochę daleko od wodospadu, więc nikł nieco w całym krajobrazie, ale i tak już samo otoczenie robiło spore wrażenie. Nagie skały, wąwóz, no i ta mgła, a do tego zachodzące słońce. Czego chcieć więcej? Chyba tylko tego, żeby czas się zatrzymał a chwila trwała i trwała. 

Fisgas de Ermelo jest jednym z najwyższych wodospadów w Portugalii jak i Europie. Liczy sobie ok. 200 metrów wysokości, aczkolwiek woda nie spada jednostajnie w dół, ale schodkowo. Widoki u podnóża kaskady muszą zapierać dech w piersiach. Początkowo miałyśmy w planie trekking właśnie z takimi widokami, ale jak mogliście przeczytać, życie chciało inaczej. Być może jest to powód, by wrócić do Portugalii. Tym bardziej, że sam Park Naturalny Armão ma naprawdę wiele do zaoferowania. Dla amatorów pieszych wędrówek te rejony to nie lada gratka. 

Cóż, niestety słońce było coraz niżej a my miałyśmy jeszcze kawał drogi z powrotem do samochodu. Teraz co prawda już z górki, ale i tak żadnej z nas nie uśmiechało się iść przez las po ciemku. Tempo miałyśmy naprawdę dobre i zanim całkiem się ściemniło, byłyśmy już przy samochodzie. A potem ruszyłyśmy do kolejnego miejsca zakwaterowania, ale o tym opowiem przy następnej okazji. Tymczasem zostawiam Was z jeszcze kilkoma zdjęciami znad wodospadów. Mam nadzieję, że choć trochę udało mi się nimi wyrazić mój zachwyt nad portugalską naturą. 

Komentarze

  1. Przepiękne zdjęcia i zachwycające zdjęcia, zwłaszcza te z mgłą. I powiem Ci, że gdyby była ładniejsza pogoda to nie byłoby tak fajnie bo akurat w tym przypadku słońce działałoby na niekorzyść :). Wiem, że Portugalia jest piękna ale takich miejsc się po niej nie spodziewałam bo te kadry bardziej mi pasują do Islandii albo Nowej Zelandii. Nie mogę się napatrzeć na te kadry, najbardziej chyba podoba mi się to zdjęcie ze skałami i drzewami częściowo schowanymi we mgle, jedno zdjęcie przed tym na którym siedzisz odwrócona tyłem. Na Twoim miejscu bym je sobie wywołała w większym formacie i oprawiła w ramkę bo jest przecudne i szalenie klimatyczne. Pokazałaś tutaj zupełnie mi nieznaną część Portugalii, tak odmienną od wąskich uliczek, żółtych tramwajów i azulejos, ale tak samo zachwycającą.
    Uściski, miłego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bardzo lubię to zdjęcie z mgłą i na pewno wiele z tych fotograficznych wspomnień sobie wydrukuję i zrobię album z tej podróży. Również uważam, że gdyby pogoda była inna, to miejsce nie zrobiłoby na mnie takiego wrażenia, więc pomimo tych wszystkich deszczowych dni nie narzekałam, bo mgła też ma w sobie magię, a ja znalazłam się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Co do samej Portugalii nie miałam wielu oczekiwań. Na blogach głównie mówi się o Porto i Lizbonie i ewentualnie Algarve, a ja dotarłam do zupełnie innych krajobrazów i się nie zawiodłam. Mówili, że Portugalia jest piękna i teraz mogę to potwierdzić. I jest jeszcze piękniejsza poza utartym szlakiem. Do wielu z tych miejsc chciałabym kiedyś wrócić, bo udało mi się zaledwie liznąć ich klimatu. Chociażby ten park naturalny Alvão, coś mi mówi, że jest tam sporo do odkrycia, a w szczególności dla amatorów pieszych wycieczek.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  2. Bardzo ładne ujęcia, wydrukuj sobie koniecznie! Zwiedzanie miast to jedno, ale natura to jednak natura. My co roku jeździmy w przeróżne zakątki Europy na wakacje, zwiedzamy miasta, ale przeważnie w sposób 1 dzień miasto i 10 dni wśród przyrody :) Do wodospadów mam słabość, piękne miejsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na łonie natury lepiej się odpoczywa :) Człowiek męczy się fizycznie a odpoczywa psychicznie. I wydaje mi się, że właśnie takiego odpoczynku potrzebujemy, gdy jesteśmy w podróży, chcemy przecież odpocząć od problemów dnia codziennego.
      Skoro masz słabość do wodospadów, to ten pierwszy, Cascata de Bilhó, skradłby twoje serce.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Przepiękne krajobrazy, nie szkodzi że z mgłą, bowiem z tą nutką tajemniczości wyglądają jeszcze cudniej. A pierwszy wodospad rzeczywiście bajkowy, nie dziwię się w ogóle twoim zachwytom. Cała "dzisiejsza" podróż była zachwycająca, a że z dreszczykiem, tym przyjemniejsza. Dziś pewnie się z tego śmiejesz!
    Czekam na cd. Pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się okazuje, w podróży nie ma złej pogody ;) No i zawsze warto doszukiwać się pozytywów. Mgła rzeczywiście była piękna. I nie wyobrażam sobie tego miejsca w innej aurze. I oczywiście, że się śmieję i miło wspominam. A na ciąg dalszy nie będziesz musiała już długo czekać, bo ja właśnie wprowadzam ostatnie poprawki do tekstu i jeszcze dzisiaj nowy wpis pojawi się na blogu.
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. To ja dodam że widoki miejscami podobne do tych norweskich. Kęsem pozycjonowanie zaskoczona jak a jest ładnie. Jak się ma ładnie widoki, dobre swiatlo to i wychodzą cudowne obrazy :) ja to uwielbiam kontakt z naturą I nie ma znaczenia czy to lato czy to zima. Teraz jestem po weekendzie na Lofotach i to co ja tam widziałam zimą, to jest obłęd :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam na insta i widoki fajne, ale mnie mimo wszystko bardziej przyciąga zielona Norwegia. Tak samo jak zielona Portugalia. To nic, że padał deszcz i tak było pięknie :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  5. Bardzo ładne widoki tam miałaś. Słońce przebijające się z chmur i mgła na pewno podniosła atrakcyjność wodospadem. Chociaż i bez tego te ostre skały byłyby fajne. Też mam często, że na żywo narzekam na pogodę, ale po czasie jakoś już się tego nie pamięta. Tylko wspomina się te przyjemne momenty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Deszcz i mgła i wiatr właściwie też do najprzyjemniejszych nie należą i nierzadko utrudniają nam podróż, ale potem i tak liczą się tylko wspomnienia i te wszystkie piękne widoki zapisane w naszej pamięci. Podczas mojej podróży po Portugalii jakieś 70% czasu to był deszcz, chłód, wiatr, mgła, a i tak uważam, że to była piękna podróż a Portugalia jest krajem, do którego warto wracać.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. Poczułam się jak u siebie, w północnej Anglii. Ta mgła i wiatraki w niej skąpane, te trochę surowe pagórki, wodospady...normalnie jak u mnie "a płotem" . Nie znałam takiej Portugalii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tobie ta Portugalia kojarzy się z Anglią, Ani z bloga Norwegia i reszta świata z Norwegią, a mnie momentami przypominała kaszubskie krajobrazy... Każdy porównuje do tego, co sam już zna. I nie ma w tym nic złego. Ale Portugalia to wciąż Portugalia i cieszę się, że, pomimo wielu podobieństw do miejsc, które znam, odwiedziłam ten kraj i przekonałam się na własnej skórze jak tam pięknie. Nawet wtedy, gdy jest zimno i pada i wszędzie otaczała mnie mgła :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram