Angielska wieś, na której nic nie ma?
Zanim zaczęłam marzyć o Hiszpanii, marzyłam o Anglii. Chciałam polecieć do Londynu, poczuć jego klimat, który zauroczył mnie w wielu filmach i powieściach. Chciałam zobaczyć angielską wieś, która jawiła mi się jako romantyczna oaza spokoju i sielskości. Kiedyś nawet już byłam bardzo blisko wyjazdu do angielskiej stolicy, w portfelu nawet już miałam funty, ale los postanowił inaczej i ostatecznie Anglia jeszcze długie lata musiała na mnie poczekać (albo ja na nią :D). Z czasem to marzenie nieco wyblakło i pojawiły się na horyzoncie inne ciekawsze destynacje. Lubię sobie powtarzać, że wszystko dzieje się po coś. I pewnie tak właśnie było z tym oczekiwaniem na Anglię. Bo chociaż do Londynu nadal nie dotarłam, na początku tego roku miałam okazję zobaczyć angielską wieś z moich wyobrażeń i to jeszcze w doborowym towarzystwie Mo. Co więcej, mogłam osobiście poznać kolejną blogową koleżanką - Martę, której z tego miejsca jeszcze raz bardzo bardzo dziękuję za gościnę i niezapomniany czas.
Kiedy Marta zaprosiła nas do siebie, ostrzegała, że u niej nic nie ma, że mieszka na nudnej wsi. Rzeczywistość jednak pokazała, że miasteczko, w którym spędziłyśmy kilka dni w trakcie naszej brytyjskiej przygody, z wsią nie miało nic wspólnego. Dla mnie angielska wieś to połacie zielonych łąk, wzgórza i pagórki, pasące się owieczki, samotne drzewa na rozległych terenach, wrzosowiska, strumienie i rzeczki i małe kamienne domki skupione w niewielkich osadach. I absolutnie nie takie wiejskie klimaty nas przywitały. Ale czy byłam zawiedziona? Wręcz przeciwnie. Bo chociaż Marta nas nastawiała na nudy, na miejscu okazało się, że jej miasteczko jest pełne perełek. Cieszę się więc przeogromnie, że pomimo chłodu i wizji deszczu, wybrałyśmy się z Monią na króciutki spacer po tym bardzo angielskim w swej angielskości miasteczku.
Dzisiaj trochę żałuję, że nie zabrałam na tamtą przechadzkę aparatu, ale ostatecznie zdjęcia z telefonu wcale nie wyszły takie kiepskie. Przygotowując ten wpis, z przyjemnością wróciłam wspomnieniami do tamtego dnia. Doświadczyłam wówczas Anglii z moich wyobrażeń. Choć bardzo się obawiałam, że przez te wszystkie lata mogłam sobie ten kraj nazbyt wyidealizować, okazało się, że Anglia naprawdę jest taka klimatyczna jak w tych wszystkich powieściach. Nawet deszcz mi tam nie przeszkadzał. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że deszcz i te ciemne ciężkie chmury na niebie tylko dodawały uroku temu miejscu. Można by pomyśleć, że wyspy brytyjskie przez swój klimat są ponure. Jednak uśmiechnięci i sympatyczni ludzie, sprawiają że to miejsce nabiera kolorów. Wiele też z tych kamiennych budynków ma jakiś kolorowy akcent: drzwi, okna, ukwiecony ogródek przed wejściem.
W Anglii spędziłam zaledwie kilka dni, więc nie mogę się za bardzo wypowiadać na temat życia tam. Obstawiam, że nie jest ono idealne. No ale gdzie jest idealnie? Na dłuższą metę deszcz, mgła, brak słońca mogą być uciążliwe. Jednak na tamten moment ja byłam Anglią oczarowana. Nie sądzę bym zechciała się tam kiedykolwiek przeprowadzić, ale kilkudniowy pobyt w Wielkiej Brytanii sprawił, że się rozmarzyłam. W mojej opinii angielska atmosfera i krajobrazy mogą się równać z tymi śródziemnomorskimi, które tak często są przez nas idealizowane i takie angielskie wakacje stawiam na równi z tymi chociażby włoskimi wakacjami. No sami przyznajcie, że jest w tej Anglii coś hipnotyzującego.
Na tej domniemanej wsi, poza urokliwymi kamieniczkami, znalazłyśmy też kościół. I to nie byle jaki kościół, bo z cmentarzem w gotyckim klimacie - kolejna rzecz, która zawsze mi się z Anglią kojarzyła. Pozostawione same sobie kamienne nagrobki. Niektóre jeszcze dzielnie trzymające się pionu, inne chylące się ku zapomnieniu. Większość z nich porośnięta mchem. Zatarte litery utrudniają odczytanie imion zmarłych. A to wszystko w otoczeniu soczystej zieleni. Absolutnie się nie spodziewałam, że w lutym Anglia może być tak zielona. Przy niektórych grobach zakwitły przebiśniegi, więc jak na miejsce wymarłe, całkiem sporo życia było na tym cmentarzu. No i spotkałyśmy tam wielu spacerowiczów. Bo akurat na samych uliczkach miasteczka, niewielu było przechodniów.
Nie wiem dlaczego, ale jeśli w jakimś miejscu mieszkamy i prowadzimy tam naszą codzienność, nie dostrzegamy w nim żadnego uroku. Natomiast dla kogoś z zewnątrz to samo miejsce może się okazać prawdziwą perełką. Tak właśnie było w przypadku miasteczka Marty. Dla niej zwyczajne i nudne, dla mnie okazało się urzeczywistnieniem moich wyobrażeń o Anglii, więc uznaję moje pierwsze spotkanie z Anglią za jak najbardziej udane. Wbrew wszelkim obawom, Anglia, podobnie jak Edynburg, spełniły moje oczekiwania, a może nawet i je przewyższyły.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Małe miejscowości mają w sobie wiele uroku. Zawsze można w nich wyszukać coś ciekawego, co przyciąga wzrok i zachwyca innością, oryginalnością... Zwróciłam uwagę na drzwi, które chyba są charakterystyczne dla tej wyspy, w Londynie też się nimi zachwycałam i oczywiście sfotografowałam ich wiele...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam z deszczowego, zimnego Supraśla :)
Mam mnóstwo zdjęć drzwi z Edynburga i na pewno będzie jakiś wpis z tymi zdjęciami. Ale fakt, w Anglii też było mnóstwo ładnych i bardzo charakterystycznych drzwi - w takim ponurym klimacie kolorowe drzwi rozświetlają dzień :)
UsuńPrzesyłam słonko prosto z Majorki
To pewnie zależy od tego, co kto lubi. Ja też lubię takie sielskie klimaty, więc bardzo mi się podoba. Szczególnie kościół i cmentarz. A tej oryginalnej angielskiej zabudowy naoglądam się w programie Escape to the country. Zawsze oglądam z ogromnym zaciekawieniem podziwiając kolejne perełki architektoniczne.
OdpowiedzUsuńFajnie ma Marta. Pozdrawiam wszystkie przyjaciółki wyjazdu:)))