Z Ordino do La Massana czyli jak sobie po Andorze spacerowałam
Ostatnio ni z tego ni z owego na myśl przyszła mi Andorra i aż trudno było mi samej uwierzyć, że tam byłam, więc wróciłam do zdjęć i do wspomnień i postanowiłam, że jak będę miała troszkę więcej wolnego czasu, to koniecznie muszę dokończyć na blogu tę andorańską opowieść.
W tym niezwykłym kraju spędziłam zaledwie 3 dni i to jeszcze takie niepełne, ale wystarczyło, bym wybrała się na wycieczkę również poza granice stolicy. W planie miałam niewielkie miasteczko słynące ze średniowiecznej zabudowy, ale z racji na dość problematyczny dojazd, zdecydowałam się udać do nieco łatwiej dostępnego Ordino. Wsiadając do autobusu okazało się, że jestem jedyną osobą bez nart lub deski snowboardowej. Pomimo tego, że w stolicy śniegu nie było wcale, w wyższych partiach kraju, sezon narciarski nadal trwał. Ja osobiście śniegu za dużo nie widziałam podczas tych kilku dni, ale jednak ilość napotkanych amatorów sportów zimowych potwierdziła, że stoki nadal były ośnieżone. Taką mekką dla narciarzy w Andorze jest La Massana i to właśnie tam wysiadło najwięcej pasażerów, a ja pojechałam dalej do Ordino.
Parafia Ordino jest rezerwatem biosfery ze względu na swoje bogactwo gatunkowe. Ja jednak nie miałam wystarczająco dużo czasu, żeby poobcować dłużej z tamtejszą przyrodą. Skupiłam się głównie na samym miasteczku. Jest ono naprawdę niepozorne. Wysiadam z autobusu wprost w śnieżną zlodowaciałą zaspę. Przystanek był mało wyrazisty, więc gdyby nie inna pasażerka, która również tam wysiadała, pewnie pojechałabym dalej. No chyba że kierowca by się zorientował, że była taka jedna bez nart, co chciała do Ordino jechać nie wiadomo po co...
Na pierwszym rondzie skręciłam w pierwszą lepszą ulicę i po kilkunastu metrach zorientowałam się, że nie tędy droga. Weszłam w zwyczajną dzielnicę z budynkami mieszkalnymi, a przecież chciałam zobaczyć starówkę. Przy niewielkim parku usiadłam na ławeczce i wyciągnęłam aparat z plecaka, no i sprawdziłam na mapie, w którą stronę powinnam iść. Wróciłam się do ronda, a potem udałam się już we właściwym kierunku na starówkę po drodze fotografując już nieco skąpo ośnieżone szczyty górskie.
Ordino jest mikroskopijne. Nastawiłam się, że spędzę tam przynajmniej pół dnia, ale już po kilkunastu minutach obeszłam wszystkie kamienne uliczki znajdujące się w centrum. Powtórzyłam więc spacer w nieco zwolnionym tempie, przysiadywałam na każdej napotkanej ławeczce, bawiłam się aparatem i doszłam do wniosku, że takie nieśpieszne zwiedzanie bez planu bardzo lubię.
Miasteczko nie zachwyciło mnie swoją architekturą. Nie było ochów i achów, ale jednak było w tym miejscu coś takiego, co sprawiało, że czułam się tam po prostu dobrze. Cieszyłam się, że tam dotarłam. Gratulowałam sobie tej decyzji, tym bardziej, że właściwie do ostatniego momentu nie byłam przekonana, czy to aby na pewno dobry pomysł z tą Andorrą. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że absolutnie nie żałuję tamtej decyzji. Jedyne nad czym ubolewam, to fakt, że moja wizyta w Andorze była taka krótka.
W Ordino jest muzeum. Mieści się ono w dawnej rezydencji szlacheckiej. Niestety było wówczas zamknięte, więc nie weszłam do środka, ale przespacerowałam się po przylegających do budynku ogrodach i zawarłam tam znajomość z niezwykle sympatycznym rudzielcem. Nie jestem jedną z tych osób, które jak widzą słodkiego kotka, to od razu podbiegają i próbują go pogłaskać. Zwierzęta uwielbiam, ale staram się szanować ich przestrzeń, toteż kotka sfotografowałam z daleka i olałam. A on stwierdził, że chce się zaprzyjaźnić i jak usiadłam spokojnie na ławeczce, to zaczął się do mnie łasić i nie mogłam się potem od niego opędzić. Zdjęć też zbyt fajnych nie udało mu się zrobić, bo jak tylko widział, że kucam z aparatem, od razu podbiegał, żeby go pogłaskać.
Później weszłam pnącymi się stromo w górę schodami. Miałam nadzieję dotrzeć na jakiś ciekawy punkt widokowy, a wylądowałam na jakimś dachu, który też okazał się fajnym miejscem do podziwiania panoramy. Stamtąd dostrzegłam rzekę i ścieżkę spacerową wzdłuż niej. Skoro starówkę praktycznie całą już obeszłam, postanowiłam jakoś dotrzeć nad rzekę, a potem wrócę do miasteczka na jakiś obiadek. Trochę przerażał mnie fakt, że teraz zejdę w dół doliny, a później będę musiała się z powrotem wspiąć do centrum, jednak zew przygody mnie wzywał. I uaktywnił się jeszcze bardziej jak zaczęłam iść wzdłuż wartkiego strumienia. Bo nagle się okazało, że można tamtędy dojść do sąsiedniego miasteczka. Tylko 20 minut spacerkiem. Czemu więc nie skorzystać z okazji?
Absolutnie nie byłam przygotowana na dłuższe piesze wycieczki. Buty co prawda miałam trekkingowe, ale byłam w jeansach, a te nie należą do najwygodniejszych spodni jeśli chodzi o długie piesze dystanse. No ale przecież to tylko kilkanaście minut i po płaskim. Woda też mi się już kończyła, no ale przecież w razie czego za chwilkę będę w jakiejś mieścinie, a tam na pewno będzie można coś kupić do picia i do jedzenia. Poza tym mam jeszcze w plecaku kilka ciasteczek. Gdziekolwiek bym nie poszła na jakiś dłuższy spacer, zawsze lubię mieć w plecaku wodę i jakieś przekąski, więc tym razem czułam się naprawdę nieprzygotowana, ale wciąż sobie powtarzałam, że to króciutki odcinek. I tak też było, chociaż czasowo nieco mi się wydłużył ze względu na mnogość przepięknych kadrów do sfotografowania.
Dotarłam do wioski Sornàs położonej na wysokości 1320 m n.p.m. Nie było tam nikogo. Tylko owca, która głośnym beczeniem upominała się o uwagę lub o jakieś smaczki. A potem dostrzegłam starszego pana siedzącego na ganku przed swoim domem i łapiącego promienie słońca. Przywitałam go z uśmiechem, a on tylko skinieniem głowy odpowiedział i bacznie mi się przyglądał, bo pewnie nie spodziewał się samotnej turystyki gadającej z prawdopodobnie jego owieczką.
Co mnie zaskoczyło w Andorze to ilość budek telefonicznych. Nie wiem, czy były czynne, ale wyglądały naprawdę dobrze. Do niedawna na Majorce też ich było sporo, ale nie działały, więc stopniowo zaczęto się ich pozbywać. W Andorze jednak były one stałym elementem architektury. Również w Sornàs natknęłam się na jedną naprawdę stylową budkę, a właściwie wnękę telefoniczną. Jednak poza tym telefonem, niewielkim placykiem i kościółkiem, w Sornàs niewiele się działo. Sklepu żadnego oczywiście nie było, więc wodę nadal postanowiłam oszczędzać.
Po krótkim odpoczynku ruszyłam z powrotem do Ordino. Jednak gdy doszłam do miejsca, skąd zaczynałam swój spacer wzdłuż rzeki, stwierdziłam, że mogę jeszcze trochę pospacerować tym razem z kierunkiem nurtu rzeki. No i tak szłam i szłam, w końcu ścieżka przy rzece odbiła do ulicy, a ja dalej szłam i aż doszłam do La Massana. Andorra jest niewielkim krajem, więc odległości pomiędzy poszczególnymi mieścinami są naprawdę nieduże. I w ten oto sposób zamiast jednego miasteczka zobaczyłam aż trzy, bo w La Massana też się na trochę dłużej zatrzymałam.
Tutaj już było gwarniej. Na ulicach mnóstwo narciarzy wracających lub dopiero idących na stok. W samym centrum swój początek ma wyciąg. I nawet przez myśl mi przeszło, czy by nie wjechać na górę, ale jakoś tak głupio było mi samej i bez żadnego sprzętu wsiadać do gondolki, gdzie wszyscy w kaskach, goglach i z nartami pod pachą. Ograniczyłam się więc do spaceru po miasteczku. Przysiadłam również na chwilkę w barze, aby uzupełnić energię.
Idealnie trafiłam z tym wpisem, bo drugi weekend lipca to wyjątkowy moment dla La Massany, gdyż ma tam teraz miejsce wakacyjna fiesta del Roser. Na ulicach zamiast narciarzy pewnie jest mnóstwo lokalsów korzystających z różnorakich rozrywek muzycznych, tanecznych i oczywiście kulinarnych. Na przełomie zimy i wiosny miasteczko również tętniło życiem, głównie za sprawą turystyki narciarskiej. Bo samo miasteczko, jego architektura raczej nie przyciągają zbyt wielu turystów. Mnie dużo bardziej podobało się Ordino i Sornàs. Niemniej ciekawie było zobaczyć tę andorańską mekkę narciarzy, bo to głownie oni odwiedzają ten kraj w okresie zimowym. A ja nadal jestem ciekawa jak wygląda Andorrą letnią porą. Spodobało mi się tam na tyle, że mam ochotę na więcej i głównie chciałabym bliżej zapoznać się ze szlakami górskimi.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Cieszę się Julka, że tam pojechałaś, bo ten kraj rzadko pojawia się w blogowych opisach. A wydaje się inny od znanych nam destynacji. Piękne zdjęcia ze wspaniałymi widokami w tle. No, i towarzystwo miałaś dostojne:)))
OdpowiedzUsuńTeż się cieszę, że pojechałam. Było cudownie. Tylko że trochę za krótko :D
UsuńPięknie, sama bym się chętnie przespacerowała, też bez nart, bo do zimowych sportów mnie nie ciągnie. W każdym budynku kryje się tu dużo uroku, a do tego góry i przyjemnie futrzaste spotkania. Dla takich miejsc warto przejśc się dalej niż miało się w planmach, nawet jeśli trzeba oszczędzać wodę :)
OdpowiedzUsuńJak widać, Andorra to nie tylko narty i sporty zimowe. Kraj malutki, ale wbrew pozorom całkiem różnorodny i naprawdę ma wiele do zaoferowania.
UsuńPozdrawiam
Te widoczki przypominają mi Saint Vincent w Dolinie Aosty, gdzie w zasadzie też niewiele się dzieje i niewiele jest do zwiedzania, ale bardzo mi odpowiadało szwendanie się po miasteczku. Te kamienne świątynki, kamienne domy i otaczające je góry. I tam ludzie przyjeżdżają głównie na narty, choć w samym Saint Vincent nie ma gdzie szusować, ale jest to baza wypadowa do pobliskich miejscowości. Też dobrze się tam czułam. Być może na dłuższy pobyt byłoby to nużące, ale parę dni z chęcią chodziłam po miasteczku.
OdpowiedzUsuńW Saint Vincent nie byłam, więc nie mam porównania, ale z tego co widzę, sporo tam podobieństw do Andorry. Stolica Andorry również nie może się pochwalić żadnymi stokami narciarskimi, ale również jest idealną bazą wypadową. A nawet te miasteczka, które przyciągają głównie narciarzy, mają w sobie również coś dla tych, którzy od sportów zimowych nieco stronią. Andorra jest piękna. Polecam.
UsuńPozdrawiam
Zwiedzanie pieszo to najlepsza forma zwiedzania. Można tyle zobaczyć...♥
OdpowiedzUsuńHmm ja się nie zgodzę, że w tym miasteczku nie ma ochów i achów. Może nie ma wielkich budynków z efektem wow ale ma za to klimat. A to jest dużo ciężej uzyskać. Mi się jak najbardziej podoba :) Miłego dnia!
Angelika
Dla mnie tych ochów nie było jeśli chodzi o architekturę, ale sam klimat Andorry muszę przyznać, że ma w sobie coś wyjątkowego i czułam się tam naprawdę dobrze.
UsuńPozdrawiam słonecznie
Małe państwa, takie jak San Marino czy Watykan, nie wiedzieć czemu bardzo lubię a ich zwiedzanie niezmiernie mnie ekscytuje. Mam wrażenie, że na tych najmniejszych terytoriach życie płynie swoim rytmem. Dla mnie to taki trochę inny świat. Andorra musi być i piękna, i ciekawa pod względem przyrodniczym, widzę na Twoich zdjęciach dużo domów z kamienia a to po domach w kratkę mój ulubiony rodzaj architektury.
OdpowiedzUsuńZe mnie też narciarka żadna ale za to łyżwiarka 😄. Jestem pewna, że zwykły włóczykij też znajdzie w Andorze ogrom możliwości, co zresztą sama pokazałaś. Ja Andorrę polubiłam jeszcze zanim zachęcałam Cię żebyś tam pojechała i przetarła mi szlaki 😊.
Uściski i pozdrowienia.
Na pewno by Ci się tam spodobało. Mnóstwo pięknych krajobrazów. No i wszystko w zasięgu ręki. Ja mam w planie jeszcze kiedyś tam wrócić na nieco dłużej i na spokojnie odkrywać zakątki tego kraju. Bo choć malutki, bogaty w atrakcje.
UsuńŚciskam
W Andorze spędziłam jeden wrześniowy dzień i... oczarowana tym malutkim państewkiem obiecywałam sobie, że wrócę tu z nartami i podobnie jak w Livigno, z wysokości podziwiać będę miasteczko śmigając po narciarskich trasach ( w autobusach jadących na stoki - sami narciarze). Niestety nie udało mi się mimo podejmowanych prób.
OdpowiedzUsuńPodobnie jak Ty lubiłam takie samotne wyprawy.
Twoja przygoda z rudzielcem przypomniała mi podobną z czarnym kociskiem, którego spotkałam w miasteczku Kaş. Schodziłam wtedy z góry krętymi uliczkami - z cudownym widokiem na morze, kiedy on postanowił mi towarzyszyć i odprowadzić mnie na sam dół...
Spędziłam z Tobą miło czas poznając Ordino, Sornàs i La Massanę. A przedostatnie zdjęcie przypomniało mi amerykański film biograficzny o życiu amerykańskiej malarki Margaret Keane Wielkie Oczy. Masz piękne oczy.
Pozdrawiam :)
Oczy piękne i wielkie :D Dziękuję za komplement :)
UsuńAndorra jest niedocenianym krajem. Jeden dzień to zdecydowanie za mało, aby poznać to miejsce. Ba, nawet trzy dni to za mało. Niby kraj malutki, a jednak warto by tam spędzić więcej czasu, by na spokojnie odkryć wszystkie jego wspaniałe zakątki. I okazało się, że nawet jeśli na nartach się nie jeździ, można tam się świetnie bawić. Bo jak do tej pory, to spotykałam się tylko z opiniami, że Andorra to kraj sportów zimowy. Otóż, nic bardziej mylnego. Każdy znajdzie tam coś dla siebie.
Pozdrawiam
Jula, właśnie takie zwiedzanie lubię najbardziej – miało być jedno miasteczko, a nogi poniosły dalej i zrobiły się trzy 😂❤️ Bez wielkiego planu, za to z przystankami na zdjęcia, przypadkowymi ścieżkami i jeszcze rudym towarzyszem po drodze. 😉 Andorra jakoś nigdy nie była wysoko na mojej liście, ale po Twojej opowieści zaczynam patrzeć na nią zupełnie inaczej. Te małe kamienne miejscowości otoczone górami mają naprawdę fajny klimat. I zdecydowanie wybrałabym się tam właśnie na takie włóczenie po szlakach i miasteczkach… choć nartami też bym nie pogardziła. 😄🏔️
OdpowiedzUsuńAndorra to malutki kraj i bardzo niedoceniany. U mnie też nie była jakoś wysoko na liście. Właściwie wcześniej to zupełnie o tym kraju nie myślałam i w sumie nie wiem, skąd mi się wziął pomysł, żeby tam pojechać, ale absolutnie nie żałuję. Bardzo często, gdy nie mamy żadnych dużych oczekiwań i konkretnych wyobrażeń o danym miejscu, robi ono na nas dużo większe wrażenie. Andorra spodobała mi się do tego stopnia, że ja naprawdę była smutna, jak stamtąd wyjeżdżałam. A chodząc sobie uliczkami tych małych miasteczek, planowałam jak by wyglądał mój dłuższy pobyt w tym kraju. Zdecydowanie chciałabym tam jeszcze wrócić.
UsuńPozdrawiam