Cala Ratjada ~ trekking po wybrzeżu

Najtrudniejsze w pisaniu jest stworzenie wstępu zachęcającego do dalszej lektury, no i oczywiście chwytliwego tytułu. Jak na złość, po tylu latach blogowania i w ogóle pisania, wciąż mam z tym problem a wszystkie sekrety pozycjonowania i promowania bloga są dla mnie czarną magią. Nie miałabym nic przeciwko, żeby pominąć tytuł i wstęp, no ale jak to tak zaczynać od środka? Więc wstęp dzisiaj jest jaki jest, szczery po prostu; a tytuł nudny jak flaki z olejem, ale od główkowania mam już zawroty głowy, więc się poddaję. Mimo wszystko, mam nadzieję, że przeczytacie. Albo chociaż zdjęcia obejrzycie :)

Cala Ratjada jest jedną z tych miejscowości, które niegdyś były malutkimi portami rybackimi, a dzisiaj jednymi z najbardziej znaczących kurortów. Od lat 60., kiedy to nastąpił boom turystyczny na Majorce, wiele się tam zmieniło. Małe łódeczki rybackie praktycznie całkowicie ustąpiły miejsca dużym jachtom i wycieczkowcom. Niewielkie domki zniknęły na rzecz dużych gmachów hotelowych. Uliczki zostały wybrukowane i zamienione w aleje spacerowe z dużą ilością sklepików, barów i restauracji. Typowy wakacyjny krajobraz z przeszłości. Bowiem teraz jest to po prostu wymarła mieścina. Wszystko pozamykane na cztery spusty, jacyś pojedynczy spacerowicze, puste plaże, cisza zagłuszana falami morskimi...

Nie robiłam sobie dłuższego spaceru po centrum, bo widok pozasezonowych i pandemicznych kurortów jest bardziej niż przygnębiający. Dopiero teraz naprawdę widać, jak bardzo Majorka jest zależna od turystyki. Jeśli w przyszłym roku nie stanie się cud, nie wiem jak to wszystko będzie wyglądać, nawet nie próbuję sobie tego wyobrażać, bo szkoda zdrowia psychicznego. Zwiedziłam natomiast, przy okazji dwóch osobnych wycieczek, dwa ekstrema kurortu.

CALA PEDRUSCADA

Na wiosnę udałam się w stronę bardziej cywilizowaną, przygotowaną pod turystów i niemieckich rezydentów. Niewielkie plaże, piękna alejka wzdłuż wybrzeża z widokiem na horyzont a także centrum. Pamiętam, że tamtego dnia dość mocno wiało, ale nie zmieniało to faktu, że było bardzo ciepło, a tym samym z łatwością mogłam sobie wyobrazić, jak to miejsce mogłoby wyglądać w pełni sezonu. Cieszyłam się, że byłam tam praktycznie sama; jednak z drugiej strony, na myśl o tych wszystkich smutnych skutkach pandemii, serce się kraje. Nie chodzi o to, że jest cicho i pusto. Wyspa i mieszkańcy wreszcie mogli odetchnąć i mieli Majorkę na własność. Chodzi o to, że na dłuższą metę, brak turystów, dla wielu Majorkańczyków okaże się tragiczny w skutkach. Myślę, że wbrew temu, co do tej pory się mówiło na temat turystów, przepełnienia, czy komercjalizacji, dzisiaj wszyscy z nadzieją wyczekują powrotu tamtych czasów. 

CALA GAT

Na jesienną wycieczkę zaplanowałam trekking po wschodniej części Cala Ratjada, gdzie na klifie wznosi się piękna biała latarnia morska. Plan wydawał się prosty. Na mapie wszystko ładnie wyglądało. Zaparkowałam samochód na jakiejś pustej o tej porze roku ulicy. W przeciągu godziny powinnam być u stóp latarni. Niestety jak to w przypadku planów bywa, wszystko się sypie lub przynajmniej część. I tak już na samym początku, napotkałam przeszkodę w postaci ziejącej pustką dziury, pod którą rozbijały się o ostre skały szalone fale. 

Jak widzicie na zdjęciu powyżej, był tam znak zakazujący przejście, ale stwierdziłam, że nie jest to aż tak niebezpieczne, jak się wydawało na pierwszy rzut oka i po prostu obeszłam dziurę i mogłam iść dalej. Niestety za zakrętem czekała mnie kolejna niespodzianka. Na mapie ścieżka ładnie wyglądała, w rzeczywistości też niby była, co prawda ledwo dostrzegalna, jak to zazwyczaj w tego typu miejscach bywa, no ale była. Niestety przejście tego odcinka wydało mi się dużo bardziej niebezpieczne, niż przeskoczenie tamtej dziury. Szerokość wynosiła mniej więcej tyle co szerokość jednej stopy. Z jednej strony jakiś betonowy mur, który musiał powstać całkiem niedawno, a z drugiej schodkowa przepaść. Tym razem nie wydało mi się rozsądnym przeskakiwać, więc po prostu zawróciłam. Doszłam to punktu wyjścia i straciłam tym samym jakieś pół godziny.

Przeszłam do końca ulicy, na której zostawiłam samochód i kontynuowałam dalszą wędrówkę kilka metrów za tym nieszczęsnym odcinkiem. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że początkowo naprawdę chciałam rozpocząć spacer dopiero od tego miejsca, ale widząc na mapie, że ścieżka zaczyna się dużo wcześniej, postanowiłam skorzystać z okazji dłuższej wędrówki. Koniec końców i tak szłam tak, jak planowałam początkowo, z tą różnicą, że na tym nieszczęsnym odcinku udało mi się zrobić kilka ładnych fotek. 

LATARNIA MORSKA CAPDEPERA

Kiedy już udało mi się pokonać wszystkie przeszkody, trasa okazała się bardzo prosta i łatwa. W większości była oznakowana, co sobie uświadomiłam dopiero, gdy minęłam n-ty kamień z niebieską plamą. I tak praktycznie pod samą latarnię.

Nie powinno być zaskoczeniem, że do latarni można swobodnie dojechać samochodem, gdyż prowadzi tam asfaltowa droga, ale cieszę się, że ja wybrałam spacer, bo miałam widok na budowlę z różnych perspektyw i krajobraz jest znaczne bardziej spektakularny od tej strony, z której przyszłam, niż od ulicy. Wysokie klifowe wybrzeże, w dole ciemne dale rozbijające się o zaostrzone skały, a na szczycie klifu biała latarnia. 

Faro de Capdepera na wysokości 76 metrów n.p.m. zostało wybudowane w 1861 roku. Przez ponad 100 lat latarnicy pracowali tam w pocie czoła ratując wielu żeglarzy zniesionych z kursu przez silne wiatry, które są chlebem powszednim w tych rejonach. W 1969 latarnia została zelektryfikowana. Jej światło sięga na odległość 20 mil morskich. 

Myślałam, że będzie można podejść nieco bliżej pod latarnię. Może i nawet się na nią wspiąć... Niestety brama była zamknięta, a tabliczka na niej wywieszona informowała o bezwzględnym zakazie wejścia osobom nieupoważnionym. No nic, zostawiałam latarnię w spokoju i przeszłam na drugą stronę ulicy, skąd prowadziła znacznie rzadziej uczęszczana ścieżka. Doszłam nią pod ruiny dawnej wieży obserwacyjno-obronnej - Sa Torre Esbucada. 

SA TORRE ESBUCADA

Budowla datowana jest na XVIII wiek. Na początku XIX została częściowo zniszczona przez flotę angielską. Od tamtego momentu popada w ruinę na skutek niesprzyjających jej warunków atmosferycznych. Lokalni pasjonaci historii próbowali dogadać się z władzami, by jakoś uratować wieżę, ale nic z tego nie wyszło i budowla jest pozostawiona samej sobie. Nie wygląda to wesoło. Strach podejść bliżej, bo istnieje ryzyko, że spadnie ci na głowę sporych rozmiarów kamień. Wokół wysokie trawy i wszystko wskazuje na to, że niewiele osób tam zagląda, choć wieża znajduje się naprawdę blisko szosy i zaledwie 200 metrów od latarni. 


Na Majorce jest więcej podobnych wież obserwacyjnych, które tworzyły niegdyś system obronny wyspy, głównie przed piratami. Obecnie wieże te są jedynie ciekawostką historyczną i architektoniczną. Niektóre z nich są lepiej zachowane i nawet tak zareklamowane, że wokół zawsze są tłumy (na przykład Es Castellet na półwyspie n'Amer). Natomiast Sa Torre Esbucada jest totalną ruiną w porównaniu z innymi, które do tej pory widziałam. Nawet Torre d'Aubarca (o której też już niedługo coś napiszę na blogu), do której nie ma tak łatwego dostępu, jest w znacznie lepszym stanie. W ogóle mam sporo materiału na bloga, ale jakoś nie mogę się zorganizować, by wreszcie napisać o tych wszystkich minionych wycieczkach, a z każdym kolejnym weekendem dochodzą nowe miejsca. Ale i tak jestem w miarę z siebie zadowolona, że mniej więcej raz w tygodniu coś tutaj udaje mi się opublikować. 

Komentarze

  1. Nie odczuwam niedosytu wędrówek, wczoraj wróciłem z Bieszczad - ale te twoje opisy i zdjęcia umieją obudzić we mnie atawizm...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja sobie w tym tygodniu wędrówki odpuściłam ze względu na deszcz. Ale gdyby tylko pogoda była nieco lepsza, już bym odkrywała kolejne szlaki.
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Ha ha ha, już chyba wyrosłam z wymyślania tytułów ale pamiętam, że kiedyś uważałam, że to najważniejsza część wpisu i musi być wyjątkowa. A teraz w ogóle się nie zastanawiam i jakoś idzie. Myślę, że prostota jest w tym najlepsza ( a był czas kiedy lubiłam rymy hi hi hi ). W ogóle kiedy mi się jakiś mój wpis nie podoba i mam wrażenie, że jest nijaki to osiąga rekordy i w komentarzach i w wyświetleniach. A jak jestem z niego dumna to czyta go mało kto :). Więc wyluzowałam.
    Powinnaś napisać książkę Mallorca Andando :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko że ja mam totalną pustkę, gdy muszę jakiś tytuł wpisać, już nawet nie chodzi o wymyślanie czegoś nadzwyczajnego.
      Mallorca Andando - podoba mi się ten tytuł :)

      Usuń
  3. Kurcze ja tez mam z tym problem 🙈 zanim zabiorę się za wpis, to zastanawiam się nad tytułem... ale wez tu potem zacznij pisanie... o Matko... zawsze mam z tym problem :)
    Tak oglądam ta Twoja Majorkę i patrze że wybrzeże jest bardzo skaliste, podobnie jak w kilu miejscach Norwegii z tym ze te skały sa zupełnie inne :) dlatego tak liboe podróże bo człowiek duzo się uczy :)
    Piękne zdjęcia i bardzo mi się podobają :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pisaniem nie mam problemu, ale z tytułami zawsze...
      Zgadza się, na Majorce jest mnóstwo skał i plaż kamienistych, ale piasku też nie brakuje ;)
      Jak to mówią, podróże kształcą.
      Pozdrawiam

      Usuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram