29 grudnia 2020

Muro

Mam tyle różnych miejsc do opisania, że spędziłam dobrą chwilę nad listą, by wybrać coś na ten ostatni wpis w tym nieszczęsnym 2020 roku. Mogłabym pisać chronologicznie, ale chronologię na tym blogu już dawno temu nagięłam. I padło na Muro, przez które tak wiele razy przejeżdżałam, tak wiele razy byłam w pobliżu, a nigdy nie zatrzymałam się na dłuższą chwilkę, by zobaczyć co też w sobie skrywa to niewielkie miasteczko. 

Ci, którzy spędzali kiedykolwiek wakacje na Majorce, być może kojarzą nazwę Muro. Być może nawet leżeli gdzieś na plaży w Muro. Ale jestem przekonana, że mimo to w Muro nie byli.

Jedną z najlepszych plaż na Majorce jest słynna Playa de Muro - najdłuższa piaszczysta plaża na całej wyspie. Przepiękna krystalicznie czysta woda, mięciutki złoty piasek i nawet w sezonie można znaleźć mniej zaludnione miejsce do leżakowania. Jednak Muro, od którego plaża wzięła swoją nazwę, wcale na wybrzeżu nie leży i jestem przekonana, że bardzo niewielu turystów do tego miasteczka dociera, bo tak właściwie to tam nic nie ma. Takie opinie przynajmniej się słyszy od tych, którzy tam mieszkają. W ogóle bardzo często mi się zdarza rozmawiając z kimś z Majorki, że twierdzi, że w jego pueblo to nic nie ma, że jest nudno i w ogóle. Ale prawda jest taka, że każde miasteczko coś w sobie kryje, tylko trzeba dobrze szukać. A długoletni mieszkańcy po prostu są tak przyzwyczajeni do najbliższego otoczenia, że nie dostrzegają potencjalnych perełek. 

Muro to nie Palma, nie Valldemossa, ani nawet Artá, mimo to byłam zaskoczona ilością miejsc, które z przyjemnością zapisywałam na karcie pamięci mojego telefonu. Tak, robię zdjęcia telefonem. Mam co prawda aparat kieszonkowy, ale odkąd kupiłam ten nowy telefon, zdjęcia znacznie różnią się jakością. Sami przyznajcie, że trudno poznać, że te wszystkie zdjęcia są robione telefonem. Ale wracając, Muro naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyło, w szczególności architekturą. 

Faktycznie nie ma tam typowych zabytków must see, ale dla tych, którzy po prostu lubią się napawać widokiem pięknej architektury, Muro może się okazać naprawdę ciekawe. A skąd się tam wzięły te unikatowe budynki, skoro Muro jest zwyczajnym rolniczym miasteczkiem? Otóż, po rekonkwiście, tym, którzy mieli wkład ekonomiczny w wojnę arabsko-katolicką, zaproponowano osiedlenie się w tymże pueblo. Ponieważ były to rody bardzo zamożne, Muro przekształciło się w bogate i uprzywilejowane miasteczko, co teraz widać właśnie w jego architekturze. 

Przejeżdżając przez centrum może trudno dostrzec wyjątkowość Muro, ale gwarantuję, że jeśli tylko zabłądzicie w gąszczu wąskich uliczek, na pewno odnajdziecie perełki. Mój spacer rozpoczęłam od centrum. Tuż za kościołem jest publiczny parking i to właśnie tam można zostawić samochód i stamtąd ruszyć na podbój miasteczka. 

Przy placu głównym, gdzie w każdą niedzielę odbywa się mercado, stoi imponujących rozmiarów kościół p.w. św. Jana Chrzciciela (Església de Sant Joan Baptista). Ukończona na początku XVII wieku została zaprojektowana w stylu gotyckim, ale wyposażenie reprezentuje już barok. Z opisów wynika, że ma jedną nawę i siedem ołtarzy bocznych, niestety nie mogłam tego sprawdzić osobiście, gdyż, jak się już pewnie domyślacie, kościół był zamknięty na cztery spusty. W sąsiedztwie świątyni, wzniesiono ogromną dzwonnicę. Natomiast po przeciwległej stronie ryneczku, stoi budynek ratusza. 

Następnie zagłębiłam się w labirynt wąskich uliczek i praktycznie na każdym kroku wpadałam w zachwyt. Większość budynków to proste domy charakterystyczne dla tej części wyspy. Ale wśród nich co jakiś czas pojawia się nietypowa fasada, która od razu przyciąga wzrok. Niestety wiele też tych pięknych budynków powoli popada w ruinę. Ma to co prawda swój urok, jednak łezka w oku się kręci na myśl o przyszłości tych budynków. Gdybym tylko była milionerką, to może chociaż niektóre udało by mi się posiąść i je odrestaurować. 

Spacerowałam wąskimi uliczkami również w poszukiwaniu krzyży na rozstajach dróg i faktycznie kilka się znalazło, ale jak się możecie domyślić, trudno zrobić im sensowne zdjęcie, gdy tuż obok zaparkowany jest jakiś samochód, albo stoi znak... Takie uroki małych miasteczek i praktycznie niewidocznych zabytków. 

Co natomiast okazało się bardzo fotogeniczne, to liczne murale znalezione gdzieś na dawnych odrzwiach, czy zamurowanych oknach. I to nie byle jakie pomazane graffiti, a faktycznie sztuka, niekiedy pobudzająca wyobraźnię.

Krok za krokiem i nagle dotarłam na kraniec Muro, skąd rozciągały się niesamowite widoki na najbliższą okolicę. W tym momencie warto napomknąć, że miasteczko zostało zbudowane na szczycie wzniesienia. Nie jest ono jedynym przykładem takiego umiejscowienia osady, podobnie położone są np. Búger, Campanet czy Santa Margalida. W dodatku Muro leży zaledwie 10 km od wybrzeża, więc perfekcyjnie widać stamtąd Zatokę Alcudii. 

Gdy już się napawałam rozległymi krajobrazami, przeszłam na drugą stronę miasteczka, gdzie moim punktem docelowym był kościół p.w. św. Anny (Convent de Santa Ana). Niegdyś był to niewielki kościółek, który w 1548 roku ofiarowano przybyłemu do Muro zakonowi Minimitów. Rozbudowali oni świątynię i dobudowali do niej klasztor. Chciałabym Wam powiedzieć nieco więcej na jego temat, ale oczywiście drzwi były zamknięte. Z ciekawostek mogę napomknąć, że wewnątrz znajdują się organy procesyjne (?), jedyne na Majorce, które można zabrać ze sobą na procesję, w szczególności tę w Boże Ciało. Początkowo trudno było mi je sobie wyobrazić, ale potem sobie wygooglałam, jak to może wyglądać: w specjalne uchwyty wkładano pręty i dzięki temu organy można było nieść niczym nosze. I podczas kolejnych stacji zatrzymywano się i organista mógł akompaniować chórzystom. Słyszeliście może o podobnych organach gdzieś w Polsce? 

Później zahaczyłam jeszcze o kapliczkę de la Sang (Esglesieta de La Sang), którą bardzo trudno nie zauważyć. Jest bardzo wyróżniającym się budynkiem spośród architektury i stoi przy głównej ulicy, więc nawet jedynie przejeżdżając przez Muro, na pewno ją dostrzeżecie. Wygląda jak wyjęta z innej scenerii. Tym samym przyciąga wzrok. Niestety poza frontem, nie udało mi się zobaczyć nic więcej. 

Szczerze, nie spodziewałam się żadnych zachwytów, a tu proszę, Muro naprawdę miło mnie zaskoczyło. Może nie jest to miejsce idealne dla turystów, czy nawet, żeby tylko wybrać się do baru na obiad, ale na pewno ma w sobie to coś i cieszę się, że w końcu zebrałam się w sobie i wybrałam się tam na spacer i pewnie jeszcze nieraz tam wrócę. Być może odkryję kolejne perełki. 

Wielu powiedziałoby, że Muro jest nudne, nieciekawe, może nawet brzydkie. I mieliby w pewnym sensie rację, bo Muro nie jest miasteczkiem na pokaz, nie jest nastawione na turystów, więc nie musi się starać o katalogowy image. Dzięki temu, Muro jest po prostu naturalne, jest sobą. Taka właśnie jest Majorka. Bo ta największa z wysp archipelagu Balearów, to nie tylko te rajskie plaże i urokliwe miasteczka Tramuntany. Majorka to też te wszystkie miasteczka skrywające rolniczą historię wyspy. Majorka ma wiele twarzy i może dlatego czuję się tutaj jak w domu, bo moje rodzinne Kaszuby też przecież mają wiele twarzy. 

I takim oto akcentem, kończę ten post i jednocześnie kończę ten rok na blogu. Jeśli wyrobię się w czasie, to, jak co roku, 1 stycznia powinien się pojawić post podsumowujący. Być może wielu chciałoby zostawić ten rok już za sobą, ale ja mam jeszcze kilka rzeczy do powiedzenia na jego temat, więc musicie mi wybaczyć. Tymczasem życzę Wam wszystkiego dobrego na te ostatni dni grudnia. Pozdrawiam

P.S. Nie sądzicie, że przeszłam samą siebie z tym nadzwyczaj imponującym tytułem posta? :D 

7 komentarzy:

  1. O tak, tutuł ciekawy :). Dostrzegam i doceniam ogrom pracy włożonej w jego wymyślenie :). Zawsze mi się robi cieplej od Twoich zdjęć, dzisiaj też.
    Małe miasteczka mają ogrom uroku ale podobnie jak Ty uważam, że najczęściej ten urok potrafią dostrzeć jedynie turyści. Dla mieszkańców jest to poprostu miejsce do życia, nie wyszukują detali a już na pewno nie robią tysiąca zdjęć każdej napotkanej fajnej rzeczy. Wiesz, że ja często zastanawiam się nad tym, że coś co dla mnie jest atrakcją, np. fajne drzwi, ciekawa klamka, kot wylegujący się na balkonie, odpadający ze ścian tynk, poniszczone azulejos dla przeciętnego mieszkańca jest elementem codzienności. Ciekawe co sobie o mnie myślą widząc jak robię zdjęcie drzwi z różnych ujęć albo wyżywam się artystycznie na ścianie wołającej o renowację. Podobne przemyślenia mam w miejscach dla nas egzotycznych, np. na targowisku w Tajlandii - robiłam zdjęcia egzotycznych owoców i jaj krokodyla a pewnie pani straganiarka myślała sobie: ale ta turystka jest dziwna, pochodzi z bogatej Europy albo nawet z jeszcze bogatszej Ameryki, a robi zdjęcia jack fruita :).
    Do robienia zdjęć telefonem nie przekonam się chyba nigdy chociaż dostrzegam pozytywy. Mam lustrzankę i ciężko upchnąć ją w kieszeń :). Może to też kwestia smartfona, który swoje lata już ma i nie mogę wymagać od niego cudów, chociaż swoje funkcje spełnia bez zarzutów i wygląda jak nowy bo nie ma żadnej rysy hi hi hi.
    Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, zdrowia, normalności, normalności i jeszcze raz normalności bo to właśnie jej brak przewrócił nam życie do góry nogami. Niech już wszystko wraca na swoje tory i będzie po staremu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać obszerny tytuł posta wymaga odpowiednego komentarza :)

      Usuń
    2. Wzięłam sobie do serca Twoje słowa i stąd właśnie taki abstrakcyjny tytuł :D

      Osobiście uwielbiam te majorkańskie miasteczka. Mają swój niepowtarzalny klimat. A co do fotografowania, to ja też kiedyś tylko aparatem robiłam zdjęcia i nie rozumiałam, jak można do tego używać telefonu, ale odkąd zostałam zmuszona kupić sobie nowy smartfon a potem porównałam jakość zdjęć, aparat leży w szafie, no ale to nie była żadna lustrzanka. Właściwie to zastanawiam się nad kupnem aparatu z prawdziwego zdarzenia, ale nie wiem, jak się do tego zabrać.

      Dziękuję za życzenia. Tobie też życzę najnormalniejszej normalności ;)

      Usuń
  2. Posz piszno tej Majorce, bo k potrsebuje dużo informacji :) maz moj wadl na pomysł że chxe jechać na Majorkę jak tylko sytuacja się uspokoi i wszystko wróci do normy. Zszokował mnie tym bardzo, a ja się mu przecież sprzeciwach nie będę :)
    Te miasteczka to moje klimaty, uwielbiam dreptac między starymi obdrapadnymi budynkami i ładować baterie oj uwielbiam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale fajnie! Mam nadzieję, że na wiosnę wszystko się uspokoi i będziecie mogli planować wyjazd. Gdybyście mieli jakieś pytania, wątpliwości, to piszcie, z chęcią pomogę :)

      Usuń
    2. Oczywiście i licz na to że mogłybyśmy się spotkać i z tego byłby fajny wpis Norwegia i Majorka na szlaku :)

      Usuń
    3. Norwegia i Majorka na szlaku po polsku ;) Byłoby fantastycznie :)

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)