1 stycznia 2021

Podsumowanie roku 2020

Ach... Najprościej rzecz ujmując, ten rok był do d***. Mam wrażenie, że każde pokolenie jest skazane na cierpienia. Mam świadomość, że zawsze mogło być gorzej, ale i tak ta cała pandemia nieźle nam wszystkim dała w kość. A najgorsze, że choć ten felerny rok już się skończył, wirus wciąż się po tym świecie panoszy. A przynajmniej tak twierdzą... Bo ja go na własne oczy nie widziałam. 

Mogłabym narzekać, że to najgorszy okres w moim życiu, ale tego nie zrobię. Wiecie dlaczego? Bo przeanalizowałam sobie te wszystkie pamiętne chwile 2020 roku i okazuje się, że pomimo tego całego gówna, mam całe mnóstwo przepięknych wspomnień. 

Zanim zabrałam się za pisanie tegorocznego podsumowania, przeczytałam sobie ubiegłoroczne i sama się zdziwiłam, ile się wydarzyło 2019 roku. Wielu rzeczy pewnie bym już nie potrafiła umiejscowić w czasie, ale dzięki takiemu streszczeniu, powtórzyłam sobie w głowie cały tamten rok. I nawet jeśli nikt tego nie czyta, no bo kogo interesuje moje życie, sama sobie robię takim podsumowaniem, fajną pamiątkę na przyszłość. Usystematyzuję sobie też co nieco niektóre wspomnienia. I przede wszystkim będę miała czarno na białym, że 2020 wcale nie był rokiem straconym. 

Na blogu zrobiło się jakby ciszej. Wiele osób przestało zaglądać, bo i po co się katować słonecznymi widokami z Majorki, skoro nie można nigdzie pojechać? Ale mnie to nie przeszkadza. Ten blog nie ma być na pokaz. Nigdy moim celem nie było zarabianie na ilości wyświetleń, ani nic takiego. To jest po prostu mój mały kącik w sieci, w którym każdego gościa miło przywitam. Z otwartymi ramionami witam z każdym nowym postem, moich stałych czytelników. Nie będę z imienia wymieniać, bo Wy doskonale wiecie, kto tu regularnie zagląda. Bardzo Wam dziękuję za wirtualne wsparcie i każdy pozostawiony komentarz, który jest niczym paliwo dla mojej weny. 

W 2020 roku opublikowałam 35 postów. Aż o jeden więcej niż w 2019 :D Pojawiło się pod nimi 259 komentarzy. Najwięcej pod tekstem dotyczącym moje życia w czasie zarazy - To nie tak miało być. Natomiast najczęściej czytanymi postami okazały się Colonia de Sant Pere i Ermita de Betlem. Natomiast ten z najmniejszą ilością wyświetleń, to relacja z Muro - ale wcale się temu nie dziwię, bo post został opublikowany zaledwie kilka dni temu.


Co działo się w 2020 roku?

STYCZEŃ

Początek roku spędziłam w Polsce. W domu. Z rodziną. Wiedzieliśmy, że przez długi czas się nie zobaczymy, bo nie planowałam powrotów do Polski aż do wakacji. Nikt jednak nie przypuszczał, że wydarzy się coś, co przewróci do góry nogami cały świat. 

Urodziny spędziłam już na Majorce. Świętowałam je na plaży, w samotności - coś czego naprawdę wtedy potrzebowałam. Nigdy nie przepadałam za swoimi urodzinami i nie lubię być w centrum uwagi, gdy wszyscy śpiewają ci Sto lat, także tamten dzień, to była naprawdę miła odmiana. A kilka dni później, nareszcie mogłam uczestniczyć w największej i w najbardziej majorkańskiej fieście na wyspie - Sant Antoni. Szkoda, że w tym roku, nie będę mogła powtórzyć tego niezwykłego doświadczenia, bo niestety znowu jesteśmy coraz bardziej ograniczani...

Na blogu bez szału. Zaledwie trzy nowe posty, z czego jeden to podsumowanie ubiegłego roku. 


LUTY

W lutym opisywałam Wam, co i jak z tym św. Antonim na Majorce. Poza tym był to ostatni miesiąc karnawału, więc na wyspie się działo, działo, co również zdążyłam opisać jeszcze w lutym. Poza tym porobiłam nowe znajomości, a jedna wciąż jest bardzo żywa. No i widziałam pierwszy z kilku naturalnych skalnych łuków na Majorce - Es Pontas, o którym pisałam już w marcu.

MARZEC

W marcu zawaliło się życie wielu. W marcu świat zrobił pierwszy krok w stronę swojego końca. Już od dawna słyszało się co nieco o tym, co działo się w Chinach. Zaczęłam oglądać relacje Polaków mieszkających w tamtym regionie i byłam nieco przerażona tym wszystkim. A potem słyszało się o Włochach. Kwarantanna była tuż tuż. Na niecały tydzień przed kompletnym zamknięciem, nowo poznana koleżanka, zaproponowała, że może byśmy się gdzieś wybrały, ale ostatecznie strach wygrał i ten szalony weekend, kiedy w sklepach brakło papieru toaletowego, spędziłam w domu. Nie miałam pojęcia, że to wszystko tak bardzo się przeciągnie... 

A na blogu pojawiły się relacje z jeszcze lutowej wycieczki na południe wyspy: Es Pontas, Modragó i Santanyí.


KWIECIEŃ

Dwa tygodnie kwarantanny za nami, a ja już byłam tak bardzo zmęczona. Dla wszystkich aupair to był bardzo trudny czas, bo dzieci przestały chodzić do szkoły, a rodzicie zaczęli pracować z domu, więc to był okres totalnego chaosu. A do tego wszystkiego nawet nie można było wyjść z dziećmi na spacer... Kładłam się spać wcześniej niż one... Mam nadzieję, że to już nigdy więcej się nie powtórzy. Nie jest normalnym, żebyśmy byli zamknięci we własnych domach bez możliwości jakiegokolwiek odreagowania. Jestem pewna, że nawet najwięksi ekstrawertycy po pewnym czasie mieli dość swoich współlokatorów. 

Na blogu powstał w tym czasie wpis właśnie na temat życia aupair w czasach zarazy i jakiś zaległy spacer po Palmie jeszcze z czasów przed pandemią. Nic nowego nie mogłam wymyślić, gdy moją największą rozrywką było wyjście do piekarni po chleb...

A Wielkanoc, którą miałam spędzić w Andaluzji, spędziłam na tarasie zajadając się gotowanym jajkiem. Kwiecień to chyba był najdłuższy miesiąc 2020 roku. 

MAJ

Nawet sobie nie wyobrażacie z jaką niecierpliwością czekałam na moment, w którym będę mogła wreszcie wyjść na dłuższy spacer, samotnie, by cieszyć się pięknem świata i pięknem ciszy. Nawet się wystroiłam na tę okazję i z zegarkiem w ręce czekałam aż wybije godzina 20, bo dopiero wtedy mogłam legalnie wyjść z domu. Jak sobie teraz o tym myślę, to mam wrażenie, że to wszystko to był tylko jakiś zły sen, niezbyt przyjemny film apokaliptyczny. Ale nie, to była rzeczywistość i wszystko wskazuje na to, że jeszcze się to nie skończyło. 

Moja wizja spokojnego spaceru w samotności, szybko zderzyła się rzeczywistością. Wszyscy mieli taki sam plan jak ja, więc ogólnie to było bardzo tłumnie. Ale i tak byłam wniebowzięta zachodzącym słońcem, szumem fal i przede wszystkim wolnością. To chyba był najbardziej wzruszający moment roku. 

Od tamtego momentu luzowali nam ograniczenia i wracała nam nadzieję, że jesteśmy blisko powrotu do normalności. Teraz już wiem, że to była tylko iluzja. Na szczęście bardzo piękna iluzja, która sprawiła, że ten rok nie był aż taki zły.

A jak tylko można było wyjść nieco dalej niż 1 kilometr od domu, umówiłam się z długo nie widzianą koleżanką na pierwszą pandemiczną wyprawę. Przyjechała z koleżanką i w tamtym momencie, żadna z naszej trójki, nie mogła wiedzieć, że staniemy się tak zgraną ekipą i odkryjemy tak wiele pięknych miejsc na Majorce. Dziękuję, Dziewczyny. 

Ten maj zdecydowanie był jednym z piękniejszych miesięcy w moim życiu. Na blogu co prawda była wielka cisza, ale poza blogiem działo się tyle, że mogłabym książkę napisać. 

CZERWIEC 

Czerwiec okazał się bardzo aktywnym miesiącem. Każdego tygodnia pięć dni bardzo roboczych, a weekendy w rozjazdach. Mnóstwo pięknych miejsc, tysiące zdjęć, godziny szalonych rozmów, nowe znajomości. Wydawałoby się, że nie miałam czasu już na nic więcej. Ale byłam tak podekscytowana życiem i tymi wszystkimi wyprawami, że blog wreszcie ożył. Pojawiły się aż cztery (!) posty: Czas płynie a świat się zmienia, Puig de María, Uciekając przed deszczem, Kierunek Orient. I oczywiście zebrałam mnóstwo materiału na nowe wpisy. Z czego niektóre miejsca czekają jeszcze na swoją kolej. 

LIPIEC

Lato w pełni. Majorka nieco się ożywiła, ale to i tak nie było to samo. Ja jednak nie narzekałam. Wreszcie zobaczyłam taką Majorkę o jakiej marzyłam. I w tym momencie nasuwa mi się taka myśl: uważaj o czym marzysz, bo to się może spełnić. Było pięknie, nie mówię, ale jak pomyślę sobie o tych wszystkich negatywnych następstwach pandemii... 

Ponieważ majorkańskie lato nie jest najlepszym okresem na piesze wędrówki, trochę przystopowałyśmy z naszymi wypadami, co nie znaczy, że nic się nie działo. Po raz pierwszy wybrałam się na spacer do s'Albufery, którą niegdyś miałam tak blisko. Spędziłam piękny dzień na plaży z moją Siostrą. Dotarłam wreszcie do prehistorycznego cmentarzyska w okolicach jeden z moich ulubionych plaż Son Real. Poza tym odkryłyśmy niesamowitą jaskinię i zobaczyłyśmy kolejny naturalny skalny most, o czym pisałam całkiem niedawno (tutaj). A pod koniec miesiąca wybrałam się wreszcie do Polski i zrobiłam niespodziankę rodzicom, bo nie mieli pojęcia, że przylatuję.

Natomiast na blogu opublikowałam relacje z czerwcowych wypadów do Campanetu i Selvy.

SIERPIEŃ

Miesiąc rozpoczęliśmy rodzinną wycieczką w okolice Borów Tucholskich. A już następnego dnia byliśmy na krańcu Polski. Plan był co prawda trochę inny, ale przecież nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Poza tym pierwsza połowa sierpnia to był przede wszystkim leniwy czas i odpoczynek po trudach hiszpańskiej kwarantanny. A potem zaczęły się pożegnania. Najpierw z rodziną (wtedy jeszcze wszyscy mieliśmy nadzieję, że Boże Narodzenie spędzimy razem), a potem z kolejną towarzyszką podróży, która z dnia na dzień zmieniła plan i szybciej wyjechała z Majorki. Ale zanim się pożegnałyśmy, udało nam się wybrać na długo odkładaną wycieczkę po wschodnim wybrzeżu. Niestety nie zdążyłam jeszcze napisać relacji z tej wyprawy. Ale w tamtym miesiącu udało mi się napisać coś o Polsce (Koniec Polski końcem Unii Europejskiej) i o dwóch majorkańskich szczytach: Santa Lucía i Santa Magdalena

WRZESIEŃ

Jakby pandemia nie była już wystarczającym nieszczęściem, na Majorce wybuchł pożar, który był widoczny z wielu miejsc, w tym z mojego łóżka, więc zrobiło to na mnie podwójnie ogromne wrażenie. Skłoniło mnie to też do napisania posta na temat parku naturalnego s'Albufera, który stał się główną ofiarą płomieni. Wcześniej natomiast publikowałam relacje z miasteczka Cala d'Or i z plaży Bóquer. Poza tym udało mi się dotrzeć do Ermity Bonany, o której jeszcze nic nie napisałam. A w życiu zrobiło się trochę luźniej, bo dzieci wróciły do szkoły, co znaczyło, że miałam więcej czasu na czytanie. 

PAŹDZIERNIK

W październiki mieliśmy długi weekend, który wykorzystałam na maksa. W dodatku w odwiedziny przyjechała koleżanka Czeszka, więc wybrałyśmy się na szlak razem. Zaliczyłyśmy trekking w Randzie, a także zrobiłyśmy sobie sentymentalne spacery po najczęściej odwiedzanych przez nas miasteczkach. A kiedy Kristyna wróciła do domu, ja spędziłam wolny poniedziałek na eksplorowaniu najstarszego miasteczka centralnej Majorki - Sineu i niepozornego Llubí. Innego dnia dotarłam zupełnie przypadkiem do niezwykłego kościoła bez dachu. Wrażenia niezapomniane. Udało mi się również wybrać nad, długo czekającą na liście, zatoczkę w Deii

LISTOPAD

Był to raczej leniwy czas. Nie było wielu trekkingów, ale jedynie spokojne spacery po okolicach już mi znanych. Mimo to, odkryłam kilka nowych miejsc. W szczególności podobał mi się trekking po wybrzeżu w Cala Ratjada. Na blogu zaś powoli nadrabiałam zaległości w pisaniu; pojawił się wpis z Son Servery oraz z przylądka n'Amer. W listopadzie miałam jeszcze nadzieję na święta w Polsce, ale szybko się ta nadzieja ulotniła. 

GRUDZIEŃ

Nawet nie wiem, kiedy ten cały miesiąc zleciał. Była przedświąteczna gorączka, oczekiwanie na te inne święta i nagle jesteśmy już w nowym roku... Ale i tak udało mi się w tym krótkim miesiącu sporo nowego zobaczyć. Dotarłam do dwóch nieznanych mi dotąd miasteczek: Villafranca, Sant Joan i Montuiri. Jeszcze nie wiem, kiedy coś o nich napiszę, bo muszę się jakoś z tym wszystkim zorganizować. Zatrzymałam się też w końcu w Muro - o tym miasteczku opublikowałam post jeszcze w tym tygodniu, także jest świeżutki. Następnie eksplorowałam kolejną z majorkańskich jaskiń w Portocristo. A innego dnia miałam wolne i mogłam się wybrać na dłuższy trekking po okolicy do Es Caló, o czym również jeszcze nic na blogu nie pisałam. Pojawił się natomiast post traktujący o tradycjach świątecznych na Majorce - Boże Narodzenie pod palmami, a także relacja z lipcowej wycieczki do jaskini Pirata

I takim oto sposobem przeszliśmy przez te dwanaście miesięcy. Może nie było w tym roku zbyt wielu lotów samolotem, tygodniowych wakacji w innym kraju, może było ciężko, może brakowało nadziei i optymizmu, ale mimo wszystko, to nie był rok stracony. Prawdopodobnie każdy z nas nauczył się czegoś nowego. Każdy z nas docenił prawdziwą wolność. Być może wielu zatrzymało się i przeanalizowało własne życie. Może i chcielibyście zapomnieć te ubiegłe 366 dni, ale czy na pewno? Czy w tym całym szambie, nie znalazła się choć jedna piękna chwila, którą chcielibyście wspominać do końca życia? Co się wydarzyło, już się nie odstanie. Być może wirus zamieszkał z nami na dobre. Być może już umarła normalność jaką znaliśmy. Ale to nie znaczy, że nie możemy się cieszyć z tego co mamy. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Nie musimy od razu zakochiwać się w tym nowym życiu, ale przynajmniej podajmy sobie ze światem rękę na zgodę. Może dojdziemy do jakiegoś konsensusu i wszystkim znów będzie żyć się lepiej. Tego właśnie Wam życzę na ten nowy rok. Dobrego i spokojnego życia. Życzę również zdrowia, nadziei i optymizmu.

10 komentarzy:

  1. Jak to kogo interesuje Twoje życie? Mnie! I myślę, że wszystkich tu zaglądających. I powiem Ci coś jeszcze - po tym wpisie w ogóle nie widać, żeby to był popier...niczony rok. Ale wiem że był tylko może w pięknej majorkańskiej scenerii jakoś tak wszystko ładniej wyglądało... I to g...o śmierdziało trochę mniej.
    Właśnie też jestem na etapie pisania podsumowania i jak nigdy mam w głowie milion tytułów, niestety wszystkie niecenzuralne :). Co mnie samą zdumiewa bo ja nie przeklinam.
    Jaki był ten rok wiemy wszyscy, myślę że dla każdego podobny. Ale masz rację pisząc, że wydarzyły się też dobre rzeczy, przy okazji nauczyliśmy się cieszyć z drobiazgów a pewnie i wielokrotnie z tego, czego może w normalnym życiu nawet byśmy nie dostrzegli.
    Ten rok poprostu musi być lepszy, innej opcji w ogóle nie biorę pod uwagę. Wiem, że to nie będzie całkowity powrót do normalności, prędzej normalność w nowej wersji ale niech już poprostu skończy się to wszystko. Myślę, że opinie dotyczące pandemii mamy podobne albo nawet identyczne.
    Z całego serca życzę Ci, żeby to był dużo, dużo, dużo lepszy rok, z wieloma możliwościami i szansą na ich wykorzystanie, sobie samej życzę tego samego. Jak tylko nie będzie gorzej to już będzie dobrze. Uściski i wszystkiego co najlepsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym wpisem sama sobie chciałam udowodnić, że ten rok nie był czasem straconym. Były momenty, że już naprawdę miałam wszystkiego dość, ale dzięki ludziom wokół, udało się przetrwać te najtrudniejsze chwile i koniec końców nie mogę aż tak bardzo narzekać. Mam nadzieję, że ten 2020 to było takie dno, od którego w 2021 się odbijemy i już będzie tylko lepiej. Tego nam wszystkim życzę.
      Też miałam ochotę wyżyć się nieco na klawiaturze pisząc ten post, ale jakoś grubsze przekleństwa nawet przez palce mi nie przechodzą :D Z niecierpliwością czekam na Twoje podsumowanie, bo wiem, że i dla Ciebie to nie był taki całkiem gówniany rok.
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  2. Dzień dobry. W ciągu ostatniego roku każdego miesiąca przeszedłeś przez wiele interesujących rzeczy. Szczęśliwego Nowego Roku 2021, mam nadzieję, że ten rok będzie lepszy niż w zeszłym.
    Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że każdy miał jakieś dobre chwile w 2020, a w tym roku będzie ich jeszcze więcej, a zmartwień znacznie mniej ;)
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Así es Jula. A pesar de todo, el mal año pasado nos dejó algunos, pocos, buenos recuerdos que esperemos que este que comenzamos sean muchos más y mejores.
    Feliz 2021. Que sea muy bueno para tí. Cuídate.
    Un abrazo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siempre hay cosas buenas en todo, simplemente hay que mirar bien. Pero esperemos que éste año nuevo sea mucho mejor.
      Besos

      Usuń
  4. Jula zaimponowałaś mi tą ilością wpisów. Kurcze, ja to się ociągam i to strasznie. Az mi wstyd że tyle mam jeszcze w szufladzie zdjęć i miejsc nie opisanych 🙈 normalnie zabieram się do roboty :) takich ludzi jak Ty mi potrzeba, motywujących bo to chyba nam teraz zostało... Ale nie jest źle bo pierwszy wpis już na blogu. To moj drugi wpis z cyklu "podsumowanie" nie robie takich wpisów, bo jakoś nie lubię pisać o tym co było, ale teraz czułam się jakaś zagubiona i pomyslalam że jak napisze może podniosę się troszkę na duchu...
    Julcia pisz kochana i nie oglądaj się za siebie, dzięki Twojej Majorkę cieplej mi i na duszy i ciele
    Wszystkiego dobrego w Nowym Roku ❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, a ja się linczuję, że tak mało pisałam, choć mam tyle tematów i miejsc do opisania. Ale z drugiej strony, przecież nie ilość, a jakość się liczy. Także spokojnie, nie spiesz się, pisz w swoim tempie. Wiem, że naprawdę warto czekać na Twoje posty. Zawsze zaskoczą mnie czymś ciekawym i te niesamowite zdjęcia norweskich krajobrazów...

      Dziękuję za tak miłe słowa. Mnie udaje się motywować innych, a mnie motywują właśnie takie komentarze jak ten. Dziękuję. I również życzę szczęścia w tym Nowym Roku. Wierzę, że będzie lepszy ;)

      Usuń
    2. Fajnie ze można motywować się nawzajem i fajnke ze są takie osoby :)
      Mi zostało jeszcze kilka miejsc do pokazania, tylko u mnie z czasem gorzej. Ja dużo pracuje, a jak przychodzę z pracy jestem trochę zmęczona a to odbiera siły niestety.

      Czekam już na wiosnę żeby pojechać gdzieś, a to kolejny problem bo od nas wszedzie jest strasznie daleko. Musimy przejecha dobre 200 km a po Norwegii to ponad pół dnia także jednodniowe wycieczki żadko robimy... No ale nikt nie mówił że będzie łatwo :)
      Milegv dnia życzę i uciekam do pracy :)

      Usuń
    3. Bardzo dobrze Cię rozumiem; prowadzenie bloga to czasami jak drugi etat.

      Miałam podobny problem jak mieszkałam w Polsce, wszędzie było daleko. Natomiast na Majorce wszędzie jest blisko, przynajmniej w teorii, bo jak sobie tutaj trochę pomieszkałam, to zmieniła mi się perspektywa i teraz takie 100 km w jedną stronę, to jak wyprawa na koniec świata...

      Pozdrawiam

      Usuń

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)