S'Estanyol de Migjorn ~ trekking po południowo-wschodnim wybrzeżu Majorki

Tam i z powrotem obchodzi kolejne urodziny! Które to już? Ósme! Czyż to nie jest niewiarygodne? Skoro blog ma już osiem lat, to jak ja się musiałam zestarzeć...? A mam wrażenie, jakbym wciąż była dzieckiem. Ale chyba o to chodzi, żeby pomimo upływających lat, czuć się młodo i nie przejmować zanadto, bo co ma być to będzie, a to co przeżyjemy teraz, to już na zawsze będzie nasze. Z okazji Dnia Dziecka życzę Wam, żeby Wasze życie było beztroskie i pełne dziecięcej radości ;) A teraz zapraszam na dalszą część, w której zabiorę Was na spacer po południowym wybrzeżu.

Kto czyta uważnie, ten wie, że jak mam jechać na drugi koniec wyspy, to dopada mnie leń i najczęściej kończy się na bliższych kierunkach. Jednak gdy się z kimś umówię na wspólną wycieczkę, no to wtedy głupio w ostatniej chwili wszystko odwołać. Wstałam więc o ósmej, co niestety łatwe nie było, bo ja rannym ptaszkiem zdecydowanie nie jestem, zjadłam szybkie śniadanie, plecak na szczęście miałam spakowany już wieczorem i ruszyłam w godzinną podróż samochodem na przeciwległy koniec Majorki. 

S'Estanyol de Migjorn

S'Estanyol jest niewielką miejscowością letniskową w sąsiedztwie dużo bardziej znanej Sa Rapity. Jest tam niewielki port, restauracyjki, apartamenty turystyczne (dużych hoteli brak) i przede wszystkim bardzo łatwo dostępna plaża. Jeśli ma się szczęście można zaparkować przy samym wejściu. Jednak nie jest to zbyt ładny parking; częściowo tak, ale przy tak dużej ilości samochodów, jakie tam przyjeżdżają, wszystkie się nie mieszczą i parkują na niewybrukowanym terenie, gdzie są wyboje i mogą się zdarzyć dość głębokie kałuże po deszczu. Niektórzy, jakby mogli, to by na plażę tym samochodem chyba wjechali i może nawet z niego nie wychodzili. Nie potrafię zrozumieć, jaki to problem zaparkować kilkadziesiąt metrów dalej w normalnym miejscu i po prostu troszkę się przejść do plaży? Tak właśnie zrobiliśmy my. Z centrum na plażę spacer trwał niecałe pięć minut! Jednakże tego dnia wcale nie mieliśmy w planie plażowania a trekking, póki jeszcze się da. 

Plan był taki, żeby dojść wzdłuż wybrzeża do wieży s'Estalella, jakieś 4,5 km tam i z powrotem. Miało być lekko i tak faktycznie było. Do tego stopnia, że kiedy doszliśmy do wieży, stwierdziliśmy, że przejdziemy się jeszcze kawałek, nawet pomimo słońca dającego się już we znaki i w efekcie tego dnia zrobiliśmy 10 km. Trasa jest naprawdę łatwa, bo nie ma żadnych znaczących przewyższeń terenu ani męczących piaszczystych odcinków i cały czas idziemy po klifie wzdłuż wybrzeża, więc nawet nie trzeba wyciągać mapy. Jedyną niedogodnością jest brak cienia. 

Powered by Wikiloc

Na trasie, oprócz tej pierwszej plaży Racó de s'Arena i kilku mniejszych w sąsiedztwie latarni morskiej, nie ma żadnych innych. Ponieważ klif jest dość wysoki, nawet nie ma dojścia do wody, toteż taka wycieczka nie jest najlepszym pomysłem na wakacyjny wypad, bo nawet nie ma gdzie się ochłodzić. Ale jestem pewna, że widoki są tak samo piękne latem jak i zimą. 

Wieża obronna s'Estalella

Do wieży dochodzimy w mgnieniu oka. Widać, że jest ona odrestaurowana. Niestety zamurowane zostało wejście do środka, więc nie ma możliwości, żeby wspiąć się na jej szczyt. Mimo wszystko i tak jesteśmy dość wysoko na klifie, więc rozciągają się przed nami piękne widoki: ogrom wody, zarys Cabrery na horyzoncie oraz zabudowania i wieża obronna na wybrzeżu Cala Pi.

Dopiero wstawiając zdjęcia do tego posta, zorientowałam się, że nie mam ani jednego z wieżą... :( Można ją co prawda dostrzec na poprzednim zdjęciu, ale niestety jest daleko i nie widać jej w całej swej okazałości.

Vallgornera

Ponieważ było jeszcze wcześnie i mieliśmy dość siły i chęci na dalszą wędrówkę, postanowiliśmy kontynuować trekking aż do Vallgornery. Dotarliśmy do pierwszych zabudowań i tam mogliśmy się nieco skryć w cieniu podziwiając luksusowe rezydencje. Pierwszy budynek robi naprawdę ogromne wrażenie, bardzo nowoczesny, praktycznie w całości przeszklony i oczywiście z basenem. Kto by nie chciał spędzić wakacji w takim miejscu? Ale i kolejne wille wyglądały imponująco. Wszystkie umiejscowione w pierwszej linii. Zastanawiam się tylko ile czasu da im Matka Natura, bo jak wiadomo morze z każdą falą wkrada się coraz bardziej w głąb lądu i w końcu ten klif runie. Dla właścicieli tych domów lepiej, żeby to nastąpiło później niż wcześniej. 

Z Vallgornery jest już rzut beretem do miasteczka Cala Pi. My jednakże zrezygnowaliśmy z tej opcji, bo przecież trzeba jeszcze wrócić. Poza tym i tak mam w planie pojechać do Cala Pi i stamtąd zrobić sobie trekking, więc na pewno jeszcze będę pisać o tym miejscu. Tymczasem wróćmy się do s'Estanyol, gdzie teraz zatrzymamy się na chwilę w cieniu latarni morskiej. 

W ogóle mam dla Was ciekawostko-zagadkę związaną z cieniem. Na całej trasie praktycznie nie wiało. Ale jak tylko skrywaliśmy się gdzieś w cieniu, tam już powiewało i momentami nawet robiło się chłodno. Jak to możliwe? Jak to się dzieje, że w słońcu nie wieje, a w cieniu już tak?

Robiło się coraz cieplej, pełne słońce i zero wiatru, ale w dobrym towarzystwie i przy wartkiej rozmowie, zupełnie się zapomina o takich niedogodnościach i zanim się obejrzeliśmy już byliśmy przy latarni.

Latarnia morska

Latarnia morska w s'Estanyol została wzniesiona na krańcu niewielkiego półwyspu Sa Punta de s'Estalella w drugiej połowie XX wieku i ówczesna technologia pozwalała, by od początku działała całkowicie automatycznie. Nie potrzebni byli latarnicy, a co za tym idzie nie potrzeba też było dobudowywać mieszkanka dla latarnika i przez to latarenka ma bardzo prostą formę. Na szczęście nie traci przez to uroku. W porównaniu z inną nowoczesną latarnią, którą widzieliśmy w Portopetro, ta naprawdę jest ładna. Pomimo tego, że nie jest zbyt wysoka i tak jest tam sporo cienia, który w szczytowych godzinach jest na wagę złota. 

Casetas de Pescadores

Tuż obok stoi niewielka urocza chatka. Na całej trasie było ich kilka. Są to dawne chaty rybackie. Powstały one tuż po wybudowaniu wieży obronnej w 1577 roku. Rybacy czuli się na tyle bezpieczni w sąsiedztwie wieży, że stopniowo zaczęli się tam osiedlać tworząc coś na styl wioski. Dodatkowym powodem, dla którego wybrali akurat ten obszar, to naturalny port utworzony przez niewielkie zatoczki. Casetas de Pescadores są unikatowym przykładem tego typu osadnictwa na Majorce. Zostały opuszczone w momencie, gdy na początku XX wieku utworzono miasteczko s'Estanyol. Na szczęście domki nie popadły w ruinę. Zostały zaadaptowane na niewielkie apartamenty turystyczne należące do gospodarstwa agroturystycznego Finca s'Estalella. Jeśli macie ochotę zobaczyć jak to wszystko wygląda, to podrzucam Wam tutaj filmik promocyjny: 


To nie jest wpis sponsorowany. Nawet nie mam z nimi żadnego kontaktu. Nie wiem, jak to wszystko funkcjonuje. Nie wiem, czy warto polecić, bo tam nie nocowałam. Ale na pewno warto sobie obejrzeć. Miejsce ma fajny klimat. 

Tydzień za tygodniem leci i czas wymknął mi się spod kontroli w wyniku czego ostatnio nic nowego się tutaj nie pojawiło. Ciągle sobie powtarzałam, że już czas, żeby przysiąść i coś napisać, ale zawsze było coś innego do zrobienia. Maj więc okazał się dość milczącym miesiącem. Nie wiem, jak będzie wyglądał czerwiec, ale coś czuję, że bardzo podobnie niestety. Niech chociaż więc zacznę ten miesiąc z przytupem, a potem zobaczymy. Co prawda dzisiaj miało być świętowanie urodzin bloga w terenie, ale oczywiście w ostatniej chwili przybyło mi obowiązków i się nie udało... Mam nadzieję, że chociaż Wy macie bardziej radosny Dzień Dziecka ;)

Komentarze

  1. Julcia GRATULACJE 🎊🎉🎈z okazji takiej rocznicy. Muszę przyznać że długo już jests w sieci. Życzę kolejnych owocnych lat i mnóstwo zaglądających ☺
    Pieszsz ze masz lenia jak masz jechać na drugą stronę wyspy. Nie wiem jaka to odległość i jak wygląda Majorka ale powoem Ci ze jak ja zaplanuję dla nas weekend to moj maz aż drży :) zbieram się właśnie na zachodnią stronę Norwegii, to tylko 450 km ale za to 8 godzin w aucie :) można jajo znieść od siedzenia w aucie :) wczoraj tez taki tam spacer u nas był nad rzeką ale żeby dojechać to 4 godzin w jedną stronę :)

    Kolejne piekne miejsce pokazałaś, lubię takie i faje jest oczywiście nacieszyć czymś innym niż tylko Norwegią 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 450 km to ponad cztery razy tyle, ile ja mam do przejechania, gdy chcę się dostać na drugą stronę. Najczęściej to około godziny jazdy, czasami 1,5h jeśli miejsce jest gdzieś w górach. Wiem, że to nic w porównaniu do odległości, jakie pokonujecie np. Wy, ale mieszkając na wyspie, zaczynasz się przyzwyczajać, że wszystko jest blisko i potem każda dłuższa wycieczka okazuje się wielką wyprawą.

      Usuń
  2. Gratuluję kolejnej rocznicy bloga!!!
    Ja Dzień Matki i Dziecka spędziłam w szpitalu. Zleciało mi tam prawie trzy tygodnie, bo rana po operacji trudno się goiła. Z chodzeniem nadal problem, dlatego chętnie zwiedzam korzystając w Twoich nóg. Majorkańskie widoki i klimaty to balsam dla mojej duszy, bo na razie tylko wirtualne zwiedzanie.
    Serdecznie pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę Ci dużo dużo zdrowia. Cieszę się, że jest już lepiej i wierzę, że niedługo będzie jeszcze lepiej ;)
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram