Ach, ta sielskość, angielskość

Sezon w turystyce powolutku zmierza ku końcowi, a to znaczy, że moje wakacje są coraz bliżej i coraz częściej łapię się na fantazjowaniu o podróżach. Mam tyle pomysłów i marzeń podróżniczych, że nie wiem od czego zacząć. Zauważyłam jednak, że wśród tych marzeń przodują przede wszystkim Wyspy Brytyjskie. Nasza lutowa z Monią podróż do Szkocji i Anglii obudziła moją dawną fascynację tym kierunkiem i nie przestaję szukać brytyjskich inspiracji podróżniczych, a tych jest cała masa. Ale zanim przyjdzie czas na nowe doświadczenia, czas najwyższy wrócić do wspomnień z tej zimowej podróży, bo za niedługo minie calutki rok, a ja na razie głównie o Edynburgu zdążyłam Wam opowiedzieć i to jeszcze nie w całości. Ponieważ Monia niedawno pisała o Yorku, nie chcę na razie powielać tematu i tym razem zabiorę Was na spacer po zielonych terenach deszczowej Anglii. Może ten deszcz nie brzmi zbyt zachęcająco, ale muszę Wam powiedzieć, że ja byłam nim zachwycona, bo właśnie na taką mokrą pogodę tam liczyłam, a jak może pamiętacie, Edynburg to nas kompletnie zaskoczył pięknym słońcem w środku zimy.

O moich pierwszych wrażeniach z Anglii już trochę pisałam tutaj i w tamtym wpisie wspomniałam jak sobie zawsze wyobrażałam angielską wieś, więc zacytuję teraz sama siebie:

Dla mnie angielska wieś to połacie zielonych łąk, wzgórza i pagórki, pasące się owieczki, samotne drzewa na rozległych terenach, wrzosowiska, strumienie i rzeczki i małe kamienne domki skupione w niewielkich osadach.

I właśnie na taką prawdziwą wieś zabrała nas Marta. Pogoda co prawda tamtego dnia nie rozpieszczała, ale nie dałyśmy się zastraszyć i ruszyłyśmy na wyprawę po sielskich rejonach Anglii. Ale zanim zaczęła się prawdziwa przygoda, wstąpiłyśmy na szybkie, ale jakże obfite i wysokoenergetyczne angielskie śniadanie. Nie jestem fanką angielskiej kuchni, a już tym bardziej ichniejszych tradycyjnych śniadań (jedzenie fasolki z samego rana do tej pory wydaje mi się dziwacznym zwyczajem), muszę jednak przyznać, że było naprawdę smacznie. A potem wsiadłyśmy w samochód, by przemierzyć brytyjskie bezdroża.

Za oknem szarość, ciemne chmury, po szybie mkną krople deszczu, a ja przeszczęśliwa, bo widzę wokół rozległe łąki i pola, zielone pagórki, kamienne murki ciągnące się kilometrami, a za nimi nawet i jakieś owce czasami się pojawiały. Przez wrzosowiska też jechałyśmy, ale już dawno przekwitnięte, chociaż moja wyobraźnia dała radę sobie i tak to wszystko zromantyzować.

Naszym celem był wodospad, ale nie byle jaki, bo z tego co mówią, jeden z najbardziej spektakularnych w całej Anglii - High Force. Znajduje się on na rzece Tess, która przecina górzyste tereny Północnych Pennin (The North Pennines Area). Wodospad spada z 21 metrów z ogromną siłą, która objawia się lekkim prysznicem, jeśli podejdziemy pod sam wodospad. Wejście na teren High Force jest płatne, więc po zaparkowaniu samochodu, kupujemy bilety w budce, gdzie starsza pani poza sprzedażą biletów zajmuje się też niewielkim sklepiko-barem, toteż swoje musimy odczekać, aby pani w spokoju obsłużyła wcześniejszych klientów, którzy jeszcze nie do końca są zdecydowani na co właściwie mają ochotę. Mówi się, że to na południu Europy czas płynie wolniej i nie ma pośpiechu, ale Anglia zdecydowanie jest w stanie śródziemnomorskim krajom w tym dorównać. Kiedy nadeszła nasza kolej, płacimy za bilety (4 funty za osobę) i dostajemy również wskazówki, gdzie powinnyśmy się teraz udać.

Przed wejściem na szlak miły pan sprawdza nasze bilety i pokazuje, którędy iść. Szlak to pętla. Najpierw idziemy wzdłuż rzeki, pośród drzew porośniętych mchem. Z każdym krokiem szum wody staje się coraz głośniejszy. Wreszcie za zakrętem pojawia się on - wodospad High Force, który swoją formą przypomina białą kurtynę. Idziemy dalej, aż znajdujemy się u stóp tego cudu natury. Na okularach osadzają mi się kropelki wody, na obiektywie również. Teraz już nie ma znaczenia, czy pada deszcz czy nie, bo i tak delikatnie otula nas mgiełka wody rozbijającej się o skały.

W wodospadach jest coś wyjątkowego. Niby tylko woda, a jednak człowiek zatrzymuje się, patrzy i brak mu słów...

Przed nami jeszcze jeden wodospad, więc powolutku wracamy na szlak i tym razem ścieżką położoną nieco dalej od rzeki idziemy do samochodu. Podjeżdżamy kawałeczek pod wejście na teren mniejszego wodospadu. Chwilowe przejaśnienie właśnie minęło i z nieba ponownie zaczął siąpić deszcz. A z cukru nie jesteśmy - nakładamy kaptury i ruszamy na poszukiwania kolejnego wodospadu.

Tutaj już wszystko za darmo, ponadto w gratisie mamy również przejście mostem zawieszonym nad rwącą rzeką. Ale najpierw musimy przejść kilkanaście metrów trochę po błocie, trochę po trawie, a trochę po skałach. Przejście przez most też było nie lada atrakcją. Drewniane deski mokre, więc trzeba było uważać, żeby się nie poślizgnąć. Most jednoosobowy i jeszcze delikatnie bujający się nad przepaścią. Sam wodospad był znacznie mniejszy niż High Force, no ale już sama nazwa Low Force wskazuje nam, że nie będzie on tak duży. Jest natomiast kaskadowy - kilkupoziomowy, więc wizualnie również robi wrażenie. I tutaj jakby więcej ludzi się pojawiło. Pomimo niezbyt sprzyjającej pogody, odwiedzających było całkiem sporo, więc aż się boję myśleć, jak popularne jest to miejsce, kiedy na niebie pojawia się słońce.

Nie zabawiamy tam długo, bo jednak deszczyk robi się nieprzyjemnie mokry. Wracając na parking jeszcze raz zachwycam się łąkami oplatającymi tutejsze wzgórza. Soczystość zieleni o tej porze roku była niezwykle zaskakująca. I to nawet w taki szary dzień. Krajobrazy, które zobaczycie na poniższych zdjęciach, idealnie obrazują moje wyobrażenia o wiejskiej Anglii. Byłam zachwycona. I jednocześnie nadal nie dowierzałam, że ja to wszystko widzę na własne oczy. Do tej pory trudno mi uwierzyć, że ja tam naprawdę byłam.

A na zakończenie wycieczki, żeby troszkę się rozgrzać, zatrzymałyśmy się w pobliskim miasteczku, gdzie wstąpiłyśmy do uroczej kawiarenki na herbatkę i słodkie ciacho. Kawiarenka również jak z powieści. Kilka stolików, sami lokalsi, a za barem starsza pani z szerokim uśmiechem - w dodatku nie jedna pani a dwie - aż się zaczęłyśmy zastanawiać czy przypadkiem nie są siostrami, którym udało się spełnić marzenie o własnym kąciku z domowymi wypiekami, gdzie każdy sąsiad może się poczuć jak u babci na herbatce. Oczywiście wzbudziłyśmy niemałe zainteresowanie wśród lokalnej społeczności, bo byłyśmy jedynymi turystkami w tym miejscu. Ale zostałyśmy bardzo miło przywitane i ugoszczone, nie obyło się również bez pytań o to skąd jesteśmy i co tu robimy. Mogłoby się wydawać, że Brytyjczycy są dość zamkniętym narodem, natomiast okazało się, że są niezwykle przyjaźnie nastawieni do drugiego człowieka i zawsze są w stanie rozpromienić swoim uśmiechem tę szarą rzeczywistość jaką mają na co dzień za oknem.

Komentarze

  1. Miałyście typową angielską pogodę. I taka jest nie tylko w lutym, bo ja taką miałam tam w lipcu. Tak, że standard, ale to ma też swoje uroki. Jak zresztą widać. Na angielskie krajobrazy napatrzyłam się z okien naszego wycieczkowego autokaru, bo nie zawsze jechaliśmy autostradą. I to było najpiękniejsze!
    A z Twojego angielskiego śniadania najbardziej podoba mi się... piękny talerz. Jadłam tylko grzanki, pomidora i czasem kiełbaskę. Ale przeżyłam. I chętnie bym wróciła:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie na taką pogodę liczyłam, więc wcale nie byłam nią zawiedziona haha A angielskie bezdroża uwielbiam - to taka Anglia z moich wyobrażeń.
      Też nie jestem fanką angielskiego śniadania i wcześnie rano to na pewno bym nic z tego nie przełknęła, ale zaczęłyśmy dzień troszkę później, więc śniadanko łatwo weszło i dało energię na cały dzień.
      Ściskam :)

      Usuń
  2. Ależ cudownie się to czyta ❤️ Mam wrażenie, że razem z Tobą można było przejść tym mokrym, zielonym szlakiem, poczuć deszcz na twarzy, usłyszeć szum wodospadu i na koniec schować się w tej małej, klimatycznej kawiarence na herbatę. 😊 Uwielbiam takie podróżnicze opowieści, w których nie chodzi tylko o miejsca, ale przede wszystkim o emocje i te drobne momenty, które zostają w pamięci na długo. I chyba właśnie ta deszczowa Anglia, z owcami, kamiennymi murkami i soczystą zielenią, ma w sobie coś absolutnie magicznego. ❤️ A Twoje „nie dowierzałam, że ja to wszystko widzę na własne oczy” chyba najlepiej oddaje, czym są prawdziwe podróżnicze marzenia. Piękny powrót do wspomnień! 🌿☔️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Emocje, momenty, ludzie... to właśnie najbardziej zapamiętujemy z podróży. Zdarza się, że nie pamiętam jakiegoś zabytku, ale pamiętam człowieka spotkanego raz w życiu, z którym rozmawiałam może 5 minut. Nauczyłam się już, że w podróżach nie chodzi o ilość i o odhaczanie kolejnych miejsc z listy, a o powolne smakowanie świata.
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. U Ciebie wsi angielska, u mnie w wakacje była irlandzka ...
    Serdeczności ♥️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Irlandia też na pewno piękna. Jeszcze nie miałam okazji przekonać się na własne oczy.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Ale klimatycznie to opisałaś! ❤️ I chyba pierwszy raz czytam, że ktoś pojechał do Anglii i naprawdę cieszył się z deszczu 😂☔️ Ale przy tych zielonych wzgórzach, kamiennych murkach i wodospadach faktycznie taka pogoda pasuje idealnie. A zakończenie dnia w małej kawiarence z herbatą i domowym ciastem – no bardziej po angielsku chyba już się nie da. 😍 I doskonale rozumiem ten problem z wakacjami: tyle miejsc w głowie, że najtrudniej zdecydować, od którego marzenia zacząć! 😄❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anglia bez deszczu, to nie Anglia :D Poza tym teraz to pogoda w trakcie podróży nie ma dla mnie większego znaczenia. Oczywiście super, jak jest ładnie, słonecznie, ale deszcz też ma swój urok ;) Z przyjemnością bym wróciła do Anglii, bo podczas ostatniej podróży tylko jej liznęłam.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  5. Taka deszczowa, zielona Anglia ma naprawdę niesamowity klimat. High Force robi wrażenie już z samego opisu, a ta mała kawiarenka na końcu brzmi jak idealne zakończenie wycieczki. Właśnie takie miejsca poza dużymi miastami chyba najlepiej oddają charakter kraju. Pięknie ♥ Miłego dnia!
    Angelika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To była taka Anglia z moich wyobrażeń. Byłam zauroczona.
      Pozdrawiam

      Usuń
  6. Kiedy zaczęłam czytać ten wpis i obejrzałam pierwsze zdjęcia zastanawiałam się skąd je wytrzasnęłaś. Potrzebowałam chwili żeby skojarzyć, że to był mój ostatni dzień i faktycznie pogoda była taka sobie. Nie podjęłam jeszcze decyzji czy napiszę u siebie o tych wodospadach i o miłych paniach z kawiarenki dlatego cieszę się, że część moich własnych wspomnień znajdę tutaj u Ciebie. A pamiętasz ile cyrku było, żeby zapłacić, i jedną z tych pań szukającą zasięgu na ulicy? Albo jak jedna z nich, po tym jak się dowiedziała, że jesteśmy z Polski, przyszła powiedzieć, że zna trochę polski i pochwaliła się znajomością słowa "łapa"? I jak dużo piesków było w tej malutkiej jak by nie było kawiarni?
    Właśnie dzisiaj się dowiedziałam, że od marca będę miała bezpośrednie loty do Edynburga, bez tej stresującej i szybkiej przesiadki w Amsterdamie 🙂.
    Lecę zaparzać drugi dzbanek herbaty z kulkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niesamowite, że byłyśmy w tych samych miejscach, a jednak zwracałyśmy uwagę na zupełnie inne elementy. Te białe domki, zielone łąki i mgła to chyba moje ulubione angielskie krajobrazy. No, może na równi z cmentarzami :D
      No jak mogłabym zapomnieć o tych jajach z terminalem? :D Ostatnio dość często do mnie wraca to wspomnienie, bo sama niekiedy miewam takie problemy w pracy. Wizyta w tej kawiarence byłam świetną decyzją. Byłyśmy tam króciutko, a zobacz ile pięknych wspomnień stamtąd mamy.
      Czyżbyś planowała powrót do Edynburga? Ja dość intensywnie myślę o Szkocji generalnie.
      U mnie dzisiaj wjechała pierwsza herbatka, ale na razie tylko zielona na rozpęd z rana. A na taką z kulkami, to będę musiała się do Ciebie wprosić :)
      Ściskam

      Usuń
    2. Jak już wspomniałam adres znasz, drogę też, zawsze będzie nam miło móc Cię gościć. Masz dożywotnie zaproszenie 🙂

      Usuń
  7. Ja w UK mieszkam już od 13 lat, ale wciąż odwlekałam swoją podroż do Szkocji, aż 5 lat temu mąż powiedział, że albo jade z nim albo jedzie sam, tak więc pojechałam i była to świetna decyzja! Od tego czasu uwielbiam Szkocję i jak tylko nadaża się okazja to jadę tam bez zastanowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba trudno nie polubić Szkocji. Dobrze, że mąż Cię namówił. W innym wypadku żałowałabyś do dzisiaj. A przecież masz tak bliziutko. W ogóle mam wrażenie, że cała Wielka Brytania jest piękna.
      Pozdrawiam

      Usuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram