Trekking szlakiem skazańców


Tamtego dnia jakoś nie mogłam się zwlec z łóżka. Nie żebym normalnie nie miała z tym żadnych problemów, ale tamtego dnia dopadł mnie leń potworny. No ale pogoda była przednia. Przecież nie mogłam tak po prostu zmarnować takiego pięknego dnia. I ostatecznie udało mi się w sobie znaleźć dość siły, żeby jednak spakować plecak i ruszyć na podbój północy. Nawet sobie nie wyobrażacie, ile mnie to kosztowało. Ale jak tylko usiadłam za kierownicą, obudził się mój entuzjazm, który rósł z każdym kolejnym kilometrem i ostatecznie wyszła mi z tego całkiem fajna wycieczka. Nie no, co ja piszę? To był naprawdę super trekking z niesamowitymi widokami!



Wiedzieliście, że bycie w drodze ma właściwości lecznicze, uspokajające i relaksujące? Nie bez przyczyny, dzieci tak łatwo zasypiają podczas jazdy samochodem. Mnie wycieczki samochodowe bardzo odprężają. Nawet będąc kierowcą. Bo ja naprawdę lubię prowadzić. A tutaj na Majorce to sama przyjemność. Drogi są w naprawdę dobrej kondycji, w porównaniu z polskimi szosami. W dodatku te przepiękne widoki... Chciałabym Wam pokazać taką Majorkę z drogi, ale przez to, że jestem właśnie kierowcą, mam nieco utrudnione zadanie. Poza tym wydaje mi się, że na zdjęciach to by nie było to samo. Pewnych rzeczy nie da się uchwycić na fotografii, choćby nie wiem jak dobra ona by nie była. Musicie się kiedyś sami o tym przekonać. 



Jednak ten samochodowy entuzjazm i relaks są niczym przy tym, co dzieje się wychodząc na szlak. Kiedy tamtego dnia zaczęłam iść, zupełnie zapomniałam, że jeszcze przed momentem marzyłam tylko o tym, żeby przeleżeć cały dzień w łóżku nic nie robiąc. Stał się cud. Nogi same szły. A oczy nie nadążały za podziwianiem pejzaży. Aparat nie przestawałam pstrykać zdjęć. Coś niesamowitego. Nawet dość duży ruch na szlaku (w porównaniu z innymi moimi trekkingami) mi nie przeszkadzał. I koniec końców doszłam dalej niż zamierzałam. Bardzo się cieszę z tego powodu, bo widoki na szczycie były pierwszorzędne. 



Przez to, że tak bardzo mi się nie chciało, wybrałam sobie łatwą i krótką trasę, choć gdy drogę tę budowano wcale tak łatwo nie było. Otóż camí de Coves Blanques, zwana również camí dels Presos, jest drogą wybudowaną w latach 1940 - 1942 przez więźniów ukaranych za bycie republikanami po hiszpańskiej wojnie domowej. Trasa, którą nakazano im wybudować, miała prowadzić do bazy wojskowej, która ostatecznie nigdy nie powstała. Wysiłek więźniów poszedł więc na marne? Dzięki tej tragicznej historii dzisiaj mamy piękny górski szlak, więc chyba jednak nie była to taka całkiem bezsensowna praca. Aczkolwiek sam fakt zmuszania kogoś do budowy drogi w takim terenie jest okrutne. Tym bardziej, że ci ludzie niczym poważnym nie zawinili. Po prostu mieli inne przekonania niż władza. 


Szlak więźniów ma swój początek w niewielkiej nadmorskiej miejscowości Cala Sant Vicenç, rzut beretem od Pollençy. Pokazywałam stamtąd jakieś zdjęcia przy okazji przeglądu majorkańskich plaż (możecie obejrzeć TUTAJ). Samochód zostawiłam na bezpłatnym parkingu przy głównej ulicy. Tam też znajduje się wejście na szlak, tuż przy śmietnikach (taka mała podpowiedź). 



Początkowo idę asfaltową drogą, która potem przemienia się w leśną ścieżkę. Dosłownie po kilkunastu metrach dochodzę do niewielkiego skrzyżowania i dostępu do jednej z dróg broni brama. W jej sąsiedztwie stoi niepozorny pomnik ku pamięci tych, którzy tę drogę tworzyli. A nieco w ukryciu, po prawej stronie bramy, niewielka otwarta furtka, którą przechodzę na drugą stronę. Od tego momentu nie napotykam już żadnych więcej przeszkód. Powoli pnę się w górę. Droga jest dość szeroka, o kamienistej nawierzchni, więc dobrze jest mieć buty z grubą podeszwą. Z resztą, przecież jesteśmy w górach, bo ta część Majorki regionalnie przynależy do Tramuntany. Jednak nie jest to szlak wymagający. Naprawdę każdy może się wybrać na taki spacer. Stopień nachylenia jest nikły. Ja się wcale nie zmęczyłam i może właśnie dlatego dotarłam dalej niż zakładałam.




Odkąd wyszłam z lasu i zobaczyłam górskie szczyty i zieleń i tę piękną drogę pamiętającą tych, którzy w pocie czoła ją budowali, moim zachwytom nie było końca. A im wyżej, tym piękniej. Najpierw wychodząc zza zakrętu zobaczyłam długą linię drogi pnącą się w górę. A gdy wreszcie weszłam wyżej, zobaczyłam i granatowe wody morza. Było pięknie. 




Spotkałam sporo osób schodzących już do miasteczka i jakoś wcale mnie to nie zdziwiło, bo jednak było dość późno. Normalnie nie zdarza mi się wychodzić na szlak o piętnastej, ale tamten dzień był inny niż wszystkie pod wieloma względami. Zaskoczyli mnie natomiast ci, którzy tak jak ja, dopiero co wchodzili na górę. W dodatku szli znacznie wolniej niż ja, więc ich wszystkich powyprzedzałam. No, ale to jest akurat normalne, bo ja zawsze idę szybko. Może właśnie dlatego moje oczy nie nadążały z tym podziwianiem widoków? 



Kilka kroków za ostatnim zakrętem, gdzie wszyscy się zatrzymywali i robili sobie zdjęcia, było wejście do tunelu-jaskini Coves Blanques. Z ciekawości weszłam do środka, na tyle, na ile pozwalało mi światło z zewnątrz. Tunel wyglądał naprawdę porządnie i masywnie. Czy naprawdę to ludzkie ręce go wydrążyły? Jeśli tak, to jestem pełna podziwu i jednocześnie bardzo współczuję, bo to musiała być trudna praca. Grota miała służyć jako przechowalnia sprzętu artyleryjskiego. 





Wewnątrz było jeszcze kilka osób. Oni mieli latarki i weszli dalej, aż zniknęli za zakrętem. Ja się nie odważyłam. Wyszłam na zewnątrz i chciałam kontynuować wędrówkę, ale patrzę i ta piękna szeroka droga się skończyła. Była tylko ścieżynka, którą właśnie schodziła jakaś większa grupa. Patrzę na mapę i faktycznie camí de Coves Blanques się skończyło i jednocześnie skończył się też szlak. Ci, którzy dochodzili za mną, w tym miejscu zawracali i schodzili z powrotem w dół. Ale ja byłam przepełniona taką energią, że postanowiłam wspiąć się jeszcze kawałek właśnie tą wąziutką drogą. 



Tuż pod szczytem znalazłam dogodne miejsce na odpoczynek. Kiedy usiadłam na kamieniu nie drażniły mnie tak bardzo podmuchy północnego wiatru, który do tej pory, po południowej stronie wzniesienia, był zupełnie nieodczuwalny. Zjadłam sobie świąteczną panadę i kilka ciasteczek crespells i rozkoszowałam się widokami. Poćwiczyłam trochę robienie zdjęć samej sobie przy wykorzystaniu mojego wiernego towarzysza plecaka jako statywu, a potem miałam wracać. Jednak coś mnie tknęło, by wejść jeszcze kilka kroków wyżej. Weszłam. I zdecydowałam, że przejdę się jeszcze kawałek. A po kilku kolejnych metrach stwierdziłam, że wespnę się jeszcze na pobliski szczyt, zwany orlim - Puig de l'Àguila. I to był strzał w dziesiątkę!



Do tunelu droga była piękna i nie potrzebne były żadne kierunkowskazy. Po prostu szło się w górę i nie można się było zgubić. Dopóki wchodziłam na szczyt nad tunelem, też nie było najgorzej, bo droga w górę była tylko jedna. Jednak potem, gdy miałam przejść kawałek przez tę górską łączkę, tak łatwo nie było. Ścieżka była zupełnie niewidoczna. Na szczęście znakowały ją charakterystyczne kamienne kopczyki i dzięki temu miałam pewność, że idę w dobrą stronę. Bo możliwości były dwie. Mogłam iść albo na ten szczyt, na który planowałam, albo iść jeszcze dalej nie wiadomo dokąd. 




Przede mną szedł gość, którego wyprzedziłam na samym początku, a potem gdy ja sobie biesiadowałam, to on wyprzedził mnie. Poza tym w pobliżu nie było nikogo. Dopiero gdy skręcałam już na ścieżkę prowadzącą bezpośrednio na Puig de l'Àguila, spotkałam tam rodzinkę właśnie stamtąd schodzącą. Kłócili się między sobą, w którą stronę iść, bo nie pamiętali, którędy się na ten szczyt wdrapali, więc widząc mnie przedzierającą się przez wysokie trawy i skałki, chyba im się rozjaśniło, który kierunek powinni obrać. Potwierdziłam im, że innej drogi niż ta, którą przyszłam, nie ma; chyba że śladem górskich kóz. Życzyliśmy sobie dobrego dnia, oni się oddalali, a ja wdrapałam się na najwyższy punkt szczytu i zamarłam... 



Tego, co zobaczyłam, zupełnie się nie spodziewałam. Właściwie to nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie takich widoków. Widać stamtąd było niemalże całe wschodnie wybrzeże, od zatoczki Sant Vicenç, przez zatokę Pollençy i Alcudii po góry Llevantu. Piękny krajobraz. Granatowy i turkusowy kolor wody przeplatał się z szarością gór oraz zielenią drzew i łąk. Och, wielka szkoda, że ani słowa ani zdjęcia nie są w stanie oddać tego, co wtedy zobaczyły moje oczy. Zdecydowanie ta góra jest jednym z lepszych punktów widokowych w tej części Majorki. I w dodatku wcale nie tak trudno się tam dostać. I też nie jest jakoś specjalnie wysoka po wznosi się zaledwie 200 m n.p.m. 



To, co widziałam z trasy oraz widoki na końcu szlaku skazańców robiły ogromne wrażenie. Ale im wyżej, tym piękniej. A na szczycie po prostu bajka. No powiedzcie, jak się mam tą wyspą nie zachwycać, skoro jest tutaj tak pięknie? W dodatku mieszkam tu już tyle czasu, a wciąż odkrywam coś nowego i zaskakującego. 



Posiedziałam chwilę na szczycie napawając się widokami. Przez ten czas nikt więcej tam nie przyszedł. Prawdopodobnie większość dochodzi tylko do wspomnianego wcześniej tunelu, a gdy szlak nieco się komplikuje, odpuszczają sobie. Nie wiedzą jednak, co tracą. Cieszę się, że jednak jakoś się wtedy zmobilizowałam i wyszłam na szlak, a potem poszłam dalej niż zaplanowałam. Może właśnie przez ten początkowy trud i późniejszą spontaniczną decyzję, by iść dalej, tak bardzo mi się tam podobało? 


Gdy już byłam wystarczająco napełniona pozytywną energią płynącą z natury, która mnie otaczała, udałam się w drogę powrotną. Szłam tym samym szlakiem, więc nic nowego na temat trasy już Wam nie dopowiem. Ale teraz, kiedy już tak bardzo nie musiałam szukać wzrokiem kopczyków, skupiłam się na patrzeniu nieco dalej i dostrzegłam ogromną dziurę. Trochę jakby jakiś krater. Jednak było to na tyle daleko, że nie jestem w stanie powiedzieć, co to mogło być. Lecz tuż przy szlaku, którym szłam, również natknęłam się na dużą dziurę. Nie była głęboka, ale zdecydowanie wykopana przez człowieka. Może ktoś ma pomysł, czemu miało to służyć? Przypominam, że planowali w tych terenach utworzyć bazę wojskową.  



Więźniowie budujący camí de Coves Blanques, których łącznie było 179 osób, należeli do jednego z trzech obozów pracy utworzonych w gmienie Pollença. Kolejny został utworzony w Port de Pollença; tamtejsi więźniowie wybudowali drogę łączącą Port de Pollença z Alcudią; dzisiaj jest to szeroka asfaltowa droga wiodąca brzegiem zatoki. Natomiast trzeci obóz stacjonował w Albercuix i z kolei ci skazani budowali trasę Creuta de Formentor - Talia de Allbercuix. Zwróćcie jednak uwagę, że te trzy obozy znajdowały się na niewielkim terenie jakim jest gmina Pollençy, a przecież istniały jeszcze inne, chociażby w okolicach Arty, gdzie, podobnie jak przy Cala de Sant Vicenç, skazańcy wybudowali górską drogę, dzisiaj stanowiącą część szlaku turystycznego. Czasami sobie chodzimy, czy jeździmy zwykłymi drogami i nawet sobie nie zdajemy sprawy z ich smutnej niekiedy historii. 


Nie chciałabym tak rzewnie kończyć tego wpisu, bo to była naprawdę świetna wycieczka z cudownymi krajobrazami. No ale teraz za oknem się rozpadało... Może to i dobrze, bo przynajmniej zostałam w domu i coś tutaj napisałam. Bo jednak te ostatnie tygodnie były jakieś dziwne. Tak jak w marcu wybuchł we mnie wulkan natchnienia i pisanie szło mi naprawdę dobrze, tak pod koniec miesiąca lawa słów zaschła no i tak siadałam przed klawiaturą, ale nic z tego nie wynikało. Nawet z odpowiedziami na Wasze komentarze miałam problem. Próbowałam także pisać na łonie natury, z szumem morza w tle, ale też z tego nic nie wyszło. Może miałam za dużo wolnego i za bardzo się rozleniwiłam? Natomiast po świętach z kolei nie miałam nic wolnego, więc znów pisać nie mogłam. Mówiłam sobie, że wieczorem, przed snem napiszę chociaż kilka zdań, ale byłam tak wykończona, że na sam widok łóżka zasypiałam. To wszystko przypomina mi zeszłoroczną kwarantannę, kiedy to większość prześcigiwała się w wymyślaniu sposobów na nudę, a ja padałam na twarz... Nie chcę już pamiętać tych czasów. Temu też każdą wolną chwilę i ładną pogodę wykorzystuję na wycieczki, choć czasami jest naprawdę trudno się zmobilizować. Proszę więc, trzymajcie kciuki, żeby pozytywna energia mnie nie opuszczała. I wam życzę tego samego: optymizmu i energii. Pozdrawiam :)

Komentarze

  1. Naprawdę pięknie - oj tam nawet się zgubić to świetna przygoda. Tunel bym przeszedł do końca, zawsze mam przy sobie w plecaku latarki (doświadczenia wędrówek z Anią, zazwyczaj wracamy już po zmierzchu ;) )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gubiąc się można sobie poskakać razem z kózkami. Zgubić się tak całkowicie nie jest łatwo, ale zgubić szlak można w mig. Miałam tak przy okazji innej wycieczki. Szłam jakąś ścieżką niby w dobrym kierunku, ale wtedy zaczęły się niezbyt wygodne skały a kamienne kopczyki były daleko daleko ode mnie, no i wszyscy inni ludzie też szli inną drogą, tylko ja jakoś tak na przełaj. Nawet nie wiem jak i kiedy to się stało.
      Też chyba muszę się zaopatrzyć w latarkę, bo to już nie pierwszy raz, kiedy by się przydała :)

      Usuń
  2. Znów mnie mocno nakarmiłaś tymi cudnymi widokami Majorki!!! Jestem zachwycona! Też bym tam pospacerowała!
    Nie dziwię Ci się, że chcesz tam mieszkać, bo jest pięknie.
    Oczywiście, że się tam wybieram i pewnie już bym była, gdyby...
    Na razie to mi musi wystarczyć, dziękuję!!!
    Pozdrowienia:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spacer był naprawdę przyjemny. Także jeśli wreszcie będzie można podróżować i wpadniesz na Majorkę, to koniecznie wpisz sobie to miejsce do planu zwiedzania ;)
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Takie spontaniczne wycieczki zawsze przynoszą niespodzianki! Widoki piękne - warte każdej wędrówki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie. A najfajniejsze w tym wszystkim, że ten trekking wcale nie był wymagający, a widoki i tak pierwsza klasa :)
      Pozdrawiam

      Usuń
  4. Ajajaj czuję się rozpieszczona tymi zachwycającymi widoczkami! :) Oczami wyobraźni widzę jak siadam i rozkoszuje się krajobrazami popijając herbatkę i jedząc przygotowany prowiant :D
    Co do zmęczenia... myślę, że każdy miał czasami taki "mniej satysfakcjonujący czas". Ja również niejednokrotnie chciałabym siąść przed laptopa i poczytać twórczość innych bloggerów, jednakże po kilku godzinach zdalnej nauki nie mam kompletnie do tego sił.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale się nie dziwię. Osobiście sobie nie wyobrażam zdalnej nauki przez tyle czasu. Podziwiam Was wszystkich, którzy musicie przez to przechodzić. Ja pewnie już dawno bym wyrzuciła komputer przez okno.
      Cieszę się, że udało mi się sprawić, że choć oczami wyobraźni przeniosłaś się w to piękne miejsce :)
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  5. Algún día haré yo estas rutas preciosas.
    Buen jueves. Cuídate

    OdpowiedzUsuń
  6. Mnie też bardzo odpręża jazda samochodem, niezależnie od tego czy jestem kierowcą czy pasażerem. I chociaż bycie kierowcą ogranicza możliwość rozglądania się w poszukiwaniu pięknych widoków to dla mnie w samym prowadzeniu samochodu tkwi mnóstwo przyjemności.
    Mam nadzieję, że odzyskasz albo już odzyskałaś energię do nowych wycieczek. Też wielokrotnie się przekonałam, że czasami natrudniej wyjść z domu. W trasie szybko zapominam jak bardzo mi się nie chciało i doceniam fakt, że jednak się zdecydowałam.
    Popieram Beskidnicka, powinnaś sobie kupić latarkę. I patrząc na to jak bardzo pniesz się w górę w odkrywaniu nowych, coraz to ciekawszych ścieżek, może powinnaś też kupić czekany, haki, raki i jakiś kask :). Tylko plecaka nie zmieniaj bo ma wielką sentymentalną wartość i jestem ciekawa jego dalszych przygód.
    "Pewnych rzeczy nie da się uchwycić na fotografii, choćby nie wiem jak dobra ona by nie była. Musicie się kiedyś sami o tym przekonać", cytuję za Tobą i będę się trzymać tej myśli :). Może kiedyś zobaczę chociaż kilka miejsc z tych opisanych tu przez Ciebie.
    Pozdrawiam Cię cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tymi czekanami, hakami i rakami to trochę przesadziłaś :D Kiedyś próbowałam swoich sił na ściance wspinaczkowej i to chyba nie dla mnie. Ale latarkę kupię ;) No a plecak, choć już w podeszłym wieku, jeszcze na emeryturę się nie wybiera.
      Energia wróciła, ale teraz pojawił się kolejny problem - nie wiem, który kierunek obrać :D
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  7. Uczta dla oczu i raj dla umysłu... cudowny widokowo wpis, a do tego fajnie opisany :)
    Sprawiłaś mi dziś ogromną radość tymi widokami. Chodź ostatnio mi ich nie brakuje bo tydzien temu otworzyliśmy sezon wspinaczkowych gorski to na Majorkę też bym poleciała :)
    Jula kup koniecznie bo to nie ma żartów. Na Maderze, tez nie mieliśmy i nke weszliśmy na szlaku do tunelu bo ciemno było strasznie. Obiecaliśmy sobie że wrócimy , ale teraz to nie wiemy kiedy :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Madera jest teraz na topie, to może wrócicie tam szybciej, niż myślisz ;) A nawet jeśli nie, to przecież w Norwegii też macie wiele super miejsc do odwiedzenia.
      Jak tak teraz sobie jeszcze raz obejrzałam te zdjęcia, to nie wierzę, że naprawdę tam byłam :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Będzie mi bardzo miło, jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza wyrażającego Twoją opinię.
Dziękuję za wizytę na blogu. I zapraszam częściej ;)

instagram