Podsumowanie roku 2025

Nie wiem, kiedy to się stało, ale właśnie czas na kolejne roczne podsumowanie na tym blogu. Zazwyczaj miałam już je jako tako przygotowane jeszcze przed końcem roku. Tym razem jednak nowy rok wziął mnie zupełnie z zaskoczenia. Ostatnie dni grudnia były bardzo intensywne, dużo się działo i niestety nie były to tylko pozytywne chwile, więc ten przełom roku jakoś mi umknął. Nie rozpaczam nad tym, bo życie i tak biegnie ciągiem. W związku z rozpoczęciem nowego roku nie było żadnych nagłych skoków do nowej rzeczywistości, wszystko nadal biegnie swoim tempem. U mnie też nie ma żadnych ambitnych postanowień noworocznych. Nie zapisałam się na siłownię. Nie mam w planie wywracać swojego życia do góry nogami. Ale nawet pomimo tego, że koniec roku nie ma dla mnie szczególnego znaczenia, jest to fajny moment dla podsumowań. A podsumowania lubię głównie dlatego, że dopiero wtedy mam pełen obraz na miniony czas i widzę, jak dużo dobrego się wydarzyło. Zazwyczaj mamy skłonność do oceniania danego roku na podstawie traumatycznych przeżyć, na pierwszy plan zawsze wychodzą te mniej przyjemne momenty, a dopiero jak na spokojnie przejdziemy przez wspomnienia z każdego miesiąca, dostrzegamy ile pięknych chwil dane nam było przeżyć. Pierwszą moją myślą jest, że 2025 był raczej przeciętny, ale piszę to podsumowanie z nadzieję, że na koniec okaże się jednak, że to był wyjątkowy rok, tak więc zacznijmy tę krótką podróż do przeszłości po tych ostatnich dwunastu miesiącach.

Wydawałoby się, że na blogu niewiele się działo, ale ja jestem dumna przede wszystkim z faktu, że w każdym miesiącu udało mi się tutaj opublikować przynajmniej jeden wpis. Łącznie na blogu pojawiły się 22 posty. Najczęściej czytanym okazał się Trekking po przylądku Formentor. Natomiast najmniej doceniony był Hamburg w świątecznej odsłonie, ale zrzucam to na moment jego publikacji w święta, więc jeszcze niewiele osób pewnie miało czas tutaj zajrzeć. Pod wszystkimi wpisami opublikowaliście łącznie 182 komentarze, za które jestem Wam bardzo wdzięczna. Mój blog nie należy do najpopularniejszych, ale cieszę się, że mam grono stałych czytelników. Jestem też bardzo wdzięczna, że z niektórymi z Was udało mi się spotkać i mam nadzieję, że takich spotkań będzie więcej, bo są one niezwykle inspirujące. A teraz czas na nieco bardziej szczegółowe podsumowanie miesiąc po miesiącu.

Co się działo w 2025 roku?

Styczeń

Nowy Rok przywitałam w towarzystwie mojej hiszpańskiej rodzinki i to w dodatku na kaszubskiej ziemi, więc był to zdecydowanie wyjątkowy moment. W piżamce, przy grach planszowych, w domowej rodzinnej atmosferze. A potem zaczął padać śnieg i była taka zawierucha, że moja pierwsza podróż 2025 mogła nigdy nie dojść do skutku. Los tak chciał, że akurat na dzień przed moim lotem do Hamburga zaczęło tak padać, że pługi nie nadążały z odśnieżaniem nawet tych najgłówniejszych dróg. Na lotnisko jechałam w zaspach jakieś 30km/h a potem lot miał ogromne opóźnienie w związku z tym, że po każdym starcie pługi musiały oczyścić płytę ze śniegu. Gdy już wznieśliśmy się ponad chmury, pilot tylko nam powiedział, że to był najtrudniejszy start w całej jego karierze. Ale jak już dotarłam do Hamburga to była już tylko radość, bo po raz pierwszy spotkałam się z Moniką z bloga Trzymając się chmur i spędziłyśmy razem wspaniały czas. Monia oprowadziła mnie po Hamburgu i po Bremie, która tak mnie zachwyciła, że już kilkukrotnie gościła na tym blogu i jeszcze nieraz się tutaj pojawi.

Z Hamburga poleciałam dalej na Majorkę, aby ponownie przeżyć niesamowitą atmosferę obchodów związanych z najhuczniejszą fiestą na wyspie - Sant Antoni. Poza tym styczeń okazał się najbardziej płodnym miesiącem, bo na blogu pojawiły się aż 4 wpisy, w tym relacja z wycieczki do serca Majorki.

Luty

Na 2025 miałam postanowienie, że w każdym miesiącu chciałabym odkryć jakieś nowe miejsce, ale luty zweryfikował moje plany i okazało się, że jednak postanowienia noworoczne są beznadziejnie i tak jak pewnie 90% społeczeństwa nie mam wystarczająco dużo motywacji, by się ich trzymać, a co za tym idzie w lutym nigdzie nie byłam. Żyłam sobie spokojnie na tej mojej Majorce, coś tam czytałam, ale też sporo pracowałam, głównie w śmieciowej branży. Śmieję się, że już mam takie doświadczenie w sprzątaniu i wywozie śmieci, że mogłabym sobie je wpisać w CV. Luty minął mi w mgnieniu oka, nawet zbyt wielu zdjęć nie zdążyłam zrobić. O pisaniu nie wspominając, bo na blogu pojawiły się tylko dwa wpisy i to jeszcze z tak odległych w czasie wypraw, jak wycieczka do Murcji czy spacer po prehistorycznej osadzie w centrum Majorki.

Marzec

Tak jak początek roku był obfitujący w wiele niezapomnianych momentów, tak kolejne miesiące trochę zlewają mi się w całość i gdyby nie pojedyncze zdjęcia jakie mam z tego okresu, zupełnie nie wiedziałabym co Wam tutaj o marcu napisać. Nie działo się wiele. Pierwszą połowę miesiąca spędziłam na Majorce, drugą połowę w Polsce na Kaszubach. Znowu było dużo ogarniania przestrzeni, a podróży żadnych. Blogowo też za bardzo nie mam się czym chwalić, bo powstały tylko dwa wpisy, które nieco przybliżyły mnie do wyjścia z blogowych zaległości, czyli relacja z Padwy i z trekkingu po Formentorze. Przeczytałam też kilka książek i wszystkie okazały się tak samo dobre, pomimo że różniły się gatunkowo, a to raczej rzadko się zdarza; coraz trudniej trafić mi na książkę, która mnie zachwyci.

Kwiecień

To był miesiąc załatwiania spraw. Nareszcie zmieniłam okulary. Ukulturalniłam się trochę podczas wizyty w teatrze. Spędziłam sporo czasu z rodziną. Ale też wiele czasu minęło mi na planowaniu architektonicznym. Mało kto tutaj wie, ale po godzinach spędzam czas na budowie lub myśląc o budowie. Budownictwo i remonty to takie moje ukryte hobby. 

W kwietniu wróciłam na Majorkę w związku z rozpoczęciem sezonu turystycznego, a więc laba się skończyła. Mnogość różnorodnych zadań sprawiła, że nie miałam już zbyt wiele czasu na pisanie, nad czym ogromnie ubolewam, bo tematów naprawdę by mi nie brakowało. Udało mi się jednak napisać jeden tekst i to jeszcze o jednym z piękniejszych miejsc na Majorce - o akwenie Cuber ukrytym w samym sercu Tramuntany.

Maj 

Jak co roku nieprzerwanie już od kilku lat maj jest dla mnie niezwykle intensywnym miesiącem ze względu na moją pracę rezydenta. Niby to dopiero początek sezonu i na wyspie nie ma zbyt wielu turystów, ale po półrocznej przerwie ponowne wdrożenie się w obowiązki i rutynę zajmuje trochę czasu. Ale w tym całym chaosie udało mi się wybyć na jeden dzień na Minorkę, co prawda służbowo, ale zawsze to coś. O mojej wizycie na tej wyspie powstał dość szczegółowy wpis tutaj. Poza tym w maju napisałam jeden z moich ulubionych tekstów, czyli relację z Werony; jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji przeczytać, to zapraszam. Nie mogę też zapomnieć o głównym wydarzeniu miesiąca, czyli o ponownym spotkaniu z Ulą z bloga Kierunek na dziś. Ula kompletnie mnie zaskoczyła swoją decyzją powrotu na Majorkę, ale było to zaskoczenie jak najbardziej pozytywne i cieszę się niezmiernie, że i tym razem udało nam się spotkać. Oby takich spotkań było jak najwięcej.

Czerwiec 

Pomimo tego, że był to pracowity miesiąc (z resztą jak każdy kolejny w tym sezonie), udało mi się naskrobać naprawdę dobre teksty, a przynajmniej ja osobiście jestem z nich bardzo dumna, a mowa o wspomnianej już Minorce i o Wenecji, która okazała się tak piękna, jak sobie wyobrażałam, a nawet piękniejsza. Sporo też udało mi się przeczytać. W pracy dużo czasu spędzam w aucie jeżdżąc pomiędzy hotelami i wykorzystuję sobie ten czas na słuchanie audiobooków. Jednak w tym wszystkim zapomniałam o uwiecznianiu życia na fotografiach i czerwiec to jest jedyny miesiąc w roku, z którego nie mam ani jednego zdjęcia (!); naprawdę nie wiem jak to się stało.

Lipiec

Rozpoczyna się najgorętszy okres w turystyce. Nauczyłam się jednak utrzymywać harmonię pomiędzy pracą a odpoczynkiem i udało mi się z tego miesiąca naprawdę dużo wycisnąć. Była praca, były spotkania ze znajomymi, były wieczory na plaży, były książki, nawet spróbowałam swoich sił w ogrodnictwie. Na bloga też znalazłam trochę czasu i powstał wpis z Ferrary, która niekoniecznie przypadła mi do gustu.

Sierpień

Jak co roku odwiedziła mnie na Majorce moje koleżanka. Tym razem przyjechała na krócej niż zwykle, ale i tak udało nam się co nieco razem zobaczyć. Przede wszystkim, dzięki niej, nareszcie zaczęłam odkrywać zachodnią część wyspy, do której zawsze było mi za daleko. Ale jako że sierpień był chyba jednym z najcieplejszych miesięcy na Majorce, sporo czasu spędziłyśmy po prostu na plaży ukryte w cieniu parasola. Blogowo wpisem o Ravennie zakończyłam relacjonować moją wizytę we Włoszech.

Wrzesień

Ten ostatni miesiąc lata niczym szczególnym się nie wyróżnił. Szczerze mówiąc nawet nie wiem, kiedy wrzesień się wydarzył. Praca pochłonęła mnie do reszty i dopiero gdzieś pod koniec miesiąca się ocknęłam i choć trochę uszczknęłam z ostatnich ciepłych dni na plaży. Fakt, że tak mało wychodziłam z domu, jeśli praca mnie do tego nie zmuszała, poskutkował tym razem aż dwoma nowymi wpisami na blogu. Wiem, żadne to wielkie osiągnięcie, ale w tym roku blogowanie szło mi raczej opornie, więc cieszę się bardzo, że pomimo tych wszystkich trudności, w każdym miesiącu coś się tutaj na tym blogu pojawiło. Wrzesień stał pod znakiem Majorki: opowiedziałam Wam o szczycie, którego o mało bym nie zdobyła oraz o bardzo spokojnym miasteczku, które pomimo bliskości kurortów pozostaje autentyczne w swej majorkańskości.

Październik

Początek miesiąca był jedną wielką bieganiną. Sezon się kończył, a ja wraz z ostatnim czarterem wracałam do Polski i musiałam wszystko domknąć. Polska powitała mnie deszczem, ale w domu czekały na mnie pieski i kotek, więc wybaczam światu tę niezbyt przyjemną pogodę. 

W październiku ma w zwyczaju zdarzyć się złota jesień, więc zależało mi, żeby w tym roku jakoś udało mi się ją złapać i pierwszy słoneczny weekend spędziłam w kaszubskim lesie. Niestety wieża widokowa, która była w planie, była zamknięta, ale i tak przywiozłam z tamtej wycieczki fajne zdjęcia. Tamten dzień to był też chrzest bojowy dla moich nowych butów trekkingowych; wreszcie po wielu latach kupiłam sobie nowe i póki co jestem z nich bardzo zadowolona, sprawdziły się nawet w śniegu. 

No a resztę czasu przeznaczyłam na zbieranie doświadczenia w budowlance i przez to wszystko prawie w ogóle nie pisałam i opublikowałam tylko jeden wpis - relacja z początku roku, z wycieczki do Hamburga.

Listopad

Budowlanki ciąg dalszy, ale nie będę Was tutaj zanudzać szczegółami. Powiem tylko, że to był bardzo produktywny miesiąc i uważam ten czas za naprawdę dobrze wykorzystany. Po raz pierwszy odważyłam się też zrobić piernik staropolski; na święta Bożego Narodzenie, ale piernik musi dojrzewać od 4 do 6 tygodni, więc dlatego tak wcześnie. Trochę się obawiałam, że nic z tego nie wyjdzie, ale teraz mogę już powiedzieć, że okazał się prawdziwym hitem, więc jeśli życie pozwoli, w przyszłym roku (a właściwie to już w tym) też się za niego wezmę. Poza tym po bardzo długiej przerwie wróciłam do robienia na drutach. Niestety nie udało mi się skończyć żadnego projektu, ale na przyszłą zimę na pewno szalik będzie gotowy. 

Listopad byłby jednym z fajniejszych miesięcy 2025 roku, niestety zniknął nasz kotek i do tej pory nie wiemy, co się z nim stało i chyba w tym momencie marne są szanse, że jeszcze wróci...

Grudzień

Dla rozweselenia tych smutnych i szarych dni, grudzień rozpoczęłam od podróży i to takiej niespodziewanej. Szybka akcja i bilet do Hamburga był kupiony. Na początku roku nawet przez myśl, by mi nie przeszło, że do Hamburga wrócę tak szybko. Życie lubi zaskakiwać. Spędziłam super czas z Moniką i tym razem dołączyła do nas jeszcze Ula, także było podwójnie wesoło. Dziękuję Wam dziewczyny za tak miłe zwieńczenie roku. 

Spotkanie z dziewczynami rozpaliło we mnie magię świąt, dzięki czemu cały grudzień był wyjątkowy, pomimo tego, że tak naprawdę niewiele się działo. Wypiłam hektolitry zimowej herbaty. Zajadałam się ciasteczkami. Cieszyłam się przygotowaniami do świąt. Na bloga też postanowiłam wprowadzić świąteczną atmosferę i pokazałam Wam grudniowy Hamburg i Bremę.

A na koniec roku spadł śnieg i było pięknie.

2025 nie obfitował w wiele podróży, ale i tak był to fajny czas. Na początku roku życzyłam sobie, żeby był to przede wszystkim harmonijny i spokojny czas i teraz widzę, że życzenie się spełniło. Także muszę uważać, czego sobie życzę :D 

Chciałabym, żeby 2026 przynajmniej dorównał poziomowi 2025 roku, ale oczywiście nie mam nic przeciwko, żeby był nawet lepszy. Chociaż akurat po tych pierwszych dniach tego nowego roku nachodzą mnie pewne wątpliwości. Niemniej, życzę nam wszystkim wielu podróży, siły, zdrowia oraz odwagi do ich odbycia, optymizmu i radości z małych rzeczy. Szczęśliwego Nowego Roku!

Komentarze

instagram